Ewolucjonistyczna krytyka kreacjonizmu

Marcin Sieńko
Recenzja: Richard Dawkins Wspinaczka na szczyt nieprawdopodobieństwa, przeł. Małgorzata Pawlicka-Yamazaki, 
Prószyński i S-ka (seria Na ścieżkach nauki), Warszawa 1998, ISBN 83-7180-323-0, ss. 396.

Wydawana przez firmę Prószyński i S-ka seria wydawnicza "Na ścieżkach nauki" przyzwyczaiła nas już do interesujących
książek popularnonaukowych. Charakterystyczna szata graficzna i logo serii już od dłuższego czasu są zwiastunami
kolejnych wartościowych i porządnie wydanych pozycji książkowych. Ich autorami są zwykle znani naukowcy i
popularyzatorzy nauki. W tej właśnie serii wydawniczej, w niespełna dwa lata po wydaniu oryginalnym, ukazało się
tłumaczenie kolejnej książki Richarda Dawkinsa - Wspinaczki na szczyt nieprawdopodobieństwa.

Autor, zajmujący obecnie Katedrę Upowszechniania Nauki w Oksfordzie, jest znanym rzecznikiem i popularyzatorem
ewolucjonizmu. Popularność swą w dużym stopniu zawdzięcza książce Samolubny gen[1], w której przedstawił dość
kontrowersyjne spojrzenie na proces ewolucji z perspektywy DNA. Przy takim punkcie widzenia organizm staje się
maszyną, którą geny wykorzystują do tego, by stworzyć swoje kopie. Burza dyskusji wywołanych tą książką szybko
sprawiła, że nazwisko Dawkinsa stało się znane.

Inna jego książka - The Extended Phenotype[2] (Rozszerzony fenotyp), która przyniosła zadziwiający sposób patrzenia na
związki pomiędzy genami a środowiskiem, ugruntowała popularność Dawkinsa. W genetyce uznaje się, że genotyp (czyli
DNA) ma wpływ na kształtowanie fenotypu (czyli organizmu). Zmiana w genotypie powoduje określone zmiany w
fenotypie. Dawkins rozszerza zakres terminu "fenotyp" tak, że przekracza on granice organizmu. Zmiana genotypu
pewnego organizmu może wywołać fenotypowe efekty w całkiem innym organizmie. Na przykład zmiana genotypu
kukułki, której efektem jest zmiana koloru gardła jej pisklęcia, wywołuje efekt fenotypowy w organizmie innego ptaka,
skłaniając go do nakarmienia pisklęcia kukułki.

Znane są także ostre ataki Dawkinsa pod adresem kreacjonizmu. W ten nurt jego twórczości wpisuje się przede wszystkim
książka îlepy zegarmistrz[3]. To w niej właśnie Dawkins, korzystając ze swej bogatej wiedzy oraz programu
komputerowego "îlepy zegarmistrz" udowadniał, że na podstawie teorii ewolucji można wyjaśnić bogactwo gatunków
roślin i zwierząt znacznie lepiej, niż robią to kreacjoniści posługując się ideą Boga.

Jak się zdaje, książka Wspinaczka na szczyt nieprawdopodobieństwa doskonale daje się wpisać w ten właśnie nurt
twórczości Dawkinsa. Uznaje on teorię ewolucji, wzbogaconą o koncepcję przerywanej równowagi, a także idee
samolubnego genu i rozszerzonego fenotypu. W swej ostatniej książce z tej właśnie perspektywy usiłuje odpowiedzieć
na pewną grupę zarzutów kreacjonistów.

W poszukiwaniu łagodnej drogi na szczyt.

Kreacjoniści i inni krytycy teorii ewolucji często wskazują na przeróżne cudowności przyrody, takie jak wysoki stopień
skomplikowania żywych organizmów czy relacji pomiędzy nimi, i pytają - czy takie coś mogło powstać przypadkiem? Jakie
drobne udoskonalenia mogły doprowadzić do powstania skrzydeł, skoro do latania nadaje się dopiero kompletne
skrzydło, podczas gdy połowa skrzydła nic nie pomoże w lataniu? Czy oko, które działa dopiero w swej kompletnej formie,
mogło wykształcić się na drodze drobnych udoskonaleń? Na pytania tego typu próbuje udzielać odpowiedzi ta książka.

Dawkins rozpoczyna od pojęciowego odróżnienia tego, co zostało zaprojektowane, od tego, co tylko wygląda, jakby
zostało zaprojektowane. Tę drugą klasę bytów nazywa Dawkins projektoidami. Z pewnego punktu widzenia każdy żywy
organizm i każda jego część z osobna są projektoidami. Są tak doskonale przystosowane do spełniania swoich funkcji, że
wierzyć się nie chce, iż nie zostały zaprojektowane. A już szczytem nieprawdopodobieństwa zdaje się to, że takie
cudowności powstały przypadkiem. Na te właśnie szczyty nieprawdopodobieństwa Dawkins prowadzi czytelników,
przekonując przy tym, że nie są one tak nieprawdopodobne, jak się na pierwszy rzut oka zdaje. Metafora Góry
Nieprawdopodobieństwa będzie nam towarzyszyć przez większą część książki.

Przede wszystkim - przekonuje Dawkins - musimy przestać patrzeć na ową Górę Nieprawdopodobieństwa od strony
stromizm. Takie cudowności jak oko nie powstają z dnia na dzień. Jest to długi i powolny proces. Droga na szczyt jest
długa, ale podejście jest łagodne. Zmiany zachodzące po drodze są zazwyczaj niewielkie, ale niektóre z nich przynoszą
korzyści. Te zostają zachowane dzięki temu, że nie sam przypadek decyduje o powstaniu projektoidów. Ewolucja nie jest
czysto przypadkowa. Przypadkowe w ewolucji są tylko mutacje, choć także ich przypadkowość jest ograniczana przez
pulę genów i inne czynniki. I choć nie wszystkie mutacje są korzystne, to ewolucja wiedzie ku udoskonaleniu, ponieważ
przypadkowe mutacje są testowane przez zgoła nieprzypadkowy czynnik - dobór naturalny. Dobór naturalny, który
przepuszcza tylko te mutacje, które faktycznie okazują się pewnym udoskonaleniem, ułatwiającym przetrwanie organizmu
przynajmniej do czasu jego rozmnożenia. Rozmnożenia, dzięki któremu możliwe stanie się przekazanie udoskonalonego
DNA kolejnemu pokoleniu. Takie udoskonalone DNA będzie rozprzestrzeniać się w populacji, stopniowo stając się
normą, a nie wyjątkiem. Jednak nie ma w tym procesie nic niezwykłego czy świadomego. Proces ten jest całkowicie
bezosobowy, bezcelowy i jest prostą konsekwencją praw przyrody, a jednak pozwala kumulować się niewielkim
udoskonaleniom. To zaś w konsekwencji prowadzi do powstania tak cudownych mechanizmów jak na przykład oko.

Taka wizja mechanizmu odpowiedzialnego za ewolucję narzuca pewne ograniczenia ewolucjonistycznym wyjaśnieniom
faktu istnienia projektoidów. Po pierwsze na drodze ich powstania nie mogły zachodzić żadne gwałtowne zmiany.
Makromutacje tylko w wyjątkowych sytuacjach mogłyby być preferowane przez dobór naturalny. Jednak pewne
makromutacje są bardziej prawdopodobne niż inne, ze względu na współzależność genów. Dawkins rozważa przykład
symetrii i powtarzalności w budowie organizmów, dowodząc, że dzięki symetrii pewne makromutacje mogłyby łatwiej
przejść przez sito selekcyjne doboru naturalnego. Co więcej, wyewoluowanie symetrii sprzyja dalszej ewolucji, skracając
drogę do udoskonaleń. Ten wątek prowadzi Dawkinsa ostatecznie do spekulacji dotyczących ewolucji ewoluowalności.

Innym ograniczeniem ewolucjonistycznych wyjaśnień istnienia projektoidów jest niedopuszczalność chwilowego nawet
pogorszenia stopnia przystosowania organizmu. Jest tak nawet wtedy, gdy dzięki temu możliwe byłoby osiągnięcie
korzystnych rezultatów w nieco dalszej perspektywie. Ewolucja nie planuje długoterminowo. Dobór naturalny zawsze
preferuje to, co w danej chwili, tu i teraz, jest lepsze. Konsekwencją jest to, że czasem istnieje więcej niż jeden szczyt Góry
Nieprawdopodobieństwa. Na przykład oko wykształciło się na drodze ewolucji mniej więcej 40 razy.

Mimo tych ograniczeń, nadal możliwe jest ewolucyjne wyjaśnienie istnienia projektoidów. W dwóch długich rozdziałach
Dawkins mierzy się z dwoma klasycznymi przykładami - skrzydłami i oczami, wykazując, że nawet na te nadzwyczaj
wysokie szczyty można wejść łagodnym zboczem Góry Nieprawdopodobieństwa. W dalszej części książki zapał
polemiczny Dawkinsa jakby słabnie. Odnosi się wrażenie, że ważniejsze staje się samo przedstawienie pewnej wizji
ewolucji niż dyskusja z kreacjonistami, która jest tylko pretekstem, odbywa się przy okazji. Z pewnością takie podejście
autora dobrze przysłużyło się książce.

Ewolucjonistyczny obraz świata.

W swych wcześniejszych książkach Dawkins koncentrował się zwykle na niewielkim wycinku swojej wizji ewolucji.
Ograniczał się do omawiania konkretnych fragmentów teorii ewolucji. W Samolubnym genie przedstawiał i bronił
spojrzenia na ewolucję z punktu widzenia DNA. W The Extended Phenotype przedstawiał i bronił teorii rozszerzonego
fenotypu. W Rzece genów[4] koncentrował się na obrazie przyrody jako płynnego nurtu genów, wypływającego gdzieś z
pierwotnych źródeł. Natomiast w ostatnich rozdziałach Wspinaczki na szczyt nieprawdopodobieństwa Dawkins
spróbował przedstawić obraz totalny, w którym wszystkie omawiane wcześniej elementy znalazły swoje miejsce. Obraz, w
którym przyroda staje się nieustannym tańcem genów. Cała reszta to tylko prosta konsekwencja właściwości DNA i
warunków wyznaczanych przez świat.

Wszystko zaczęło się od pojawienia się samolubnych genów - replikatorów, które potrafią tworzyć własne kopie. Potrafią
się replikować. Z tej jednej właściwości genów wzięła swe źródło ewolucja. Geny zaczęły łączyć się w grupy, bo to
sprzyjało efektywniejszej replikacji. Sprzyjało jej również połączenie kilku rodzajów bakterii, które zaowocowało
powstaniem komórek eukariotycznych, z których zbudowana jest większość organizmów żywych. Sprzyjało replikacji
dalsze łączenie komórek eukariotycznych, w wyniku czego powstały kolonie komórek, a w ramach kolonii - komórki
wyspecjalizowane. Jeszcze lepiej sprzyjało replikacji wytwarzanie organizmów - początkowo prostych, z czasem coraz
bardziej złożonych - które dbały o replikację genów. I tak każdy organizm jest samopowielającym się robotem, którego
podstawowy program mówi: stwórz swoją kopię, a wraz z nią kopię swych genów.

»aden robot jednak, ani żaden organizm, nie funkcjonuje w samotności. îwiat jest wypełniony takimi samopowielającymi
się robotami. I każdy chce stworzyć swoją kopię, ale materiału budowlanego nie wystarczy dla wszystkich. W tym
właśnie momencie rozpoczyna się darwinowska walka o przetrwanie. O przetrwanie genu, nie organizmu. Tu też
rozpoczyna się zadziwiający taniec, który decyduje o rozprzestrzenianiu się w puli genetycznej jednych genów i o
wyeliminowaniu innych.

Warunki panujące w otoczeniu, jego zasoby i inni mieszkańcy wywierają presję, która doprowadziła do powstania na
drodze ewolucji zadziwiających tworów, takich jak na przykład opisywana w ostatnim rozdziale symbioza fig i bleskotek.
Na przykładzie tej symbiozy Dawkins pokazuje, jak głęboko sięgają zależności wytworzone pomiędzy różnymi
samopowielającymi się robotami. Udowadnia także to, że te skomplikowane zależności trwają tylko z jednego powodu -
pozwalają genom się replikować. I nie jest potrzebne dalsze uzasadnianie ich istnienia w oparciu i idee w rodzaju
celowego stworzenia czy projektu.

Obraz zarysowany powyżej jest ledwie niewyraźnym odbiciem tego, co prezentuje nam Dawkins. Jednak nie sposób
streścić w kilku słowach tego, co Dawkins przedstawił na ponad 350 stronach swej książki. Zatem niechaj to, co napisano
już tu o treści książki Dawkinsa, wystarczy nam za punkt odniesienia, gdy przystąpimy do próby jej ocenienia. Przede
wszystkim spróbujmy raz jeszcze zastanowić się nad tym, czemu służyć ma ta książka. Wszak to z punktu widzenia celu,
dla którego została napisana, powinno się ją ocenić.

Zalety książki. 

Wspomniałem już, że książka ta zdaje się wpisywać w wyraźnie polemiczny nurt twórczości Dawkinsa. Już przy lekturze jej
pierwszych stron skojarzenia ze îlepym zegarmistrzem nasuwają się same. Jednakże gdy przyjrzeć się uważniej, odnosi się
wrażenie, że książka ta nie jest tylko głosem w dyskusji czy odpowiedzią na zarzuty. W książce tej autor wykorzystuje
zarzuty kreacjonistów po to, by przedstawić obraz ewolucji. Przedstawia go w sposób popularyzatorski i robi to dobrze.
Autor posługuje się odpowiednio dobraną mieszaniną przykładów, ciekawostek i argumentów. Wyraźnie widać, że pisze z
lekkością charakterystyczną dla ludzi, którzy wiedzą, o czym piszą i potrafią swą wiedzę przekazać. Książka ta chwilami
staje się pasjonującą opowieścią o powstaniu życia. Opowieścią pełną niespodzianek, zaskakujących zwrotów akcji i
wyobraźni. A przy tym nie przestaje być ona rzetelnym opisem teorii ewolucji.

Zadziwia lekkość, z jaką Dawkins rozprawia się z różnymi przesądami i nieporozumieniami, które narosły wokół teorii
ewolucji. Autor pokazuje nam, że ewolucja nie jest przypadkowa, ale też nie jest świadoma. Pokazuje nam, że człowiek nie
jest koroną stworzenia, ani celem ewolucji. Wskazuje przy tym, jak patrzeć na świat i ewolucję, unikając przy tym mylącej,
antropocentrycznej perspektywy. Pokazuje nam, jak konsekwentnie trzymając się jednego obrazu ewolucji, można
wyjaśnić różne wspaniałości świata przyrody, nie odwołując się przy tym do pozornych wyjaśnień oferowanych przez
kreacjonistów i ludzi błędnie rozumiejących teorię ewolucji. Bo i takich nie brakuje.

W tych właśnie fragmentach książki, które koncentrują się na opisie teorii ewolucji i walce z przesądami jej dotyczącymi,
ukazuje się kolejna zaleta recenzowanej książki. Ukazuje nam ona, jak złożoną teorią jest teoria ewolucji. Ukazuje nam to,
jak wiele aspektów uwzględnia współczesny ewolucjonizm i jak bardzo różni się on tego, co niegdyś proponował Darwin.
Tymczasem wielu - zarówno krytyków, jak i zwolenników teorii ewolucji - zdaje się tego nie zauważać. Niewiele można
zarzucić sposobowi, w jaki Dawkins przedstawia teorię ewolucji. Natomiast pewne zarzuty można stawiać fragmentom, w
których Dawkins argumentuje na jej rzecz.

W argumentach Dawkinsa można dopatrzyć się pewnego schematu. Zaczyna od opisania wybranej sytuacji czy struktury
spotykanej w przyrodzie. Są to określone zachowania pająków, budowa oczu czy kształt muszli. Później zaczyna
spekulować na temat dróg dojścia do takiego stanu, jaki spotykamy w przyrodzie. W tym miejscu zwykle przechodzi do
jakiegoś komputerowego modelu, który - jak twierdzi Dawkins - jest dobrym odwzorowaniem sytuacji. W ramach tego
modelu pokazuje nam, jak funkcjonują mechanizmy odpowiedzialne za ewolucję i jak prowadzą do właściwych rezultatów.
Pająki zaczynają pleść sieci o odpowiedniej gęstości nici, oko przybiera odpowiedni kształt, artromorfy wyrysowywane
na ekranie komputera przez stosowny program przypominają spotykane w przyrodzie owady. Czytelnik może się z
radością przekonać, że mechanizmy, o których pisze Dawkins, rzeczywiście funkcjonują w przyrodzie, a do tego są
nadzwyczaj skuteczne. Tymczasem wrażenie to może być mylące. úatwo przeoczyć to, że owe mechanizmy funkcjonują
tak dobrze tylko w ramach uproszczonego, wyidealizowanego modelu. Czy rzeczywiście możemy z tego wnioskować, że
owe mechanizmy równie dobrze sprawują się w przyrodzie? Przyjrzyjmy się jednemu z takich modeli.

Oko - pomiędzy symulacją komputerową a przyrodą.

Na kartach swoich książek Dawkins wielokrotnie posługuje się symulacjami komputerowymi. Robi to często, czyniąc z
takich symulacji przekonywujące argumenty na rzecz teorii ewolucji. Tymczasem nie mają one aż tak dużej wartości
dowodowej. Rozważmy jeden przykład takiej komputerowej symulacji. W rozdziale o ewolucji oka Dawkins jako przykład
wykorzystuje symulację, którą przeprowadzili Nilsson i Pelger. Oto co o niej pisze:

"Punktem wyjścia Nilssona i Pelger - podnóżem ich Góry Nieprawdopodobieństwa - była płaska
warstwa komórek światłoczułych (...), znajdująca się na płaskim ekranie (...) i przykryta warstwą
przeźroczystej tkanki. Przyjęli oni, że skutki mutacji polegają na kilkuprocentowych zmianach w
wielkości czegokolwiek, na przykład niewielkim zmniejszeniu grubości warstwy przezroczystej czy
niewielkim zwiększeniu współczynnika załamania światła pewnego fragmentu tej warstwy."[5]

Symulacja, oparta na powyższych założeniach (oraz innych, dotyczących m.in. intensywności doboru, odziedziczalności,
zmienności [6]), doprowadziła do wykształcenia się oka o budowie zbliżonej do oka rybiego, w 363 992 krokach (przy
stopniu zmiany w jednym kroku równym 0,005%). To pozwoliło autorom symulacji oszacować czas potrzebny do
"wyewoluowania oka z niczego"[7]. Potrzebny okres czasu to niespełna pół miliona lat. Niewiele, wobec czasu istnienia
Ziemi. Komentarz Dawkinsa do wyników tej symulacji jest krótki:

"Utyskiwanie, że na ewolucję oka nie starczyłoby czasu, okazuje się nie tylko błędne, ale wręcz
dramatycznie, stanowczo, sromotnie błędne."[8]

Czy rzeczywiście? Przyjrzyjmy się bliżej założeniom Nilssona i Pelger. Przede wszystkim zwrócić trzeba uwagę na to, że z
całą pewnością nie mamy tu do czynienia z "wyewoluowaniem oka z niczego". Symulacja pomija bardzo wiele szczegółów
budowy oka, które Dawkins, owszem, wymienia[9], jednak tylko po to, by zbyć je krótkim:

"(...) niewykluczone, że ich ewolucja mogłaby (choć nie sądzę, żeby tak było) zająć nieco więcej czasu."[10]

Jakie to szczegóły? Na przykład wcześniejsze wyewoluowanie komórek światłoczułych. Przy tym Dawkins zdaje się
całkowicie ignorować to, że ich biochemiczna budowa jest nadzwyczaj skomplikowana[11]. Trudno uwierzyć w to, by ich
ewolucja mogła zająć ledwie "nieco więcej czasu". Symulacja pomija także to, że w mózgu musiały równocześnie powstać
niezbędne systemy potrzebne do interpretowania informacji płynących z oka. Pomija także konieczność wykształcenia się
mięśni odpowiedzialnych za ruch oka, zmianę ostrości widzenia itp. Jak widać, pomija się tu wiele czynników.

Ale wątpliwości można mieć nie tylko wobec tego, co symulacja pomija, ale także wobec tego, co zakłada. Dawkins
wielokrotnie powtarza, jak pesymistyczne są założenia przyjęte przez Nilssona i Pelger. Na przykład jedno z tych założeń,
dotyczące intensywności doboru, mówi, że na każdych 101 osobników dysponujących ulepszonym okiem, przeżywa
także 100 z okiem nieulepszonym (intensywność doboru wynosi 1%). Jednak bynajmniej nie jest to szczególnie
pesymistyczne założenie. Z dwóch powodów. Po pierwsze liczba ta wcale nie jest tak zaniżona, jak zdaje się to sugerować
Dawkins. Według George'a G. Simpsona średnia wartość intensywności doboru to, licząc optymistycznie, raczej
0,1%.[12] Po drugie, zgodnie z tym założeniem, każda pozytywna mutacja wcześniej czy później zdominuje populację. To
założenie jest nadzwyczaj optymistyczne. W rzeczywistości to, że osobnik jest nosicielem pozytywnej mutacji, wcale nie
zapewnia automatycznie jego przetrwania i ostatecznego zdominowania populacji przez zmutowane osobniki. Taki
osobnik nie ma gwarancji przeżycia i rozmnożenia się. Ma tylko nieco większe szanse na przetrwanie. Zgodnie z
wyliczeniami Ronalda Fishera[13] prawdopodobieństwo, że korzystna mutacja przetrwa i zdominuje populację, wynosi 2%
dla przyjętego przez Nilssona i Pelger stopnia intensywności doboru równego 1% (o ile mamy do czynienia z
dostatecznie liczną populacją). Jeśli przyjąć, zapewne bliższą rzeczywistości, wartość intensywności doboru
proponowaną przez Simpsona, okaże się, że prawdopodobieństwo zdominowania populacji przez mutację to już tylko
0,2%. Czyli statystycznie w populacji rozpowszechni się 1 mutacja na 500. Znaczna większość mutacji, także tych
korzystnych, zniknie z populacji w wyniku na przykład przypadkowej śmierci lub dryfu genetycznego.

Inna wątpliwość związana z omawianą tu symulacją komputerową ma bardziej podstawowe znaczenie. W symulacji tej
mamy przedstawiony ciąg niewielkich zmian w budowie oka, które ostatecznie prowadzą do wykształcenia się oka
zbliżonego do oka ryby. Mowa cały czas o obserwowalnych zmianach w oku, o zmianach fenotypowych. Każda taka
zmiana musi jednak mieć podłoże genetyczne. Autorzy symulacji, a wraz z nimi Dawkins, zakładają, że temu ciągowi
płynnych zmian fenotypowych, odpowiada ciąg możliwych mutacji w genotypie. Tymczasem nie jest to wcale tak
oczywiste. Nie można wykluczyć choćby tego, że wykonanie kolejnego kroku wymagałoby nie jednej, lecz wielu
zsynchronizowanych zmian w genotypie. Wówczas do wykonania kolejnego kroku potrzebnych byłoby więcej
jednocześnie zachodzących mutacji.[14] To zaś znów zwiększa czas potrzebny ewolucji na przejście wszystkich
prezentowanych w symulacji Nilssona i Pelger kroków. Zwłaszcza jeśli uwzględnimy to, że mutacje są zjawiskiem raczej
rzadkim[15], a do tego znaczna większość mutacji jest szkodliwa lub neutralna. Zatem prawdopodobieństwo zajścia
korzystnej mutacji jest bardzo małe. Naturalnie takie obliczenia można poddawać w wątpliwość. Otrzymywane w ich
wyniku liczby w dużym stopniu zależą od przyjętych założeń. Ale warto pamiętać, że liczby podawane przez Dawkinsa są
równie wątpliwe.

Na powyższym przykładzie wyraźnie widać najsłabszy bodaj punkt każdej niemal argumentacji przedstawionej przez
Dawkinsa w jego ostatniej książce. Przy tym słabość ta nie dotyczy wyłącznie wykorzystywanych przez Dawkinsa
symulacji komputerowych. To, co pokazuje nam autor, to tylko uproszczone, wyidealizowane modele. Ewolucja mogła
zachodzić zgodnie z nimi, lecz bynajmniej nie musiała i prawdopodobnie nie zachodziła. W przypadku tego typu
argumentów należy zatem zachować dużo ostrożności. Wprawdzie kierunek zmian osiąganych w komputerowych
symulacjach zdaje się być właściwy, niekoniecznie jest jednak identyczny z tym, który spotykamy w przyrodzie.
Uproszczenia i idealizacje, stosowane przez Dawkinsa w opisywanych przezeń modelach, dają podstawy do zadania
pytania - czy nie posunęły się one zbyt daleko? Czy owe modele nadal pozostają wystarczająco dobrymi przybliżeniami
tego, co dzieje się w przyrodzie?

Uwagi końcowe.

Na powyższe pytania nie możemy jak dotąd uzyskać odpowiedzi. Skala czasu, z którą mamy do czynienia w przypadku
zmian ewolucyjnych, jest zbyt duża by możliwe były zdecydowane rozstrzygnięcia. Powyższe uwagi osłabiają nieco siłę
argumentów Dawkinsa, lecz nie zbijają ich całkowicie. Jest coś, co dość mocno udowodnił w swej książce. To mianowicie,
że możliwe jest zrekonstruowanie w ramach teorii ewolucji drogi wykształcenia się znanych nam organizmów. Możliwe
jest przedstawienie takiej drogi, bez odwoływania się do podejrzanych naukowo idei w rodzaju Inteligentnego Stwórcy
czy celowej ewolucji. Wystarczą do tego pojęcia i teorie składające się na współczesną teorię ewolucji. Nadal jednak nie
możemy kategorycznie stwierdzić, że owe rekonstrukcje są prawidłowe. Daleko zatem jeszcze do ogłoszenia zwycięstwa
teorii ewolucji, lecz równie daleko do jej odrzucenia. Kto wie, czy nie jest to najważniejsza z nauk płynących z lektury
Wspinaczki na szczyt nieprawdopodobieństwa.

Recenzowana książka niewątpliwie warta jest przeczytania. Ewolucjonista z pewnością znajdzie w niej masę dowodów na
to, że nie myli się będąc ewolucjonistą. Kreacjonista zaś może przynajmniej raz jeszcze zetknąć się z cudownością świata
przyrody, przedstawioną z prawdziwym pisarskim polotem. A co książka Dawkinsa może dać filozofowi? Przede
wszystkim możliwość zapoznania się z teorią ewolucji, która stanowi podstawę bądź też istotną część światopoglądu
wielu ludzi. Warto przy tym pamiętać, że ewolucja nie jest już ideą właściwą wyłącznie biologii. Mówi się o ewolucji
choćby w kosmologii czy epistemologii.

Lektura tej książki daje także korzyść zgoła odległą od samego tematu książki. Daje szansę przyjrzenia się działaniom
popularyzatora nauki, który jest dobry w tym, co robi. Pasja, z jaką Dawkins pisze, argumenty, jakie stosuje i sposób, w
jaki to robi - wszystko to warte jest dostrzeżenia. Nawet jeśli propagandowa wartość argumentów jest czasem większa, niż
ich wartość naukowa. Wartościowa jest sama możliwość przyjrzenia się takim argumentom, choćby po to, by być
świadomym ich istnienia. Dzięki temu można nabrać dystansu potrzebnego, by nie dać się uwieść używającej ich
retoryce. Dystansu jakże cennego dla kogoś, kto próbuje poszukiwać odpowiedzi na tak podstawowe pytania, jak te, na
które w swej książce próbuje odpowiadać Dawkins.

1999 r.

Przypisy

1.Dawkins, R.: Samolubny gen. Prószyński i S-ka, Warszawa 1996. 
2.Dawkins, R.: The Extended Phenotype. W.H. Freeman, Oxford 1982. 
3.Dawkins, R.: îlepy zegarmistrz. PIW, Warszawa 1994. 
4.Dawkins, R.: Rzeka genów. CIS: Most, Warszawa 1995. 
5.Dawkins, R.: Wspinaczka na szczyt Nieprawdopodobieństwa. Prószyński i S-ka, Warszawa 1998, s. 194. 
6.Por. Tamże, ss. 195-197. 
7.Tamże, s. 195. 
8.Tamże, s. 198. 
9.Tamże. 
10.Tamże. 
11.Opis działania takiej komórki może dać pewne pojęcie na temat złożoności jej budowy. Poniższy opis znalazł się w
artykule Michaela J. Behe: "(...) gdy światło pada na siatkówkę, cząsteczka organiczna zwana 11-cis-retinal,
absorbuje foton, co powoduje, że przekształca się ona w trans-retinal. Zmiana kształtu cząsteczki retinalu
powoduje zmianę kształtu białka membranowego, rodopsyny, do której ona ściśle przylega. To odmienione białko
oddziaływuje wówczas na białko przekaźnikowe, zwane transducyną, które zaczyna aktywować związane z
membraną białko zwane fosfodiesterazą. Fosfodiesteraza zaś uwalnia jony wapnia z pręcikowych komórek oka, co
hamuje transport jonów sodu przez komórkę. To z kolei powoduje hiperpolaryzację membrany komórkowej i w
końcu wywołuje prąd, który przepływa w dół nerwu optycznego do mózgu." (Michael J. Behe "Biologiczne
mechanizmy molekularne: eksperymentalne poparcie dla wniosku o projekcie." [w:] Jodkowski K.,
Metodologiczne aspekty kontrowersji ewolucjonizm - kreacjonizm, Wydawnictwo UMCS, Lublin 1998, s. 500. 
12.Por. G.G. Simpson, The Major Features of Evolution, Columbia University Press, New York 1953, s. 119.; 
K. Jodkowski, Metodologiczne aspekty?, s. 163. 
13.Por. K. Jodkowski, Metodologiczne aspekty..., s. 163. 
14.Znaczna większość genów, jeśli nie wszystkie, ma charakter plejotropowy, co znaczy, ze wplywaja one
jednoczesnie na wiele cech osobnika. Co więcej dana cecha zalezy zwykle od wielu genow (por. Henryk Szarski,
Mechanizmy ewolucji, PWN, Warszawa 1986, s. 55). 
15.Będące źródłem mutacji błędy, pojawiające się podczas replikacji DNA, są w znacznej większości eliminowane
przez korekcyjne mechanizmy wbudowane w proces replikacji. Dopiero błędy, które nie zostaną skorygowane,
stają się mutacjami. Częstość zachodzenia mutacji w przeliczeniu na 1 zasadę i 1 replikację mieści się gdzieś w
granicach między 10-8 a 10-9. (Por. H. Krzanowska, A. úomnicki, J. Rafiński, H. Szarski, J.M. Szymura, Zarys
mechanizmów ewolucji, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1995, s. 35). 

Data ostatniej aktualizacji: 03.05.2000 
Oryginal: http://simon.hell.pl/dawkins.html


POWRÓT