Kazimierz  Jodkowski *

Niewspółmierność. Studium przypadku: kontrowersja ewolucjonizm-kreacjonizm


Od kilkudziesięciu lat istnieje we współczesnej filozofii nauki mocny nurt kwestionujący ciągłość rozwoju nauki, przynajmniej w pewnych aspektach. Czołowymi przedstawicielami tego nurtu byli Paul K. Feyerabend oraz Thomas S. Kuhn, którzy głosili tzw. tezę o niewspółmierności.

Termin "niewspółmierność" został zapożyczony z matematyki. Przekątna kwadratu jest niewspółmierna z bokiem tego kwadratu, podobnie długość okręgu z jego promieniem, co znaczy, że nie istnieje jednostka długości, przy pomocy której można by zmierzyć obie te długości bezpośrednio i dokładnie. Żadna jednostka długości nie mieści się w nich bez reszty całkowitą ilość razy — czyli nie mają one wspólnej miary. Nie znaczy to jednak, że są one nieporównywalne — można je bowiem mierzyć i porównywać z każdą zadaną dokładnością. Termin "niewspółmierność" zastosowany do teorii naukowych funkcjonuje metaforycznie. [1] Terminu "niewspółmierność" w sensie filozoficznym użył po raz pierwszy Ludwik Fleck. [2] Należy też zauważyć, że przed Feyerabendem i Kuhnem tezę o niewspółmierności (a raczej pewne jej wersje), nie nazywając jej tak, głosił Kazimierz Ajdukiewicz, a później Benjamin Lee Whorf.

Kuhn i Feyerabend zaprzeczali poglądowi rozpowszechnionemu wśród pozytywistów i szeregowych pracowników nauki, że współczesne teorie naukowe są bardziej racjonalne (pozbawione przesądów), bardziej wiarygodne (oparte na większej ilości obserwacji), szersze (obejmujące większy zakres zjawisk) i głębsze (wyjaśniające badany fragment świata przez mniejszą ilość bardziej podstawowych zasad), niż teorie niegdyś utrzymywane, a dziś odrzucone. Ich zdaniem w historii nauki występują przypadki, kiedy rywalizujące teorie, bądź też teorie po sobie następujące, są niewspółmierne — są w pewnym sensie różne, odmienne, nieporównywalne. Jest to wyraźne odejście od tradycyjnego poglądu, według którego teorie nowoformułowane nie mogą być niezgodne z teoriami poprzednio utrzymywanymi. Należy mocno podkreślić, że problematyczność poglądu Kuhna wywodzi się stąd, że teza o niewspółmierności dotyczy tzw. teorii alternatywnych. Nie ma wątpliwości, że mogą być niewspółmierne teorie nie rywalizujące ze sobą.

W obszernych omówieniach tezy o niewspółmierności [3] wyróżniłem kilka płaszczyzn niewspółmierności, o jakich się dyskutuje w filozofii nauki. Poniżej omówię je na przykładzie kontrowersji ewolucjonizm-kreacjonizm, jaka trwa na pograniczu nauki i pseudonauki. Będę więc uzasadniał przeciwne stanowisko do tego, jakie usiłuje uzasadnić wielu kreacjonistów, którzy twierdzą, że teoria ewolucji i naukowy kreacjonizm (zwany czasami teorią inteligentnego projektu) są teoriami tego samego typu. [4] Moim zdaniem są to ujęcia niewspółmierne na przynajmniej trzech płaszczyznach: językowej, metodologicznej i ontologicznej.

§1. Niewspółmierność językowa

Podobnie jak Kuhn, współcześni ewolucjoniści podkreślają wszystko przenikający charakter paradygmatu ewolucyjnego. Znany i często powtarzany jest w ich kręgach zwrot, będący tytułem artykułu Dobzhansky'ego: "Nic w biologii nie ma sensu, jeśli nie zostanie zinterpretowane w świetle ewolucji". [5] Jeśli tak istotnie jest, to biolog ewolucyjny musi napotkać na trudności w porozumiewaniu się z kreacjonistami.

Trudności komunikacyjne ujawniają się już przy definiowaniu przeciwnych stanowisk. Sam Darwin używał terminu "stworzenie" w znaczeniu "pojawienie się na mocy zupełnie nieznanego procesu". [6] Sama definicja ujawniała już wyższość ewolucjonizmu (ewolucjonizm mówi, jak powstało życie, kreacjonizm zaś tego nie potrafi powiedzieć).

Również definicja ewolucjonizmu prowadzi do trudności we wzajemnym porozumiewaniu się i wzajemnej krytyce. Przede wszystkim istnieje wiele różnych definicji ewolucji i ewolucjonizmu.

 

A. Rozmaitość definicji ewolucji

W ciągu stu lat od czasu powstania darwinizmu pojęcie ewolucji stosowano nie tylko do świata ożywionego, lecz również do nieożywionego. Mówimy więc o ewolucji całego Wszechświata, Układu Słonecznego i Ziemi, oprócz ewolucji organizmów ją zasiedlających. (...) Pochodzenie życia najlepiej można wyjaśnić jako rezultat przedkomórkowej ewolucji chemicznej, która zachodziła przez miliony lat. Mówimy też o społecznej czy kulturowej ewolucji. [7]

Podobnie wypowiadał się inny czołowy ewolucjonista, Ernst Mayr:

Obraz świata dzisiejszego człowieka zdominowany jest przez wiedzę, że Wszechświat, gwiazdy, Ziemia i wszystkie byty ożywione ewoluowały w trakcie długiej historii, która nie została zaprogramowana czy z góry wyznaczona, historii ciągłej, stopniowej zmiany kształtowanej przez bardziej lub mniej kierunkowe procesy przyrodnicze zgodne z prawami fizyki. Ewolucja kosmiczna i ewolucja biologiczna mają wiele wspólnego. [8]

Uważam wbrew cytowanym wyżej niektórym ewolucjonistom, że stosowane w astronomii czy kosmologii pojęcie ewolucji różni się jednak znacznie od tego pojęcia stosowanego w biologii. W tej ostatniej poszczególne organizmy mają wydawać na świat potomstwo różne od siebie, w rezultacie czego po jakimś czasie i w sprzyjających warunkach powstają nowe gatunki. W astronomii, kiedy mówi się o ewolucji gwiazd, ma się na myśli w zasadzie losy pojedynczych gwiazd, na przykład przesuwanie się ich w miarę upływu czasu na diagramie Hertzsprunga-Russella, zmianę ich parametrów fizycznych, składu chemicznego itp. [9] Podobnie kiedy w kosmologii mówi się o ewolucji Wszechświata, ma się na myśli jeden Wszechświat, ten w którym żyjemy. Ewolucja w astronomii i kosmologii odpowiada więc zmianom zachodzącym w trakcie życia jednego organizmu biologicznego (rozwój płodowy, dzieciństwo, dojrzewanie, starość itp.), a takich zmian przecież kontrowersja ewolucjonizm-kreacjonizm nie dotyczy, bo nikt ich nie kwestionuje. I nie nazywa się ich ewolucją. [10] Przy tym sensie słowa "ewolucja" kreacjonistów nie można by nazywać antyewolucjonistami, a antyewolucjonizm jest istotną cechą kreacjonizmu.

Ewolucjoniści często określają ewolucję tak szeroko, że proces ten niemal traci swoją specyficzność. Tak zdefiniował ewolucję Michał Heller:

Jakiś układ podlega ewolucji, jeśli ulega zmianom i jeśli można sensownie określić kierunek tych zmian. [11]

Układ podlega ewolucji, jeżeli zmienia się i jeżeli zmiany te następują w pewnym stałym kierunku. [12]

Jeśli ma to być definicja projektująca, to — oczywiście — nie można jej nic, poza wprowadzaniem zamętu pojęciowego, zarzucić. Każdy ma prawo używać słów w dowolnym sensie, jeśli je wcześniej sprecyzuje — a Heller warunek ten spełnił. Jednak jeśli ma to być definicja sprawozdawcza, a wydaje się, że Heller chciał zdefiniować sens słowa "ewolucja" jak najmniej odbiegający od używanego, [13] to definicji tej przyjąć nie można, gdyż jest za szeroka. Losy pojedynczego organizmu, np. ludzkiego, spełniają definiens definicji Hellera, jednak nikt losów tych nie nazywa ewolucją. Być może szersze rozumienie ewolucji jest przydatne do pewnych celów, ale jest nieprzydatne przynajmniej dla celów tej książki — uniemożliwia bowiem nawet sformułowanie sporu będącego przedmiotem jej badań. Korzystając z propozycji Hellera można by przedstawić następująco definicję ewolucji typu biologicznego, ale nie ograniczonej tylko do biologii: "O ewolucji możemy mówić, jeśli jakiś układ ulega zmianom i wyłania z siebie inny układ, który także ulega zmianom i wyłania z siebie inny układ, który... itd. i jeśli można sensownie określić kierunek tych zmian".

Niektórzy ewolucjoniści definiują ewolucję nawet tak szeroko, że może obejmować zarówno ewolucję w ścisłym sensie, jak i ujęcie kreacjonistyczne. Porównajmy kilka wypowiedzi:

Nie wahamy się też odnosić terminu ewolucji do zjawisk nie związanych już z przyrodą w ścisłym znaczeniu tego słowa. Językoznawca stara się ewolucyjnie ujmować zagadnienia swojej specjalności, mówimy o ewolucji naszych zapatrywań na różne zagadnienia, możemy wreszcie mówić o ewolucji jakiejś maszyny czy ewolucji, jakiej np. uległa z czasem przeróbka określonego surowca. Pierwsze zegarki, auta, maszyny do pisania wyglądały inaczej niż obecne. Zmiany, jakim podlegały, odbywały się raczej stopniowo i mając przed sobą wszystkie kolejne modele, moglibyśmy łatwo zrekonstruować stopniowe zmiany, jakie wprowadzali konstruktorzy celem ulepszenia i sprawniejszego działania maszyny danego typu. [14]

Ewolucja samochodu Corvette. Wszystko ewoluuje w sensie "pochodzenia z modyfikacjami", czy będzie to polityka rządowa, religia, samochody sportowe czy organizmy. Rewolucyjna Corvette z włókna szklanego wyewoluowała z bardziej przyziemnych samochodowych przodków w 1953 roku (...). Inne przełomowe momenty w ewolucyjnym ulepszaniu Corvette obejmują model z 1962 roku (...), w którym oryginalną 102-calową odległość między osiami kół skrócono do 98 cali i wprowadzono nowy model Stingray, dwudrzwiowy z dachem; model z 1968 roku (...), poprzednik co do kształtu dzisiejszej Corvette, który pojawił się z możliwością usuwania dachu; a także model z 1978 roku wypuszczony z okazji srebrnej rocznicy (...), w szybkościowym stylu. Wersja dzisiejsza (...) kontynuuje stopniowe ulepszenia, które gromadziły się od 1953 roku. Istotne jest, że Corvette ewoluowała w procesie doboru działającym na odmiany, przynosząc rezultat w postaci serii form przejściowych, którego efekt końcowy jest raczej odmienny od punktu wyjściowego. Podobny proces kształtuje ewolucję organizmów. [15]

(...) ołówki mają za sobą bogatą ewolucję, poczynając od bardzo prymitywnych zaczątków, a zachodzące w nich przez stulecia zmiany miały dwa główne źródła: ludzką wyobraźnię i ludzkie doświadczenie. Obdarzeni wyobraźnią odkrywcy proponowali pewne ulepszenia i próbowali "wcielać je w życie". Zmiany, które naprawdę okazywały się korzystne, były selekcjonowane i stosowane, te które nie przynosiły pożytku, były zarzucane. W ten sposób ołówki ewoluowały dzięki współdziałaniu planu i selekcji, opartemu na kolejnych próbach i błędach. [16]

(...) Rybacy korzystający z haczyków zauważyli przy długotrwałym używaniu, że niektóre z nich spisywały się lepiej od innych przy połowach określonych gatunków ryb i w określonych okolicznościach. Ewolucja haczyków postępowała bez wątpienia poprzez ich selekcję. Te ich odmiany, które pozwalały złowić większą liczbę ryb, były chętniej wytwarzane (lub zamawiane) od tych, przy których połowy były niższe — i był to proces, który zachodził niezależnie od tego, czy był, czy też nie był, uświadomiony. Jeśli haczyk osadzony na 20-milimetrowym trzonku dawał lepsze rezultaty połowów od haczyka na trzonku 25-milimetrowym, selekcja działała na jego korzyść. [17]

Otóż tak się składa, że przykład "ewolucji" zegarków, aut, maszyn do pisania, ołówków i haczyków rybackich jest dokładną i używaną analogią dla koncepcji głoszonych przez rozmaite odmiany kreacjonistów. Autorzy wyżej cytowanych fragmentów wyraźnie mylą ewolucję z sukcesją. [18] Mając przed sobą wszystkie kolejne modele, moglibyśmy łatwo zrekonstruować ich sukcesję w czasie. Dla kreacjonistów nie jest to jeszcze stwierdzenie ewolucji, a już zupełnym nieporozumieniem jest dla nich nazywanie ewolucją dzieła rozumnych konstruktorów. W kołach kreacjonistycznych błąd ten nazywany jest "gafą Berry". [19]

W przeciwieństwie do autora pierwszego z wyżej cytowanych fragmentów nie waham się podjąć decyzji, by nie odnosić terminu "ewolucja" do procesów związanych z rozumnym projektowaniem i nie zachodzących wskutek jedynie naturalnych prawidłowości przyrodniczych.

Takie definiowanie ewolucji jak w powyższych cytatach powoduje, że kreacjonizm jest bardzo trudno przeciwstawić ewolucjonizmowi. Czemu bowiem sprzeciwiają się kreacjoniści? Przecież nie ewolucji, bo uznają pojawianie się kolejnych modeli samochodów, zegarków i maszyn do pisania. Może więc ewolucji biologicznej? Okazuje się, że też nie, a przynajmniej — że częściowo nie.

B. Gatunki a baraminy

Dzisiejszy kreacjonizm odrzuca zobowiązanie do statycznej koncepcji Wszechświata. W myśli Zachodu platońska koncepcja stabilności i trwałości przeważała nad koncepcją heraklitejską. Kreacjonizm został obciążony ideą świata statycznego w Średniowieczu, kiedy to Kościół zaakceptował biologię Arystotelesa nauczającego, że gatunki są wieczne. [20] Stało się to głównie za sprawą Tomasza z Akwinu, który przyswoił myśl grecką w swojej chrześcijańskiej filozofii. Odtąd trwałość i stabilność zaczęto identyfikować z ortodoksją chrześcijańską. "Do najtrwalszych elementów starego obrazu świata należy bez wątpienia idea niezmienności porządku świata i wszystkich istot stworzonych. Sądzono, że kosmos cechuje wszechogarniający i niezmienny porządek, któremu należy się bezwarunkowo podporządkować". [21] W nauce znaczyło to na przykład, że gatunki przyrodnicze są realizacją wiecznych i niezmiennych istot (esencji). Idea ta została w następnych stuleciach wzmocniona przez rozpowszechnioną koncepcję Wielkiego Łańcucha Bytu, która wymagała, by każde ogniwo w tym Łańcuchu było cały czas zajęte. [22]

Współczesny kreacjonizm dopuszcza zmienność wewnątrzgatunkową (czy dokładniej: wewnątrz stworzonego typu, wewnątrz baraminu). [23] Wyraźnie twierdzono to, zanim jeszcze Whitcomb i Morris swoją słynną w tych kręgach książką, The Genesis Flood, doprowadzili do odrodzenia kreacjonizmu:

W progresywnym kreacjonizmie może istnieć sporo radiacji horyzontalnej. Jej ilość należy określić na podstawie zapisu geologicznego i eksperymentów biologicznych. Nie ma jednak radiacji wertykalnej. Radiacja wertykalna dokonuje się jedynie na mocy stworzenia typu fiat. Z podstawowego gatunku może wyłonić się wiele gatunków w radiacji horyzontalnej, w procesie realizowania się potencjalności genetycznych czyli rekombinacji. Radiacja horyzontalna może wyjaśnić wiele z tego, co uchodzi obecnie za świadectwo na rzecz teorii ewolucji. W zapisie geologicznym występują luki, ponieważ postęp wertykalny zachodzi tylko poprzez stworzenie. [24]

Ale sam Morris pisał o tym jeszcze wcześniej:

Warto zauważyć w tym miejscu, że Biblia nie naucza trwałości gatunków (...). Tak więc jest prawdopodobne, że oryginalny "rodzaj" z Księgi Rodzaju jest ściśle spokrewniony z tym, co współcześni systematycy nazywają "rodziną". I powiedzmy bez żadnych niedomówień, że nie istnieje świadectwo empiryczne, iż kiedykolwiek zachodziła ewolucja ani by kiedykolwiek mogła zachodzić przekraczając granice [biblijnych] rodzajów. [25]

Kreacjoniści nie mają więc problemu z powstawaniem nowych gatunków, a nawet nowych rodzajów w sensie współczesnej taksonomii biologicznej.

Co więcej, kreacjoniści akceptują istnienie tak mutacji, jak i doboru naturalnego. Twierdzą nawet, że to oni pierwsi wymyślili ideę doboru naturalnego przed Darwinem (kreacjonista Edward Blyth w 1835 roku). [26] W ich ujęciu dobór naturalny jest odpowiedzialny za obserwowaną zmienność wewnątrzgatunkową dostosowującą stworzone typy do rozmaitych środowisk. Progresywny kreacjonista, Millard Erickson, tak pisze na temat tej zmienności:

Między (...) specjalnymi aktami stworzenia zachodził rozwój kanałami ewolucji. Na przykład jest możliwe, że Bóg stworzył pierwszy element rodziny koni, a różne gatunki tej rodziny rozwinęły się potem na drodze ewolucyjnej. Jest to "wewnątrzrodzajowy" rozwój (mikroewolucja), nie zaś rozwój "międzyrodzajowy". Jeśli bowiem chodzi o biblijne stwierdzenie, że Bóg uczynił każde stworzenie według rodzaju jego, to już zauważyliśmy, iż hebrajskie słowo "min" jest raczej wieloznaczne, a więc niekoniecznie musimy identyfikować je z gatunkiem w sensie biologicznym. Może ono mieć znacznie szerszy zakres. Ponadto istnieje znaczna ilość czasu umożliwiająca mikroewolucję, gdyż słowo "yom", które tłumaczy się jako "dzień", również może być swobodniej tłumaczone. [27]

Podobnie wypowiadają się kreacjoniści młodej Ziemi z tym, że zmienność wewnątrzrodzajową umiejscawiają nie między specjalnymi aktami stworzenia, ale po nich. Kreacjoniści negują "jedynie" rolę doboru jako czynnika sprawczego makroewolucji, powstawania nowych gatunków poprzez ekspansję puli genetycznej. Dodatek "poprzez ekspansję puli genetycznej" jest istotny, gdyż kreacjoniści akceptują nawet powstawanie nowych gatunków (odmian jakiegoś gatunku, które już się nie krzyżują), o ile gatunki te powstały wskutek redukcji oryginalnej puli genetycznej. [28] Kreacjoniści krytykują więc teorię doboru naturalnego, ale nie jako takiego, lecz jako — rzekomego ich zdaniem — czynnika makroewolucji.

Istotą sporu kreacjonizmu z ewolucjonizmem jest więc to, czy dobór naturalny ma charakter twórczy czy konserwujący. Przed Darwinem dobór naturalny uważano za czynnik zachowawczy, który usuwając organizmy słabe i zniekształcone, utrzymywał gatunek w zdrowiu i sile. "Wkładem Darwina było to, że zmienił on rozumienie walki o byt, czyniąc ją mechanizmem twórczym". [29] Według kreacjonistów dobór naturalny "działa, utrzymując rodzaje od wyginięcia, gdy zmienia się środowisko". [30] Jednak zdaniem ewolucjonistów "istota teorii Darwina leży w jego stwierdzeniu, że dobór naturalny jest twórczą siłą ewolucji — nie tylko wykonawcą wyroków na niedopasowanych. Selekcja naturalna musi także konstruować dopasowanych, musi ona stopniowo budować adaptacje (...)." [31] Dobór naturalny pełni także negatywną rolę eliminując niedopasowane jednostki. "Ale oczywiste jest, że dobór pełni także pozytywną i twórczą rolę". W tej ostatniej dobór jest "rozstrzygającym i ukierunkowującym procesem w stałej adaptacji". [32]

Niektórzy ewolucjoniści wydają się nietrafnie zakładać, że kreacjoniści są zmuszeni atakować istnienie doboru naturalnego (czy jego modyfikacji — doboru grupowego, krewniaczego itp.). Porównajmy w tej sprawie następujące twierdzenie:

teoria doboru naturalnego ma nieco inny status niż teorie z dziedziny nauk humanistycznych lub nauk stosowanych, ponieważ należy ona do dziedziny nauk ścisłych i niestosowanych, tak jak definiuje je John Ziman (Społeczeństwo nauki, PIW, Warszawa 1972). Oznacza to, że podobnie jak wiele innych teorii tego typu przyjęta ona została przez wszystkich poważnych i liczących się badaczy. Stąd biologowie nie bardzo przejmują się krytyką teorii ewolucji ze strony takich autorów (jak np. profesor Maciej Giertych), którzy nie podejmują tej krytyki na łamach poważnych czasopism naukowych, lecz odwołują się do szerokiej publiczności w, dajmy na to, Rycerzu Niepokalanej. [33]

Czasami niektórzy wypowiadający się na ten temat ewolucjoniści dochodzą do zbyt ogólnych wniosków jak na przesłanki, na których się opierają. Jan Kozłowski na przykład po omówieniu znanego przypadku tzw. melanizmu przemysłowego (na terenach przemysłowych stopniowo coraz liczniej występowały formy ciemne motyli, a coraz rzadziej formy jasne) tak konkludował:

Darwin doszedł do sformułowania teorii doboru naturalnego w oparciu o intuicję. Później wykazano w sposób dedukcyjny, że dobór naturalny musi działać, o ile spełnione są wymienione poprzednio warunki charakteryzujące populacje żywych organizmów. Wykazanie w sposób dedukcyjny, a więc w sposób, którym posługuje się matematyka, oznacza, że istnienie doboru naturalnego, głównego motoru ewolucji, można zanegować tylko poprzez wykazanie, że któreś z niezbędnych założeń nie jest spełnione. A wiemy przecież, że są one spełnione, czyli ewolucja drogą doboru naturalnego musi zachodzić. [34]

W opinii kreacjonistów należy jednak odróżniać zmiany mikroewolucyjne, wewnątrzgatunkowe (do których należy przykład omówiony przez Kozłowskiego), od zmian makroewolucyjnych, międzygatunkowych, prowadzących do powstania nowych gatunków.

Rozróżnienie to występuje w pismach samych ewolucjonistów. Terminy "makroewolucja" i "mikroewolucja" zostały ukute w 1927 roku przez rosyjskiego entomologa Jurija Filipczenkę w jego wydanym po niemiecku dziele Variabiliät und Variation, które było próbą pogodzenia genetyki mendlowskiej i ewolucjonizmu. Do angielskojęzycznej literatury wprowadził je Theodosius Dobzhansky w 1937 roku. [35]

Można powiedzieć, że ewolucja przebiega na wielu poziomach. Zapewne najważniejszy z nich to ten, na którym dobór naturalny rozstrzyga, że niektóre zygoty przekazują swe geny licznym osobnikom następnych pokoleń, inne pozostawiają potomstwo mniej liczne, a jeszcze inne giną bezpotomnie. Niżej od niego znajdą się zmiany w organizacji komórki, jak np. poliploidyzacja, a jeszcze niżej zdarzenia molekularne. Wszystkie te poziomy zalicza się zwykle do mikroewolucji. Do zagadnień makroewolucyjnych należą natomiast sposoby powstawania grup o nowych planach budowy i pojawianie się nowych przystosowań, rozważenie przyczyn, dla których pewne grupy systematyczne wyższe od gatunku wymierają, inne zaś trwają lub nawet rozradzają się obficie. Tutaj zaliczamy też takie problemy, jak np. równoczesność lub jej brak w wymieraniu lub w radiacjach ewolucyjnych, wpływ czynników geograficznych itp. [36]

Genetycy badają stopniowy wzrost częstości korzystnych genów w laboratoryjnych populacjach muszek owocówek. Przyrodnicy obserwują powolne zastępowanie ciem jasnych przez formy ciemne, w miarę jak zanieczyszczenia przemysłowe pokrywają drzewa w Wielkiej Brytanii. Ortodoksyjny neodarwinizm ekstrapoluje te równomierne i ciągłe przemiany na najbardziej zasadnicze zmiany strukturalne w historii życia: długą serią niedostrzegalnie stopniowanych stadiów pośrednich łączy się ptaki z gadami i ryby z ich przodkami bezszczękowcami. Makroewolucja (wielkie zmiany planu budowy) to tylko mikroewolucja (muszki w laboratorium) rozciągnięta w czasie. Skoro ciemne ćmy mogą zastąpić jasne w ciągu stulecia, to gady mogą się w ciągu kilku milionów lat zmienić w ptaki dzięki stopniowej kumulacji niezliczonych drobnych zmian. Zmiany częstości występowania genów w lokalnych populacjach dostarczają właściwego modelu dla wszystkich procesów ewolucyjnych — tak w każdym razie twierdzi współczesna ortodoksja. [37]

Mikroewolucja: "Ewolucja na poziomie gatunku i poniżej tego poziomu".

Makroewolucja: "Ewolucja powyżej poziomu gatunku; ewolucja wyższych jednostek taksonomicznych i tworzenie ewolucyjnych nowości w rodzaju nowych struktur". [38]

Carroll twierdzi, że rozróżnienie między tymi procesami istnieje od dawna i że stale sugerowano, iż za zdarzenia makroewolucyjne odpowiedzialne są czynniki nieobecne na poziomie gatunkowym. [39] Makroewolucji Carroll poświęca kilka stron ostatniego rozdziału [40] i twierdzi tam między innymi, że w makroewolucji można rozpoznać trzy różne aspekty: pochodzenie i radiację większych grup taksonomicznych, ewolucję odrębnych nowych struktur lub procesów fizjologicznych oraz większe zmiany adaptacyjne. [41]

Podobne rozróżnienie, subspecjacji i transspecjacji wprowadzili cytowani już T. Dobzhansky, F. Ayala, G. Stebbins i J. Valentine. [42] Subspecjacja jest w istocie zmiennością wewnątrzgatunkową, a transspecjacja jest zmianą od jednego gatunku do innego.

Kreacjoniści kwestionują jedynie ten ostatni rodzaj zmian, akceptując (jakżeby mogło być inaczej?) pierwszy. [43] Nie negują więc istnienia doboru naturalnego jako takiego. Ograniczają tylko jego działanie do zmian wewnątrzgatunkowych kwestionując to, by był on — jak mówi Kozłowski — "głównym motorem [makro]ewolucji". W przykładzie melanizmu przemysłowego nie powstał nowy gatunek, ani nawet jego ciemna odmiana. Była ona zawsze obecna. Zmienił się jedynie jej procentowy udział w populacji motyli na omawianym terenie.

Porównajmy następującą wypowiedź w tej sprawie:

Eksperymenty pokazują wpływ drapieżnego stylu życia na przetrwanie ciemnej i normalnej formy Ćmy Pieprzowej w czystym środowisku i w zanieczyszczonym przez dym. Eksperymenty te pięknie pokazują dobór naturalny — bądź przetrwanie najlepiej dopasowanych — w działaniu, ale nie pokazują one występowania ewolucji, gdyż jakkolwiek populacje mogą zmieniać swoją zawartość jasnych, pośrednich lub ciemnych form, to wszystkie ćmy pozostają od początku do końca gatunkiem Biston betularia. [44]

Trzeba jednak pamiętać, że wielu ewolucjonistów, choć odróżnia mikro- i makroewolucję, ma przynajmniej skłonność uważać, że przejście między tymi odmianami ewolucji jest płynne, a nawet że makroewolucja jest ekstrapolacją mikroewolucji. [45] Niektórzy jednak nie są tego pewni, [46] a nieliczni odrzucają łączenie mikro- i makroewolucji. [47]

Argumentując za stałością biologiczną na pewnym poziomie taksonomicznym, kreacjoniści odwołują się do danych eksperymentalnych. [48]

Wszystkie modyfikacje teorii doboru naturalnego — dobór grupowy Wynne-Edwardsa, [49] dobór krewniaczy Hamiltona [50] czy tzw. strategie ewolucyjnie stabilne [51] — pasują do kreacjonistycznej aparatury pojęciowej, gdyż dotyczą pojawiania się pewnych cech u już istniejących gatunków.

Dziś kreacjoniści uważają, że dawny kreacjonistyczny pogląd, iż świat organiczny jest niezmienny, był rezultatem wpływu pewnej filozofii, a nie egzegezy Biblii. Zasadnicze dane biblijne to pierwszy rozdział Księgi Rodzaju, gdzie Bóg stale powtarzał, że stworzył organizmy, by się rozmnażały "według ich rodzaju". Chociaż zwrot ten implikuje ciągłość wewnątrz stworzonych "rodzajów" [52] od jednego pokolenia do drugiego, to nie wyklucza w ogóle jakiejkolwiek zmiany. Wygląda na to, że zdaniem kreacjonistów "rodzaje" nie mogą się krzyżować, ale wewnątrz "rodzajów" może istnieć prawdziwa eksplozja zmienności, czego przykładem jest różnorodność ras w ramach gatunku psa. [53] W ten sposób kreacjoniści bronią m.in. sensowności opowieści o arce Noego — nie musieli się na niej zmieścić przedstawiciele 10 milionów gatunków. [54]

Wróćmy jednak do sprawy określenia stanowiska kreacjonistycznego wobec poglądów ewolucjonistów. Kreacjoniści, jak już stwierdziliśmy, akceptują (w pewnych granicach) działanie doboru naturalnego. Przyjmują też zmienność wewnątrzgatunkową, subspecjację. Czy można wobec tego powiedzieć, że kreacjonizm jest negacją tej części ewolucjonizmu, która mówi o makroewolucji, transspecjacji? Okazuje się, że nadal nie, choć takie określenie jest adekwatniejsze niż zwykła negacja ewolucjonizmu.

Kreacjoniści nie głoszą osobnego stworzenia wszystkich istniejących gatunków — mówią, i to od dawna, [55] o stworzeniu większych jednostek taksonomicznych. [56] Używają, zapożyczając terminologię biblijną, terminu "rodzaj". Antykreacjoniści argumentowali jednak, że termin ten jest dwuznaczny i źle zdefiniowany. [57] Utożsamiali oni te rodzaje z gatunkami i używając współczesnej definicji gatunku, wskazywali na przykłady, w których gatunek wyewoluował w nowy oddzielny gatunek — uważając to za sprzeczne z teorią kreacjonistyczną. Kreacjoniści zastrzegają się więc, że termin "rodzaj", przez nich używany, nie jest tożsamy znaczeniowo i zakresowo z tym samym terminem znanym ze współczesnej biologii. Niektórzy z nich używają terminu "typ" [58] , "podstawowy typ" [59] lub "prototyp", [60] a jeszcze inni — by ustrzec się nieporozumień — wprowadzają odrębny termin "baramin" pochodzący z połączenia dwu hebrajskich słów występujących w Księdze Rodzaju (bara — stworzony oraz min — rodzaj). Termin "baramin" został ukuty przez Franka L. Marsha w 1941 roku. [61]

Oto próba zdefiniowania tego pojęcia na podstawie cytowanej literatury przedmiotu:

BARAMIN — (z hebr. bara — stworzony oraz min — rodzaj) stworzony rodzaj, podstawowa jednostka taksonomiczna naukowego kreacjonizmu. Baramin składa się z takich podjednostek o podobnych drogach rozwojowych, ze możliwe są między nimi więzi polegające na hybrydyzacji. Nie znaczy to, że A może krzyżować się naraz z B, C, D, E itd., lecz że A może krzyżować się z B, które z kolei powiązane jest w ten sposób z C itd. Gatunki, rodzaje, rodziny itd. są terminami wprowadzonymi przez człowieka do opisania grup biologicznych. Są to pojęcia nieostre. Co jest gatunkiem na przykład, zależy od taksonomisty, dokonującego klasyfikacji świata ożywionego. Oprócz indywidualnych tendencji taksonomisty do scalania lub rozdzielania, ma on jeszcze odmienne preferencje wagi rozmaitych typów dostępnych danych, co też może wpływać na kształt klasyfikacji. Podobnie nieostra jest dawna definicja gatunku jako populacji krzyżującej się i dającej płodne potomstwo. Hybrydyzacja zachodzi między gatunkami i między rodzajami.

Pojęcie baraminu jest próbą wprowadzenia obiektywności do taksonomii. Można empirycznie wyznaczać granice między baraminami. Wydaje się, że zakres tego pojęcia leży między zakresami pojęcia rodzaju i rodziny z tradycyjnej terminologii biologicznej.

Według teistycznych i ateistycznych ewolucjonistów pojęcie baraminu nie ma większego sensu, gdyż organizmy w historii życia na Ziemi przekształcały się jedne z drugich w sposób ciągły i dlatego wyróżnianie rozmaitych poziomów taksonomicznych jest do pewnego stopnia konwencjonalne.

Wewnątrz baraminu może i zachodzi zmienność (wskutek mutacji i rekombinacji), działa też dobór naturalny, w rezultacie czego powstają odmiany czy rasy, często błędnie przez ewolucjonistów nazywane gatunkami lub nawet rodzajami.

Spotykane w literaturze kreacjonistycznej pojęcie baraminu nie jest precyzyjne, ale odpowiadające mu pojęcie gatunku w biologii głównego nurtu cierpi na podobne braki. [62]

Kreacjoniści i ewolucjoniści mogą używać rozmaitych nazw jednostek taksonomicznych, jednak ich zaplecze teoretyczne powoduje, że do pewnego stopnia inaczej je rozumieją. Dla kreacjonistów przynajmniej niektóre jednostki taksonomiczne mają obiektywny charakter (np. baramin) i postulują oni empiryczne wyznaczanie ich zakresów. [63] Ewolucjoniści zaś z natury rzeczy wyznaczanie wszystkich jednostek taksonomicznych uważają za sprawę konwencji. Z tej różnicy doskonale zdawał sobie sprawę na przykład Darwin:

Jeśli poglądy wypowiedziane przeze mnie w dziele niniejszym (...) zostaną powszechnie przyjęte, można się spodziewać, że w historii naturalnej nastąpi wielki przewrót. Systematycy będą mogli się nadal oddawać swym pracom, nie dręcząc się widmem wątpliwości, czy ta lub owa forma przedstawia rzeczywisty gatunek. Stanowić to będzie, a mówię z własnego doświadczenia, niemałą ulgę. Ustanie wreszcie dysputa nad tym, czy pięćdziesiąt angielskich gatunków maliny stanowi rzeczywiście odrębne gatunki. Systematycy będą musieli tylko rozstrzygać (co wcale jednak nie jest łatwe), czy pewna forma jest dosyć stała lub dosyć różna od innych form, aby mogła być ściśle określona, jeśli zaś tak jest, to czy różnice są dostatecznie ważne, aby zasługiwała na nazwę gatunku. (...) przynajmniej będziemy zwolnieni od daremnych poszukiwań nieznanej i niemożliwej do odkrycia istoty terminu "gatunek". [64]

Ponieważ kreacjoniści kwestionują ewolucyjne przejścia od jednego baraminu do drugiego, a sam baramin nie ma jednoznacznego odpowiednika w ewolucyjnej taksonomii (raz jest rodzajem, raz rodziną, a czasami nawet może być po prostu gatunkiem), trudno ich poglądy oddać w tradycyjnej terminologii biologów ewolucyjnych. Należy więc doprecyzować wypowiedziane kilka stron wcześniej twierdzenie, że kreacjoniści akceptują mikroewolucję, a kwestionują makroewolucję. Jeśli tę ostatnią rozumie się jako wszelkie zmiany zachodzące powyżej poziomu gatunku, to okazuje się, że niektóre z tych zmian kreacjoniści akceptują. Ewolucjonistyczna para pojęć, "mikro- i makroewolucja", nie jest odpowiednia do dokładnego oddania poglądów kreacjonistów. [65] Trafna jest więc Feyerabendowska charakterystyka niewspółmiernych paradygmatów: "używają pojęć, które nie stoją w zwykłych logicznych relacjach podrzędności, wykluczania, krzyżowania". [66] W poprzednich swoich analizach pogląd ten skomentowałem następująco: "Opinia Feyerabenda, że niektóre pojęcia niewspółmiernych paradygmatów nie stoją w żadnej logicznej relacji, jest wątpliwa. Przynajmniej relacja wykluczania się wydaje się być w sam raz w stosunku do najbardziej 'opornych' wobec analizy pojęć". [67] Analizowany obecnie przykład kontrowersji ewolucjonizm-kreacjonizm pokazuje jednak, że Feyerabend miał rację.

 

 

C. Ewolucja a pochodzenie od wspólnego przodka

Standardowa literatura naukowa definiuje ewolucję biologiczną tak, że obejmuje ona pochodzenie wszystkich roślin i zwierząt od wspólnego przodka. [68]

W literaturze przedmiotu słusznie wskazuje się, że taka definicja jest niewystarczająca:

Przypuśćmy, że współczesna teoria ewolucji ma tak mocno wbudowany mechanizm ślepego przypadku, że po prostu nie ma sposobu pogodzenia jej z jakimkolwiek rodzajem Boskiego kierownictwa. A jednak nadal teiści mogliby odrzucać tę teorię ewolucji i przyjmować zamiast niej teorię, wedle której procesy i prawa przyrodnicze stanowią mechanizm większości procesu ewolucyjnego, ale od czasu do czasu Bóg ograniczał te prawa i wprowadzał jakąś kluczową mutację w trakcie wydarzeń. Nawet gdyby Bóg miał interweniować bezpośrednio, zawieszając prawa przyrody i wprowadzając istotny nowy materiał genetyczny w różnych momentach, by doprowadzić do wyłonienia się nowych cech i w końcu nowych gatunków, to ta cudowna i opracowana Boska interwencja nie naruszyłaby sama w sobie takich kluczowych tez teorii ewolucji jak ta, że wszystkie gatunki pochodzą ostatecznie od jakiegoś wspólnego przodka. Pochodzenie z genetyczną interwencją jest nadal pochodzeniem — jest to po prostu pochodzenie z nieprzyrodniczymi elementami. [69]

Pochodzenie od wspólnego przodka nie jest ani konieczne, ani wystarczające, by uznać jakiś proces za ewolucję. Istnieją nieewolucjoniści, którzy wierzą w pochodzenie od wspólnego przodka (Michael Behe, David Wilcox), ale istnieją też ewolucjoniści, którzy nie wierzą w takie pochodzenie (np. G.A. Kerkut, C. Schwabe i G. Warr). Denton wskazuje, że pochodzenie od wspólnego przodka jest zgodne z niemal każdą filozofią przyrody, także i z kreacjonizmem:

Prawdą jest, że zarówno podobieństwo homologiczne z prawdziwego zdarzenia, to jest takie, gdzie zjawisko to ma jasną genetyczną i embriologiczną podstawę (co, jak wyżej widzieliśmy, jest dużo mniej powszechne, niż to się często zakłada), oraz hierarchiczne wzorce relacji klas sugerują pewien rodzaj teorii pochodzenia. Ale żadne z nich nie mówi nam niczego na temat, jak to pochodzenie czy ewolucja mogła zachodzić, czy proces ten był stopniowy, czy nagły, albo czy mechanizm kauzalny był darwinowski, lamarckowski, witalistyczny czy nawet kreacjonistyczny. Taka teoria pochodzenia jest dlatego pozbawiona jakiegokolwiek znaczenia i w równym stopniu zgodna z niemal każdą filozofią przyrody. [70]

Wilcox zwrócił uwagę, że o pochodzeniu od wspólnego przodka wiedziano i przed Darwinem, a zasługą tego ostatniego było wskazanie przyrodniczego, materialnego źródła dla różnicowania się świata ożywionego:

Artykuł ten dotyczy struktury biologicznej, a nie związku jej z biologicznym pochodzeniem. Świadectwo na rzecz strukturalnej różnicy/pochodzenia nie stanowi świadectwa na rzecz mechanizmu, przy pomocy którego zachodziła transformacja strukturalna. Dlatego te rodzaje świadectwa empirycznego, które po prostu wskazują na związek i pochodzenie od wspólnego przodka (np. dane zegara molekularnego, sekwencje kopalne, powiązania chromosomowe i inne pomiary podobieństwa) nie są ważne dla tej kwestii, o ile nie wskazują na naturę mechanizmu stwórczego, który produkował nowość w trakcie tego pochodzenia. Świadectwo na rzecz pochodzenia nie implikuje posiadania wiedzy o morfogenetycznych mechanizmach zdolnych wyprodukować nowość. Być może lepiej to rozumiano w dziewiętnastym stuleciu, niż obecnie (Muller i Wagner 1991). I rzeczywiście, do 1850 roku niemal wszyscy badacze akceptowali pochodzenie od wspólnego przodka (Gillespie 1979; Desmond 1989). Wyjątkową implikacją teorii Darwina było dlatego nie pochodzenie, ale sugestia, że źródło porządku biotycznego należy znajdować w porządku przyrodniczym (materialnym). [71]

Zastanawiając się nad powstawaniem gatunków pojmiemy łatwo, że przyrodnik, który bada wzajemne powinowactwo istot organicznych, ich stosunki w okresie zarodkowym, ich rozmieszczenie geograficzne, ich geologiczne następstwo i inne podobne fakty, dojść może do wniosku, że gatunki nie zostały stworzone oddzielne, ale, tak jak odmiany, powstały z innych gatunków. Wniosek ten jednak, choćby nawet dobrze uzasadniony, nie wystarczy jeszcze, dopóki nie zostanie wykazane, w jaki sposób niezliczone gatunki zamieszkujące powierzchnię ziemi zostały tak przekształcone, iż uzyskały ową doskonałość budowy i przystosowania, które słusznie budzą w nas podziw. [72]

§2. Niewspółmierność metodologiczna

 

A. Spór o kryterium demarkacji (rys historyczny)

W historii refleksji nad nauką proponowano wiele kryteriów demarkacji nauki od nienauki (czasami węziej: nauki od pseudonauki lub nauki od metafizyki). Przez ponad dwa tysiące lat akceptowano propozycje Arystotelesa, który przedstawił dwa kryteria demarkacji. Przy pomocy pierwszego chciał odróżnić wiedzę wartościową (episteme) od mniemania (doksa). Wiedza dotyczyła przyczyn, polegała na logicznym dowodzeniu twierdzeń, rozpoznawała uniwersalia w konkretnych rzeczach i charakteryzowała się apodyktyczną pewnością. Ostatnia cecha była najbardziej charakterystyczna. Jej konsekwencją była nieomylność i niezmienność wiedzy. Drugie kryterium demarkacji przedstawione przez Arystotelesa miało na celu odróżnianie wiedzy od rzemiosła lub umiejętności (techne). Pierwsza była wiedzą-dlaczego; uczony wyjaśniał, dlaczego rzeczy mają się tak, jak się mają, przez wyprowadzenie z pierwszych zasad przyczyn owego zachowywania się. W przeciwieństwie do uczonego lekarz lub inżynier dysponował wiedzą-jak; potrafił sprawnie doprowadzić do pewnego stanu rzeczy (np. zbudować statek), lecz nie potrzebował przy tym przeprowadzać rozumowania sylogistyczne oparte na pierwszych zasadach.

W XVII stuleciu zanotowano pierwsze odejście od arystotelesowskiego rozumienia nauki. Utrzymano pierwsze rozumienie wiedzy (jej główną cechą miała być pewność), ale odrzucono drugie. Ani Galileusz, ani Newton dla przykładu nie uważali, że brak oparcia ich koncepcji na pierwszych przyczynach dyskwalifikuje je. Newton nie wiedział, dlaczego działa siła grawitacji, wiedział jednak, jak ona działa, i wiedzę tę uważał za naukową, gdyż (jego zdaniem) jako wyprowadzona wprost ze zjawisk była pewna.

Blisko dwieście lat później zakwestionowano tę pozostałość arystotelizmu. Fallibilistycznie nastawieni uczeni uznali, że nie ma różnicy między wiedzą a mniemaniem. Skoro wszystkie twierdzenia naukowe są omylne, to wszystkie one są tylko mniemaniem. Jednak domysły naukowe różnią się od domysłów nienaukowych. Naukę od nienauki różni sposób jej otrzymywania czyli metodologia, która choć zawodna była lepsza od sposobów nienaukowego dochodzenia do twierdzeń. Dziewiętnastowieczni filozofowie i uczeni nie potrafili jednak dojść do porozumienia, jakie metody odróżniają naukę od nienauki. Jedną z propozycji była idea, przyjęta później przez Darwina, by ograniczyć stosowanie teorii do bytów obserwowalnych (charakterystyczny zwrot: vera causa). Inne propozycje odwoływały się na przykład do postępowania indukcyjnego (Herschel, Mill) lub do wyprowadzania trafnych przewidywań. Ale i tak, co wykazano później (np. Pierre Duhem [73]), ideologia owych rzekomo naukowych metod i praktykowanie nauki miały ze sobą niewiele wspólnego.

Dwudziestowieczne propozycje kryterium demarkacji zapoczątkowali neopozytywiści z Koła Wiedeńskiego. Twierdzenia pretendujące do naukowości podzielili oni (za Kantem) na analityczne i syntetyczne, a na podział ten nałożyli drugi, swój własny, twierdzeń sensownych i bezsensownych. Twierdzenia analityczne (twierdzenia logiki i matematyki), których wartość logiczną można było ustalić już tylko na podstawie analizy znaczeń słów składowych, nie dotyczyły rzeczywistości. O tej mówiły jedynie twierdzenia syntetyczne, których prawdziwość lub fałszywość można było określić dopiero na podstawie doświadczenia. Twierdzenia analityczne i część twierdzeń syntetycznych uznali za sensowne. Pozostałą część twierdzeń syntetycznych uważali za bezsensowną i nazywali metafizyką. Nauka empiryczna w ich ujęciu odgraniczona była więc dwustronnie od nienauki: z jednej strony od logiki i matematyki, a z drugiej od metafizyki. Ponieważ oddzielenie nauki od logiki i matematyki uważano za względnie nieproblematyczne, [74] koncentrowano się na precyzyjnym rozdzieleniu nauki i metafizyki. Do tego celu służyły rozmaite kryteria sensowności. Proponowane przez logicznych pozytywistów kryteria sensowności można więc utożsamiać z kryteriami demarkacji, gdyż rozwiązywany przez nich problemu sensowności twierdzeń w praktyce można uznać za jednoczesne rozwiązanie problemu demarkacji, przynajmniej częściowo.

Pierwszym zaproponowanym kryterium była empiryczna weryfikowalność. Dowolne zdanie syntetyczne było sensowne (a każde naukowe musiało być sensowne), [75] jeśli można było empirycznie wykazać jego prawdziwość. Tak rozumianemu kryterium stawiano wiele zarzutów. Główne z nich — te, które spowodowały, że neopozytywiści zaproponowali nowe kryterium — to zarzut Ingardena, że samo kryterium jako empirycznie nieweryfikowalne jest bezsensowne, oraz spostrzeżenie, że zdania ściśle uniwersalne, na przykład prawa nauki, jako zdania odnoszące się do nieskończenie wielu jednostkowych przypadków nie są do końca empirycznie weryfikowalne. Kryterium empirycznej weryfikowalności okazało się zbyt restryktywne. Wprawdzie eliminuje ono wszystkie znane twierdzenia metafizyczne, ale wyrzuca poza nawias nauki twierdzenia powszechnie uważane za naukowe.

Kryterium empirycznej konfirmowalności było próbą uniknięcia kłopotów, z jakimi zetknęła się wcześniejsza propozycja. Od twierdzenia naukowego nie wymagano tu, by można je było zweryfikować; wystarczało, jeśli można było je potwierdzić, tzn. zweryfikować niektóre z jego konsekwencji. W przeciwieństwie do weryfikowalności, konfirmowalność jest stopniowalna. Konfirmacja całkowita, stuprocentowa, jest weryfikacją. Stopień konfirmacji logiczni pozytywiści utożsamiali ze stopniem prawdopodobieństwa.

Jak i poprzednie kryterium to spotkało się z szeregiem zarzutów. Wskazywano, że pojęcie konfirmacji jest metodologicznie podejrzane, gdyż prowadzi do kilku paradoksów (czarnych kruków, dopasowywania krzywej i ziebieski-nielony). Popper zaś zauważył, że stopień prawdopodobieństwa (czyli też stopień konfirmacji) każdego zdania ściśle uniwersalnego jest równy zeru. Ponadto wysunął przeciwko konfirmacjonizmowi zarzut, który można by nazwać etycznym, dotyczył bowiem etyki uczonego. Zdaniem Poppera uczeni, którzy przyjmą pogląd, że teoria jest tym bardziej wartościowa, im lepiej jest potwierdzona, będą koncentrować swoje wysiłki na znajdowaniu jedynie tych przypadków w doświadczeniu, które potwierdzają przyjętą przez nich teorię, lekceważyć zaś będą przypadki niezgodne z teorią. Tymczasem prawdziwa cnota krytyki się nie boi, uważa Popper, i zgodnie z tą zasadą należy odróżniać naukę od nienauki.

Empiryczna falsyfikowalność twierdzeń i systemów teoretycznych to ta ich cecha, którą Popper zaproponował jako kryterium demarkacji. Wartość teorii Popper widział nie w tym, że daje się skonfirmować, ale że daje się empirycznie (na podstawie obserwacji i eksperymentów) obalić i mimo tego, że daje się obalić, pomyślnie przechodzi takie próby. Dlatego zaproponował on inne rozumienie potwierdzenia — koroborację: teoria jest w wyższym stopniu potwierdzona (skoroborowana), im więcej prób obalenia przetrwała i im bardziej próby te były dla niej groźne. Teorie, które w zasadzie nie dają się obalić, które niczego nie zakazują, według tej propozycji naukowe nie są. Jeszcze inaczej charakteryzując naukowość można powiedzieć, że teorie naukowe muszą mieć przynajmniej jeden potencjalny falsyfikator — zdanie będące sprawozdaniem z jakiejś obserwacji, będące negacją którejś z konsekwencji empirycznych teorii. Spośród rywalizujących teorii naukowych ta jest lepsza, która w wyższym stopniu jest falsyfikowalna, która ma więcej potencjalnych falsyfikatorów (jeśli na przykład jest bardziej precyzyjna). [76]

Falsyfikowalność (bądź niefalsyfikowalność) jest własnością twierdzeń, zdań o rzeczywistości. Twierdzenie jest empirycznie falsyfikowalne, jeśli istnieje możliwość wykazania na podstawie obserwacji bądź eksperymentu, że jest ono fałszywe. Jeżeli zdanie to dotyczy prostej sytuacji obserwowalnej bezpośrednio, to nie ulega wątpliwości, że jest falsyfikowalne empirycznie (aczkolwiek niekonkluzywnie, bo zawsze istnieje możliwość popełnienia błędu, ulegnięcia złudzeniu itp.). Wystarczy bowiem zaobserwować, jak się rzeczy mają, by stwierdzić, czy to zdanie jest fałszywe. Gorzej jest z tzw. zdaniami teoretycznymi dotyczącymi przedmiotów, zdarzeń lub procesów bezpośrednio nieobserwowalnych (albo za małych jak elektron, albo za dużych jak Wszechświat, albo niezauważalnych naszymi zmysłami jak siła grawitacji, albo odległych w czasie jak powstanie życia na Ziemi, albo... itd. itd.). [77] Wówczas mówimy o falsyfikowalności pośredniej. Wyprowadzamy z tego zdania (z reguły nie jest to pojedyncze niezłożone zdanie, lecz cały ich zbiór zwany teorią) jakieś tzw. konsekwencje empiryczne. Żeby takie konsekwencje z teorii wyprowadzić, musimy dołączać tzw. warunki początkowe i musimy dysponować pewną logiką — ale akurat o tych szczegółach można tu zapomnieć. Ważne jest to, że z teorii wyprowadzamy konsekwencje empiryczne, to znaczy takie zdania, które już można poddać bezpośredniemu testowi empirycznemu. Jeśli przynajmniej jedna z tych konsekwencji empirycznych okaże się fałszywa, to zgodnie ze znanym z logiki prawem zwanym modus tollendo tollens uznamy teorię za fałszywą. [78]

Teoria jest falsyfikowalna, jeśli można sobie wyobrazić taką obserwację czy eksperyment, których wynik będzie niezgodny z przewidywaniem teorii. Zdanie wyrażające rezultat takiego wyimaginowanego eksperymentu (obserwacji) nazywa się potencjalnym falsyfikatorem. Potencjalnym, gdyż przed przeprowadzeniem wspomnianego eksperymentu nie wiadomo, jaki będzie jego wynik. Jeśli będzie zgodny z przewidywaniami teorii, potencjalny falsyfikator nie sfalsyfikuje teorii, jeśli zaś będzie z nimi niezgodny, to przekształci się w falsyfikator aktualny, a teoria z falsyfikowalnej stanie się sfalsyfikowaną.

Także i temu kryterium stawia się szereg zarzutów. Tak jak zdania ściśle ogólne nie są weryfikowalne, tak niefalsyfikowalne są zdania ściśle egzystencjalne. A takie zdania stwierdzające istnienie przedmiotów, na pewno występują w nauce. Popper jednak dość przekonująco zarzut ten osłabił: nie ma naukowych wyizolowanych od innych twierdzeń zdań ściśle egzystencjalnych, a tylko takie są wskutek swej logicznej natury niefalsyfikowalne. Wszystkie inne zdania egzystencjalne, jeśli się je traktuje łącznie z pozostałymi twierdzeniami systemu, pozwalają się już sfalsyfikować. [79]

Znane są też zarzuty, które trudno odeprzeć. Okazuje się na przykład, że kryterium empirycznej falsyfikowalności akceptuje jako naukowe wiele tzw. zwariowanych czy niepoważnych twierdzeń. "Teoria", że Księżyc jest zbudowany z sera szwajcarskiego, została obalona dzięki lądowaniom statków Apollo, a skoro została empirycznie obalona, to była (i jest) empirycznie obalalna. Można powiedzieć, że kryterium empirycznej falsyfikowalności jest sitem o dużych oczkach i przepuszcza "teorie" jawnie fałszywe.

Z drugiej strony kryterium to kwalifikuje koncepcje w oczywisty sposób prawdziwe jako mimo to nienaukowe. (Ponieważ zarzut ten nieznany jest w literaturze przedmiotu, analizuję go dokładniej dalej w tym rozdziale.) [80]

Do głównych wad tego kryterium należy ponadto niekonkluzywność falsyfikacji oraz konieczność posiadania rywalizującej teorii. Pierwsza wada wywodzi się stąd, że zdania obserwacyjne służące do falsyfikacji mają z reguły wysoce teoretyczny charakter (są na przykład uzyskane przy pomocy wyrafinowanych narzędzi, radioteleskopu, mikroskopu elektronowego itp., których funkcjonowanie zakłada prawdziwość jeszcze innych teorii naukowych). Jako takie są niepewne i uczeni zawsze mogą powstrzymać się od falsyfikacji rozważanej teorii wątpiąc w te teorie, które leżą u podstaw falsyfikujących twierdzeń. Ponadto, co zauważył Duhem, w nauce nie testuje się izolowanych hipotez czy teorii. W teście takim teorie funkcjonują razem z rozmaitymi hipotezami pomocniczymi. Na przykład Newton nie odrzucił swojej mechaniki niebieskiej (trzech praw ruchu i prawa powszechnego ciążenia), gdy niektóre jego przewidywania na temat położeń planet w Układzie Słonecznym się nie sprawdziły. Wolał modyfikować hipotezy pomocnicze, co doprowadziło ostatecznie do sukcesu. Ta praktyka z punktu widzenia Popperowskiego falsyfikacjonizmu była błędna, gdyż popperowski uczony nie unika falsyfikacji. [81]

Druga wada wynika z pewnego stwierdzenia psychologii nauki. Nawet jeśli uczeni są przekonani o prawdziwości falsyfikujących twierdzeń, to nie odrzucą teorii, dopóki nie pojawi się jakaś lepsza. Mówi się w związku z tym: "lepsze złamane wiosło od żadnego" albo "lepszy dziurawy dach niż dom bez dachu" (powiedzenia Thomasa S. Kuhna). Słynna wśród metodologów stała się metafora Imre Lakatosa: "Każda teoria pływa w morzu anomalii" (tzn. pływa, nie tonie, dopóki nie pojawi się lepsza teoria).

Choć kryterium Poppera, jak i pozostałym, można postawić zasadne zarzuty, w niewielkim stopniu niszczą one wartość tego kryterium. Powód często umyka krytykom. Fakt, iż kryterium empirycznej falsyfikowalności nie przeprowadza linii demarkacyjnej między nauką i nienauką dokładnie w tym miejscu, jakie zwykle się widzi, nie może stanowić argumentu przeciwko niemu. Kryterium to bowiem nie ma na celu odzwierciedlenia zastanego sensu słowa "nauka" czy "naukowość". Popper proponuje jedynie pewną konwencję znaczeniową, która jego zdaniem z wielu powodów, głównie etycznych (zapewnia krytycyzm badań naukowych), nadaje lepszy od dotychczasowego sens słowa. Jego kryterium nie można więc traktować jako definicję sprawozdawczą, ale jako definicję projektującą regulującą. [82]

Spośród wszystkich dotychczasowych Popperowskie kryterium demarkacji wydaje się najlepiej odpowiadać faktycznemu rozumienia słowa "nauka" (najmniej je zniekształca). Nawet jeśli, na co zwrócił uwagę Lakatos, falsyfikację jednej teorii można przeprowadzić tylko wtedy, gdy konfirmuje się jednocześnie inną teorię, rywalizującą, to niebagatelną sprawą jest, że kryterium to skłania do tak istotnego w filozofii Poppera krytycyzmu, do poprawiania i usuwania błędów, jednym słowem: uwzględnia ono właściwą etykę uczonego.

Prezentowany paragraf ma na celu zbadanie zasadności zarzutów metodologicznych dotyczących naukowości, jakie stawiają sobie zwolennicy ewolucjonizmu i kreacjonizmu — sporu, jaki trwa na pograniczu nauki i pseudonauki, a głównie zastanowię się, czy kreacjonizm można uznać za stanowisko naukowe.

 

 

B. Spór o tautologiczność zasady doboru naturalnego

W dalszym ciągu tego rozdziału rozważać będę głównie zarzuty, jakie ewolucjoniści stawiają pretensjom kreacjonistów do naukowości. Jednak i kreacjoniści stawiają zarzuty metodologiczne pod adresem drugiej strony, tyle że ich liczba i różnorodność są znacznie mniejsze. Najważniejszy z nich to zarzut, iż zasada doboru naturalnego ma charakter tautologiczny. [83]

 

 

a) Celem teorii ewolucji jest wyjaśnianie adaptacji

Adaptacje są złożonymi strukturami biologicznymi takimi jak oczy, włosy i skrzydła. Kreacjonista William Paley argumentował, że występowanie adaptacji w przyrodzie ożywionej domaga się istnienia inteligentnego projektanta, podobnie jak ewentualnie znaleziony zegarek. [84] Celem teorii ewolucji jest wyjaśnienie ich pojawienia się wskutek procesów naturalnych. [85] Darwin proponował właśnie dobór naturalny jako wyjaśnienie tego faktu. Dobór naturalny był głównym mechanizmem darwinowskiej ewolucji. [86]

 

 

b) Zasada doboru naturalnego jako tautologia

W obszernej dyskusji nad tautologicznością zasady doboru naturalnego przez tautologię rozumie się twierdzenie, które jest prawdziwe na mocy jedynie swojej logicznej formy. [87] Twierdzenie tautologiczne jest puste treściowo, nie przynosi żadnej informacji. Wyjaśniając wszystko, niczego w istocie nie wyjaśnia i nie jest falsyfikowalne, gdyż jest zawsze prawdziwe, z definicji. [88] Gdyby zarzut tautologiczności zasady doboru naturalnego był słuszny, naukowość teorii ewolucji stanęłaby pod znakiem zapytania. [89]

Czasami tautologiczność twierdzeń nie jest oczywista. Aby je zdemaskować, należy przeanalizować znaczenia słów, z których są zbudowane. "Dobór naturalny definiowany jest zdaniem Herberta Spencera: 'przeżycie najstosowniejszego'" (survival of the fittest). [90] W późniejszych wydaniach O powstawaniu gatunków Darwin przyjął tę definicję. [91] W tym sformułowaniu teoria przewiduje, że najstosowniejsze organizmy będą miały najwięcej szansy, by przetrwać i wydać w następnym pokoleniu potomstwo, a określa najstosowniejsze organizmy jako te, które pozostawiają najwięcej potomstwa. Wprawdzie potocznie sądzi się, że organizmy najstosowniejsze mają dla przykładu lepiej wykształcone organy, jak oczy czy uszy, [92] nie jest to jednak prawda dla wszystkich przypadków. Czasami korzystne jest, by organizm miał gorzej wykształcone takie organy jak oczy. Ryby posiadające oczy i żyjące w stałych ciemnościach są mniej przystosowane do środowiska, gdyż oczy są szczególnie narażone na urazy. To, jaka cecha jest korzystna, można rozstrzygnąć tylko dla konkretnego organizmu w konkretnym środowisku. Ogólnie można jedynie pozostać na poziomie tautologii: przeżywają te organizmy, które są najstosowniejsze, a najstosowniejsze są te organizmy, które sprawniej wydają na świat potomstwo, czyli które łatwiej przeżywają.

Dobór naturalny tautologicznie definiowało wielu znakomitych ewolucjonistów:

J.B.S. Haldane (1935): "Sformułowanie 'przeżycie najstosowniejszego' jest czymś w rodzaju tautologii. Podobnie jak większość twierdzeń matematycznych. Nic nie szkodzi powiedzieć tę samą prawdę na dwa sposoby".

Ernst Mayr (1963): "Osobniki mające najwięcej potomstwa są z definicji najlepiej przystosowane".

George Gaylord Simpson (1964): "O lepszym przystosowaniu można mówić wtedy, jeśli oznacza to zdolność do płodzenia większej liczby potomstwa. Taką definicją rzeczywiście podają genetycy. Dla laików termin ten może być mylący, gdyż z punktu widzenia genetyki przystosowanie nie ma nic wspólnego ze zdrowiem, siłą, dobrym wyglądem i czymkolwiek poza skutecznością w rozmnażaniu się". [93]

Michael Ruse nazywa zwrot Spencera utrwalony przez Darwina i rozpowszechniony w literaturze biologicznej za "nieszczęśliwą kwalifikację, która doprowadziła bezpośrednio do wszystkich głupich argumentów [ze strony filozofów], że zasada doboru jest tautologiczna" [94] i argumentuje, że można ją sformułować nietautologicznie (o czym niżej). Trudno jednak argumenty filozofów nazywać głupimi, skoro zawinili tu sami biologowie. Ernst Mayr zwrot Spencera uznał za "raczej niefortunny", ale dodał: "Stale usiłowano w następnych latach znaleźć lepszy termin niż dobór naturalny czy przeżycie najstosowniejszego, ale wysiłki te się nie powiodły". [95] Podobnie Caplan winą za zamieszanie wokół naukowości darwinizmu obciąża samych darwinistów. [96] Szarski zaś przyznał, że zwrot Spencera jest tautologią i zaapelował, by go nie używać, gdyż oprócz tego, że jest tautologią, jest streszczeniem nie teorii ewolucji, ale często fałszywego poglądu, iż osobniki najdłużej żyjące płodzą najliczniejsze i najbardziej żywotne potomstwo. [97]

Kiedy Bethell w artykule "Darwin's Mistake" skrytykował dobór naturalny jako tautologię, Gould przyznał mu sporo racji.

Dla większości czynnych naukowców argumentacja Bethella brzmi dziwnie. Jesteśmy zawsze gotowi zaakceptować upadek jakiejś teorii w efekcie pojawienia się nowych danych, ale nie spodziewamy się, by słynna i wpływowa teoria załamała się z powodu logicznego błędu w samym jej sformułowaniu. Każdy naukowiec zajmujący się badaniami empirycznymi ma w sobie choć odrobinę z filistra. Stąd też skłonność do ignorowania filozofii uniwersyteckiej jako zajęcia bezpłodnego. (...) Choć postaram się obalić argumentację Bethella, to ubolewam zarazem nad niechęcią naukowców do poważnego analizowania struktury wywodu naukowego. Bethell ma rację, że wiele z tego, co uchodzi za ewolucjonizm, jest pozbawione sensu. [98] Wiele znakomitych teorii uzyskuje spójność dzięki ciągowi wątpliwych metafor i analogii. Bethell trafnie rozpoznał bzdury gromadzące się wokół teorii ewolucji. [99]

John Maynard Smith uważa, że teoria doboru nie jest tautologiczna, ale często ją tak formułowano. [100] Niebezpieczeństwa tautologii w naukach przyrodniczych nie rozumie Singleton, wedle którego "nie wszystkie tautologie są pozbawione sensu; faktycznie wiele logicznych rozumowań ma nieodparty charakter wskutek swojej tautologicznej natury". [101] Singleton ma rację, że tautologie są nieodparte, są bowiem zawsze prawdziwe. Jednak tautologie nie niosą żadnej informacji o świecie, niczego nie wyjaśniają, ani nie są testowalne. W naukach przyrodniczych tautologie mogą jedynie pozorować naukę. Najbardziej zdumiewająca jest jednak wypowiedź Waddingtona, która świadczy nie — jak chciał Gould — o niechęci uczonych do rozważania struktury wywodu naukowego, ale o tym, że uczony ten strukturę tę przeanalizował i zaakceptował:

Rzecz jasna, największym wkładem Darwina była sugestia, iż ewolucję można wyjaśnić przez dobór naturalny. Teoria doboru naturalnego, początkowo rozważana jako hipoteza wymagająca doświadczalnego czy obserwacyjnego potwierdzenia, okazała się po bliższym zbadaniu tautologią, stwierdzeniem koniecznej, choć uprzednio niedostrzeganej, relacji — że najlepiej przystosowane osobniki w populacji (zdefiniowane jako pozostawiające najwięcej potomstwa) pozostawią najwięcej potomstwa. To w żaden sposób nie umniejsza wielkości osiągnięcia Darwina; dopiero po jasnym sformułowaniu tej zasady biolodzy uświadomili sobie, jak ważnym argumentem jest teoria doboru. [102]

Phillip E. Johnson zauważa, że nie była to wypowiedź w ogniu dyskusji, kiedy czasami formułuje się nieprzemyślane poglądy, ale była to ocena przygotowana wcześniej i przedstawiona w referacie na wielkiej konferencji zorganizowanej przez Uniwersytet Chicago w 1959 roku z okazji setnej rocznicy opublikowania Darwinowskiego O powstawaniu gatunków. Zauważa też sarkastycznie, że żaden z wybitnych obecnych tam autorytetów nie wytłumaczył Waddingtonowi, iż tautologia niczego nie wyjaśnia i dodał: "Jeśli chcę się dowiedzieć, jak ryba może stać się człowiekiem, to nie oświeci mnie stwierdzenie, że organizmy płodzące największą liczbę potomków są tymi, które płodzą największą liczbę potomków". [103]

 

 

c) Karl Popper o tautologiczności zasady doboru naturalnego

Do szokującej wypowiedzi Waddingtona nawiązał najgłośniejszy krytyk tautologiczności zasady doboru naturalnego, Karl R. Popper:

Fakt, że teoria doboru naturalnego jest trudna do przetestowania, doprowadził niektórych antydarwinistów, a nawet niektórych wielkich darwinistów, do uznania, że jest ona tautologią. Tautologia taka jak "Wszystkie stoły są stołami" nie jest, oczywiście, testowalna, ani nie ma żadnej mocy wyjaśniającej. Dlatego jest zaskakujące, że niektórzy współcześni darwiniści sami formułują tę teorię w taki sposób, że staje się ona tautologiczna: że te organizmy, które zostawiają więcej potomstwa, zostawiają więcej potomstwa. A C.H. Waddington powiedział gdzieś nawet (i broni tego poglądu w innych miejscach), że 'dobór naturalny (...) okazuje się (...) być tautologią'. Jednakże Waddington przypisuje w tym miejscu tej teorii 'olbrzymią moc (...) wyjaśniania'. Jako że wyjaśniająca moc tautologii jest równa zeru, coś musi być tutaj nie w porządku.

Podobne fragmenty można jeszcze znaleźć w pracach tak wielkich darwinistów jak Ronald Fisher, J.B.S. Haldane, George Gaylord Simpson i inni. [104]

Tautologiczność tej zasady krytykował on dużo wcześniej, w wykładzie pt. "O chmurach i zegarach. Zarys teorii racjonalności i wolności człowieka" (wygłoszonym w Washington University 21 kwietnia 1965 roku) [105] oraz w eseju "Dwa oblicza zdrowego rozsądku" z 1970 roku. [106]

Krytyka Poppera wywołała całą falę publikacji na temat tautologiczności zasady doboru naturalnego. [107] Zarzut ten był bardzo eksploatowany przez kreacjonistów, [108] choć Kitcher zwrócił uwagę, że pochodzi on nie od kreacjonistów, ale od filozofa Poppera, prawnika Macbetha i biologa Petersa. [109] Sam Popper doszedł w końcu do wniosku, że zasadę doboru naturalnego można sformułować nietautologicznie i odwołał swój zarzut:

Zmieniłem zdanie na temat testowalności i logicznego statusu teorii doboru naturalnego; w związku z tym cieszę się, że mam sposobność odwołać to, co powiedziałem wcześniej. (...)

Teoria doboru naturalnego może zostać tak sformułowana, że będzie daleka od tautologii. W tym przypadku będzie ona nie tylko testowalna, ale i nie będzie ściśle uniwersalnie prawdziwa. [110]

Istnieje jednak problem, czy tym samym odwołał swój pogląd, że "teoria doboru naturalnego nie jest testowalną teorią naukową, lecz metafizycznym programem badawczym", [111] gdyż uzasadniając ten pogląd nie odwoływał się do tautologiczności tej teorii, lecz do jej nietestowalności: "Darwinizm jest metafizyką, ponieważ nie jest testowalny". [112]

Nie rozstrzygając intencji Poppera zajmę niżej stanowisko, że teoria ta ma w istocie charakter metafizyczny, ale że jest to metafizyka w dobrym postpozytywistycznym sensie, bo generuje szereg naukowych eksperymentów, twierdzeń i teorii. Jest więc tym, co Popper nazywał metafizycznym programem badawczym.

 

 

d) Unikanie tautologii — adaptacja i przeżycie są odmiennymi pojęciami

Zasada doboru naturalnego mówi, że przystosowane organizmy przeżyją. Jeśli adaptacja i przeżycie są synonimami, powstaje tautologia. Uniknąć tautologii można pokazując, że są to pojęcia różne. [113] Jeśli adaptację można obserwować i mierzyć niezależnie od przeżycia, tautologia nie powstaje. Próbę taką podjął Norman Newell:

Adaptacja i przeżycie są odmiennymi pojęciami. Można oszacować porównawczą użyteczność jakiejś cechy w konkretnym kontekście środowiskowym, a sposób, w jaki cecha ta rozpowszechnia się lub zanika w populacji, jest testem ciśnienia doboru naturalnego i miarą adaptacji. [114]

Skoro sposób, w jaki jakaś cecha przeżywa (rozpowszechnia się lub zanika) w populacji, jest miarą adaptacji, to adaptacja i przeżycie nie są odmiennymi pojęciami.

W podobny sposób Futuyma osiąga tautologię: "Dobór naturalny jest jedynie zastąpieniem mniej zdolnych przez bardziej zdolnych. Zdolnych do czego? Do przeżycia i reprodukcji." [115] Zastąpienie w tym kontekście jest tym samym, co przeżywalność.

Robert Chapman daje następującą definicji stosowności (fitness): "Zdolność organizmu do pozostawienia potomstwa przeżywającego w wyższym stopniu zwie się ewolucyjną stosownością." [116] Dobór naturalny ma identyfikować tych, którzy przeżywają. Czyje potomstwo przeżywa? Chapman odpowiada: tych organizmów, które pozostawiają więcej przeżywającego potomstwa.

Z tautologiczną stosownością mamy do czynienia, gdy fitness zdefiniujemy jako przeżywalność, prowadzi to bowiem do tautologiczności doboru naturalnego. Czasami w literaturze przedmiotu znajdujemy tautologiczną stosowność, gdy chce się wykazać, że fitness jest wielkością mierzalną. Przykład znaleźć możemy u Philipa Kitchera:

Można na przykład powiedzieć, że pewna para alleli drastycznie zmniejsza szanse przeżycia. A więc praktycznie rzecz biorąc można parom alleli przypisać wartości selekcyjne. (...) Kiedy możemy wyszczególnić wartości fitness, to dlatego, że można utrzymać stałymi zmienne, od których ogólnie fitness zależy. [117]

Według Kitchera w pewnych warunkach można wyszczególnić wartości fitness na podstawie szans przeżycia. Jednak wartości fitness są całkowicie określone przez mierzenie "wartości przeżycia". Mierzy on fitness mierząc przeżycie. Tautologiczna fitness jest obserwowalna i mierzalna, wydaje się więc mieć naukowy charakter. Jednak prowadzi do tautologiczności zasady doboru naturalnego.

Czasami autorzy wypowiadający się na ten temat zdają się nie rozumieć, o czym piszą. Dobry przykład znaleźć można na poświęconej ewolucji stronie internetowej Uniwersytetu Evansville: "Kreacjoniści często narzekają, że dobór naturalny jest tautologiczny, a przez to nietestowalny. Organizmy, które przeżywają, są najlepiej przystosowane, a organizmy najlepiej przystosowane, to te, które przeżywają. Kiedy używa się zarzutu tautologii przeciwko ewolucjonizmowi, ujawnia to naiwne rozumienie doboru naturalnego i tego, jak on działa. Dobór naturalny nie jest tautologią, ponieważ fitness nie jest zdefiniowana przy pomocy tego, co ewoluuje, ale przy pomocy własności, umożliwiających organizmom przetrwanie i reprodukcję w danym środowisku. Ćmy ubarwione tak, by wtapiały się w tło, mają wyższą fitness, jeśli chodzi o zagrożenie ze strony ptaków, ale ubarwienie ochronne przypuszczalnie nie wyewoluuje, jeśli nie zajdą w populacji odpowiednie mutacje. Możliwość zdefiniowania fitness niezależnie od cech, które ewoluują, ratuje dobór naturalny od tautologiczności". [118] Autor tych słów zgadza się, że twierdzenie "Organizmy, które przeżywają, są najlepiej przystosowane, a organizmy najlepiej przystosowane, to te, które przeżywają" ma charakter tautologiczny. Nie zauważa jednak, że powtórzenie tej samej treści innymi słowami ("fitness nie jest zdefiniowana przy pomocy tego, co ewoluuje, ale przy pomocy własności, umożliwiających organizmom przetrwanie i reprodukcję w danym środowisku") nie może doprowadzić do utraty tej niepożądanej cechy.

 

 

e) Unikanie tautologii — partykularna stosowność

Realnym sposobem na uniknięcie zarzutu o tautologiczność doboru naturalnego jest sformułowanie partykularnej definicji stosowności dla pojedynczego przypadku. Raz stosownością będzie ubarwienie ochronne, innym razem duża szybkość, a jeszcze innym — niewielkie rozmiary albo agresywne zachowanie się. Niemal wszystko może być użyte w partykularnej definicji fitness.

Definicje takie nie prowadzą do tautologii. Partykularnie zdefiniowana fitness jest mierzalna, testowalna, nietautologiczna i wyjaśnia pojawienie się cechy, której dotyczy. Dobry przykład znajdujemy u Kitchera:

Przyrodnicy mogą obserwować drapieżniki w akcji. Mogą oni zarejestrować odpowiednie liczby pochwyconych dobrze zamaskowanych ciem i tych, które wyróżniają się ze swego otoczenia. Ponadto mogą oni eliminować inne możliwe powody różnicowego sukcesu reprodukcyjnego. Na przykład można wykazać, że ubarwienie ochronne nie wpływa na płodność, przeżywalność larw czy zdolność do parzenia się. W ten sposób potwierdzają myśl, że sukces ten jest wynikiem ochrony dostarczonej przez ubarwienie ochronne. [119]

Stosowność jest tu zdefiniowana jako ubarwienie ochronne. Mimo tego, że jest ono mierzalne, testowalne, nietautologiczne i wyjaśniające, nie można go zastosować do większości innych organizmów i środowisk. Jest fałszywe dla przypadku ogólnego.

Widać to również na przykładzie podanym przez Futuymę. Gdy kolonia bakterii wskutek mutacji osiągnęła odporność (czyli przeżywalność) na antybiotyk streptomycynę, to "jeśli bakterie zetkną się ze streptomycyną, mutacja ma wyraźnie adaptacyjny charakter; jeśli nie się nie zetkną, nie ma tego charakteru". [120] Tu Futuyma używa dwu różnych partykularnych definicji tego, co przystosowawcze: jednego w przypadku, gdy bakterie zetkną się ze streptomycyną, a innego, jeśli się nie zetkną.

Partykularne definicje stosowności mają naukowy charakter (nie są tautologiczne, wyjaśniają, mogą być stestowane i są prawdziwe dla konkretnego przypadku). Mają jednak dwie podstawowe wady: są fałszywe dla ogólnego przypadku i nie unifikują rozumienia przyrody, co miało być zaletą ogólnej zasady doboru naturalnego. Niektórzy twierdzą, że nie sposób zdefiniować ogólnie doboru naturalnego: "Dobór naturalny można zdefiniować jedynie w kontekście jakiegoś organizmu, cechy i komponentu środowiskowego". [121] Inni, jak Gould, twierdzą to samo, ale niepoprawnie sądzą, że stanowi to niezależne kryterium dostosowania.

Niezależnym kryterium dostosowania jest dla Darwina "ulepszenie w budowie czy funkcjonowaniu", ale "ulepszenie" nie w sensie kosmicznym, w jakim chciano je rozumieć w Wielkiej Brytanii jego czasów. Dla Darwina "ulepszony" oznaczało jedynie "lepiej zbudowany czy funkcjonujący ze względu na bezpośrednie, lokalne środowisko". Środowiska lokalne zmieniają się nieustannie: stają się chłodniejsze lub cieplejsze, wilgotniejsze lub suchsze, bardziej trawiaste albo bardziej zalesione. Ewolucja wskutek doboru naturalnego to nic innego jak podążanie za tymi zmianami środowiska dzięki większej przeżywalności organizmów lepiej przystosowanych. (...) Jeżeli teoria doboru naturalnego zawiera niezależne kryterium dostosowania, nie jest tautologią. [122]

Gould argumentuje więc, że w każdym konkretnym środowisku lokalnym można ustalić, czym jest dostosowanie, ale wyciąga z tego — niepoprawnie — wniosek, że ogólna teoria doboru naturalnego zawiera ogólne niezależne kryterium dostosowania.

 

 

f) Unikanie tautologii — metafizyka

Metafizyczny w sensie Popperowskim czyli niefalsyfikowalny empirycznie charakter teoria może osiągnąć na przykład wówczas, gdy można jej zawsze bronić przed niewygodnymi faktami, gdy jest na tyle elastyczna, że można ją dowolnie interpretować. Z metafizyczną fitness mamy do czynie wówczas, gdy obejmuje ona niezliczone czynniki. Stosowność w takim ujęciu jest dużym rozmiarem ciała przydatnym do walki, ale i niewielkim rozmiarem pozwalającym się ukryć. Jest dużą szybkością przydatną dla polowania i ucieczki, ale i powolnością umożliwiającą oszczędność energetyczną. Fitness to geny replikujące się szybciej niż inne geny, ale także geny, które replikują się, gdy jest to potrzebne, by zachować materiał genetyczny. To rozsiewanie milionów nasion, ale także tworzenie tylko kilku wyspecjalizowanych nasion. Wszystko to i wiele innych rzeczy uważa się za fitness, co powoduje, że staje się ona niemierzalną wielkością. Pojęcie to przestaje być empiryczne.

Metafizycznie zdefiniowany dobór naturalny ma postać "Dla każdego organizmu istnieje taki rodzaj dziedzicznej zmiany biologicznej, który zwiększa jego stosowność". Zdanie o strukturze "dla każdego y istnieje takie x, że..." jest niefalsyfikowalne ze względów czysto logicznych.

Oto przykład metafizycznego wyjaśnienia przy pomocy doboru naturalnego:

Pamiętajmy (...), jak nieskończenie skomplikowane i ściśle przystosowane są wzajemne stosunki istot organicznych do siebie i do fizycznych warunków życia, jak więc nieskończenie rozmaite zmiany budowy mogą być korzystne dla każdej istoty przy zmianie warunków życia. Czyż można tedy widząc, że zmiany korzystne dla człowieka niewątpliwie powstawały, uważać za nieprawdopodobne, że w wielu następujących po sobie pokoleniach powstaną jakieś zmiany w pewien sposób korzystne dla każdej istoty organicznej w wielkiej i skomplikowanej walce o życie? Jeżeli zaś tak się dzieje, to czyż możemy wątpić (biorąc pod uwagę, że rodzi się daleko więcej osobników, niż się ich może utrzymać przy życiu), że osobniki mające jakąkolwiek, chociażby drobną przewagę nad innymi będą miały największe widoki przetrwania i pozostawienia potomstwa? Z drugiej strony, możemy być pewni, że zmiana, chociażby w najmniejszym stopniu szkodliwa, musi ulec koniecznie zagładzie. Otóż to utrzymywanie się korzystnych dla osobnika różnic i odmian oraz zagładę szkodliwych nazwałem "doborem naturalnym" lub "przeżyciem najstosowniejszego". [123]

Natura, jeżeli wolno mi w ten sposób uosabiać naturalne zachowanie się, czyli przeżycie form najlepiej przystosowanych, nie dba o cechy widzialne, chyba o tyle tylko, o ile są one korzystne dla istoty organicznej. Może ona oddziaływać na każdy organ wewnętrzny, na każdy odcień różnicy w organizacji, na cały mechanizm życia. [124]

(...) dobór naturalny co dzień, co godzinę na całym świecie zwraca uwagę na wszelką, chociażby najdrobniejszą zmianę, odrzuca to, co złe, zachowuje i gromadzi wszystko, co dobre. Spokojnie i niepostrzeżenie pracuje on wszędzie i zawsze, skoro tylko nadarzy się sposobność, nad udoskonaleniem każdej istoty organicznej w odniesieniu do jej organicznych i nieorganicznych warunków życia. [125]

(...) jeżeli słaby człowiek wiele może zrobić za pomocą sztucznego doboru, nie widzę granicy dla zakresu zmian, dla piękności i nieskończonej złożoności przystosowań wzajemnych zarówno pomiędzy wszystkimi istotami organicznymi, jak i fizycznymi warunkami życia, które na przestrzeni długiego okresu czasu może wytworzyć natura potęgą swojego doboru, to jest przez przeżycie form najbardziej przystosowanych. [126]

Jeżeli wśród zmiennych warunków życia istoty organiczne wykazują indywidualne różnice prawie we wszystkich szczegółach swej organizacji, a sądzę że nie można temu zaprzeczyć, jeżeli z powodu geometrycznego postępu przyrostu występuje w jakimś wieku, w jakiejś porze czy w jakimś roku zacięta walka o byt, czemu z pewnością również zaprzeczyć nie można, to biorąc pod uwagę nieskończoną zawiłość stosunków wszystkich istot organicznych zarówno wzajemnych, jak i odnoszących się do warunków bytowania, zawiłość, która wywołuje nieskończoną różnorodność korzystnych dla organizmu budowy, konstytucji i zwyczajów, byłoby faktem niezmiernie osobliwym, gdyby ani razu nie wytworzyła się chociażby jedna zmiana pożyteczna dla organizmu, w podobny sposób, w jaki powstało tyle zmian korzystnych dla człowieka. A jeżeli występują kiedykolwiek zmiany pożyteczne dla jakiejkolwiek istoty, to z pewnością osobniki odznaczające się nimi będą miały w walce o byt najwięcej szans zachowania się, a wskutek potężnego prawa dziedziczności będą usiłowały one wydać potomstwo mające podobne cechy. Tę zasadę zachowania się, czyli przeżycia najstosowniejszego, nazwałem "doborem naturalnym". Prowadzi ona do udoskonalenia każdej istoty w odniesieniu do jej organicznych i nieorganicznych warunków życia, a stąd w większości wypadków do tego, co musi być uważane jako udoskonalenie organizacji. [127]

Takie przykłady można mnożyć — używając stylu Darwina — w nieskończoność. W podanych wyżej cytatach wyróżniłem te fragmenty, które wskazują na metafizyczny charakter rozumienia doboru naturalnego przez Darwina. Jest on przekonany, że zawsze może pojawić się jakaś korzystna cecha, która faworyzować będzie organizm ją posiadający. Ponieważ cecha ta jest jedną spośród olbrzymiej ilości ("nieskończenie" wielu) możliwych cech i może pojawić się w dowolnej chwili, przekonania tego — oczywiście — nie można sfalsyfikować. Ogólna idea doboru naturalnego ma tu charakter metafizyczny. [128]

 

 

g) Unikanie tautologii — pojęcie różnicowego przeżycia

Istnieje jeszcze inny sposób unikania zarzutu o tautologiczność — używanie pojęcia różnicowego przeżycia. Zalety i wady tego podejścia widoczne stają się po przeanalizowaniu przykładu.

Dobór naturalny można zdefiniować po prostu jako różnicową reprodukcję alternatywnych wariantów genetycznych, zdeterminowaną faktem, że niektóre warianty zwiększają szanse przeżycia i reprodukcji ich nosicieli względem nosicieli innych wariantów. [129]

Tego typu definicji można spotkać sporo. [130] Różnicowe przeżycie jest niewątpliwie obserwowanym faktem przyrodniczym. Teorie nabudowane na takich sformułowaniach mają jednak podstawową wadę — nie rozwiązują tego problemu, jaki teoria doboru naturalnego miała rozwiązywać, mianowicie nie wyjaśniają, a nawet nie próbują wyjaśnić faktu adaptacji. Adaptacji nie można wyjaśnić mówiąc "pewne organizmy żyją, niektóre giną, a rezultatem tego jest adaptacja". Różnicowe przeżycie nie identyfikuje tych, którzy przeżywają, dlatego nie mogą posłużyć do wyjaśnienia adaptacji. Sformułowania takie nie wyjaśniają adaptacji, gdyż nie przedstawiają kierunku zmiany, o której mówią. [131] Mogą mieć charakter naukowy, dotyczą obserwowalnych faktów, ale nie wyjaśniają centralnego zagadnienia, dla którego Darwin sformułował swoją teorię ewolucji.

Ponadto tak określona koncepcja doboru naturalnego jest niefalsyfikowalna, dopóki nie powie się, które warianty genetyczne zwiększają szanse przeżycia i reprodukcji. Twierdzenie "istnieje wariant genetyczny, który zwiększa..." z syntaktycznych powodów jest twierdzeniem niefalsyfikowalnym i jest to dokładnie ten sam powód, dla którego niefalsyfikowalne były cytowane twierdzenia Darwina typu "istnieje taki rodzaj dziedzicznej zmiany biologicznej, który zwiększa...". Jeśli jednak skonkretyzujemy, o jaki wariant jakiego organizmu i w jakim środowisku nam chodzi, otrzymamy egzemplifikację w postaci doboru partykularnego. Rozumienie doboru naturalnego jako różnicowego przeżycia jest albo doborem partykularnym, albo ma metafizyczny charakter.

Sformułowań doboru naturalnego opartego na pojęciu różnicowego przeżycia używano często do odparcia zarzutu o tautologiczność:

Ale Darwin nigdy nie wypowiadał się w [tautologiczny] sposób argumentując tylko, iż niektóre odmiany mogły być "korzystne", a inne — "szkodliwe". Rzeczywiście, jeśli definiujemy dobór naturalny jako różnicowy wkład dziedzicznych odmian do następnego pokolenia, wszystkie twierdzenia Darwina na temat doboru będą słuszne, nawet bez odwołania się do "najbardziej stosownego". [132]

Najczęstszą krytyką jest to, że zasada doboru naturalnego jest tautologią. (...) Naszym wnioskiem jest, że krytyka ta jest bez znaczenia, ponieważ oparta jest na semantycznym nieporozumieniu. Przeformułowanie tej zasady na "pewne genetyczne warianty w populacji zmieniają prawdopodobieństwo przeżycia potomków" eliminuje ten problem, gdyż takie stwierdzenie może być sfalsyfikowane. [133]

Niestety, nie może być sfalsyfikowane, gdyż zdanie zaczynające się od słów "pewne genetyczne warianty..." jest zdaniem egzystencjalnym. Falsyfikacja taka jest natomiast możliwa po dokonaniu uszczegółowień, po przeformułowaniu ogólnej zasady doboru naturalnego w zasadę partykularną.

h) Teoria doboru naturalnego jako metafizyczny program badawczy

Czy jednak —jak chcą kreacjoniści — wniosek, że ogólna teoria doboru naturalnego ma metafizyczny charakter, dyskwalifikuje teorię ewolucji? Z punktu widzenia Poppera ten istotny element teorii jako metafizyczny leży poza nauką. Ale Popper nie odmawiał sensowności wszelkiej metafizyce. Niekiedy metafizyka, jego zdaniem, pełni w nauce pożyteczną rolę, dając uczonym szereg heurystycznych pomysłów, jak konkretnie mają uprawiać naukę, jakie hipotezy niższego rzędu wysuwać, jakich obserwowalnych efektów poszukiwać w przyrodzie itd. Wydaje się, że właśnie to mógł on mieć na myśli, gdy napisał: "Doszedłem do wniosku, że darwinizm nie jest testowalną teorią naukową, lecz metafizycznym programem badawczym — możliwym terenem dla testowalnych teorii naukowych". [134] Jego wycofanie się z zarzutu tautologiczności zasady doboru naturalnego — widzieliśmy bowiem, że daje się ona sformułować nietautologicznie — nie musi być równoznaczne z wycofaniem się z poglądu, iż darwinizm jest metafizycznym programem badawczym. Metafizyczność darwinizmu uzasadniał on nietestowalnością, a nie tautologicznością zasady doboru naturalnego. [135] Wprawdzie tautologiczność prowadzi do nietestowalności, ale Popper mógł też widzieć inne niż tautologiczność źródło tej ostatniej cechy.

Ogólna teoria doboru nie ma charakteru empirycznego, jest metafizycznym programem badawczym, generuje jednak tysiące czy dziesiątki tysięcy partykularnych podteorii o empirycznym już charakterze. Niektóre z tych podteorii są dobrze potwierdzone, inne — słabo, a jeszcze inne — w ogóle nie są potwierdzone.

Na rzecz tego przypuszczenia przemawia Popperowska analiza pewnej hipotetycznej sytuacji. Według darwinizmu jeśli na jakiejś planecie istnieją żywa forma spełniająca warunki dziedziczności i zmienności, to dobór naturalny zacznie działać i dokona bogatego urozmaicenia istniejących form. Jednak Popper wrócił uwagę, że darwinizm dopuszcza znalezienie życia (na przykład na Marsie) składającego się tylko z trzech rodzajów bakterii, czy z jednego rodzaju bakterii, a nawet nie znalezienia żadnego życia. Wszystko bowiem zależy od istniejących warunków i cech, jakie umożliwiają tym formom przeżycie. Czy w tej sytuacji darwinizm zostałby obalony (a w konsekwencji: czy jest obalalny empirycznie)? Odpowiedź brzmi "nie", ponieważ darwiniści odpowiedzą, że "te trzy gatunki są jedynymi formami spośród wielu mutacji, które były dostatecznie dostosowane, by przetrwać. To samo powiedzielibyśmy, gdybyśmy odkryli tylko jedną formę (czy wręcz żadnej)". [136] Skoro więc darwinizm nie przewiduje ewolucji odmian, to i jej nie wyjaśnia. A jeśli nie przewiduje i nie wyjaśnia, to nie jest falsyfikowalny. [137]

Jeśli słuszny jest wniosek, że zasada doboru naturalnego jest metafizycznym programem badawczym, to jawi się następujący obraz współczesnej biologii ewolucyjnej. Ogólna teoria doboru nie ma charakteru empirycznego, generuje jednak setki czy tysiące partykularnych podteorii o empirycznym już charakterze. [138] Relację między metafizyczną ogólną teorią doboru naturalnego i empirycznymi podteoriami opartymi na partykularnych pojęciach doboru naturalnego można też widzieć inaczej niż po Popperowsku, na przykład po Kuhnowsku czy według metodologii programów badawczych Lakatosa. Metafizyczny rdzeń współczesnej teorii ewolucyjnej znajdowałby się wewnątrz samej nauki jako jej integralny element.

Diagnozę, że teoria doboru naturalnego ma charakter metafizyczny, potwierdza specyficzny rodzaj jej testowania. Chociaż nie jest ona testowalna empirycznie, jest testowalna teoretycznie. [139]

 

 

C. Spory o naukowość kreacjonizmu

Rozważanie konkretnych zarzutów metodologicznych skierowanych przeciwko kreacjonizmowi poprzedzę analizą ogólniejszego zarzutu.

 

 

a) Kreacjoniści nie prowadzą badań naukowych

Jest to zarzut bardzo często spotykany. Na przykład Niles Eldredge napisał, że żaden autor, który publikował swoje prace w Creation Research Society Quarterly, najpoważniejszym chyba piśmie kreacjonistycznym, "nie opublikował ani jednego artykułu w żadnym z szanowanych czasopism naukowych". [140]

Podobnie uważa polski krytyk kreacjonizmu, Karol Sabath:

uważam "kreacjonizm naukowy" za demagogiczną pseudonaukę mającą się do nauk przyrodniczych tak jak parapsychologia do fizyki i neurofizjologii czy paleoastronautyka Dänikena do archeologii. Kreacjoniści, jak wszyscy pseudonaukowcy, posługują się naukowym sztafażem (poczynając od nazw instytucji a kończąc na cytatach bibliograficznych), w rzeczywistości ich teksty są w najlepszym razie dyletanckie, jeśli nie celowo zafałszowane. Nie prowadzą właściwie samodzielnych badań naukowych (nie licząc bezskutecznych poszukiwań Arki Noego), twierdząc jednocześnie jakoby ewolucjoniści stanowili margines we współczesnych naukach przyrodniczych. Żonglują cytatami z gazet i czasopism w najlepszym razie popularno-naukowych, nie odsyłając nigdy do oryginalnych prac naukowych. Czerpiąc swoje wyobrażenia z trzeciej ręki od dziennikarzy prasy i TV polemizują z nimi a nie z faktami naukowymi i poważnymi hipotezami. Nie przyznają się do własnych błędów i nie liczą się z ważnymi kontrargumentami. [141]

Kreacjonizm wykazuje wiele cech typowych dla innych pseudonauk (...). Kreacjoniści nie prowadzą poważnej działalności naukowej, nie dokonują odkryć i nie przedstawiają weryfikowalnych teorii (nie podają np., jakie fakty mogłyby, ich zdaniem, obalić ich "teorię"; w 1982 r. podczas procesu w sprawie nauczania kreacjonizmu w szkołach stanu Arkansas zostali poproszeni o podanie chociaż jednego przykładu oryginalnych badań, zakończonych ogłoszeniem lub chociażby złożeniem publikacji do jakiegoś pisma naukowego — okazało się, że nie mogli przytoczyć ani jednego przypadku, skupiając się głównie na popularyzacji krytyki ewolucjonizmu i swoich poglądów w druku i mass mediach. Swoje wiadomości o nauce czerpią z gazet, popularnych czasopism i książek najwyżej popularnonaukowych (por. bibliografie dowolnych publikacji kreacjonistów), z których w dodatku wyrywają spreparowane cytaty (...); jednocześnie chętnie twierdzą, wbrew oczywistym faktom, że 'współczesna nauka' popiera tezy kreacjonizmu, a ewolucjoniści są grupką fałszerzy i zabłąkanych filozofów. [142]

kreacjoniści w zasadzie nie prowadzą oryginalnych badań naukowych, skupiając się na publicznej polemice z ewolucjonizmem. [143]

kreacjoniści są ideologicznie powodowanymi pseudonaukowcami; ich argumentacja najczęściej odwołuje się do tendencyjnie wybranych (jeśli nie spreparowanych) faktów, a logika pozostawia wiele do życzenia. [144]

Adam Urbanek uważa, że kreacjonizm jest sprzeczny nie tylko z twierdzeniami współczesnej nauki, ale nawet z jej podstawami. [145]

Isaac Asimov był zdania, że "kreacjonizm albo przynajmniej ta jego szczególna część, która jest przyjęta przez wielu Amerykanów, jest jedynie wiarą w stare legendy Bliskiego Wschodu". [146] "Kreacjoniści (...) nie przedstawiają żadnych dowodów na poparcie swoich poglądów". [147] "Niedokładności [w teorii ewolucji] przedstawiają bardzo często w przekręcony, uproszczony i całkowicie błędny sposób. [148]

Antynaukowy charakter kreacjonizmu uwypukla też Gary Stix, autor w bardzo znanym czasopiśmie popularyzującym naukę Scientific American (wersja polska: Świat Nauki): "Staranna rewizja nauki dokonana przez Morrisa i jego kolegów — własna wykładnia datowania radiometrycznego, oszacowań odległości do gwiazd czy interpretacji zapisu kopalnego — to wyraz postawy skrajnie kreacjonistycznej, a być może i najbardziej radykalne wcielenie myśli antynaukowej w ogóle". [149]

Cytaty takie można mnożyć.

 

 

α) Publikacje kreacjonistów

Twierdzenie Eldredge'a (oraz szersze Sabatha), że żaden autor pisujący do Creation Research Society Quarterly nie opublikował ani jednego artykułu w poważanym czasopiśmie naukowym łatwo obalić, sięgając na przykład do Science Citation Index albo do jakiegoś innego źródła informacji bibliograficznej. Na przykład biolog Willem J. Ouveneel, holenderski kreacjonista, opublikował klasyczną i często cytowaną rozprawę na temat anomalii rozwojowych u muszek owocowych, [150] herpetolog (znawca gadów i płazów) Wayne Frair publikował swoje prace na temat systematyki i serologii żółwi w takich czasopismach jak Journal of Herpetology, Comparative Biochemistry and Physiology, Science oraz Herpetologica, a fizyk Robert Gentry ma publikacje w Science, Nature, Geophysical Research Letters oraz EOS Transactions of the American Geophysical Union. [151] Jeden z wykładowców Instytutu Badań Kreacjonistycznych (ICR) w El Cajon, dr Carl B. Fliermans jest znany z badań nad ekologią bakterii wywołującej tzw. chorobę legionistów, współprzewodniczył Pierwszemu Międzynarodowemu Sympozjum na temat Podpowierzchniowej Mikrobiologii oraz był współredaktorem tomu na ten temat i jest autorem ponad 70 artykułów z mikrobiologii w recenzowanych czasopismach. [152]

Najbardziej znanym kreacjonistą jest niewątpliwie Dean Kenyon, który zdobył renomę w świecie naukowym jeszcze będąc ewolucjonistą. Kenyon skończył studia z fizyki na Uniwersytecie Chicagowskim, zdobył stopień doktorski z biofizyki na Uniwersytecie Stanforda, po doktoracie pracował na Uniwersytecie Południowej Kalifornii w Berkeley, Uniwersytecie w Oxfordzie (jako visiting scholar) i w NASA, a obecnie jest profesorem biologii na San Francisco State University. Jest współautorem teoretycznej pracy na temat ewolucji biochemicznej, która swego czasu była głośna w kręgach ewolucjonistycznych. [153] Znacznie później zaczął kwestionować ewolucjonistyczny punkt widzenia, głównie dlatego, że doszedł do wniosku, iż związki chemiczne nie są w stanie zorganizować się w samych procesach przyrodniczych w cząsteczki niosące złożoną informację. Jego zdaniem "być może odgrywała w tym jakąś rolę jakaś inteligencja". [154] Kenyon kilka lat temu stał się ponownie głośny, gdy dziekan wydziału biologii na jego uniwersytecie usunął go z prowadzenia wykładu, na którym m.in. krytycznie oceniał ewolucjonizm. [155] Jest jednak zbyt dobrze znany w kręgach naukowych, by ta akcja zakończyła się powodzeniem, jak w wielu innych przypadkach. [156]

Artykuł w Newsweeku z 1996 roku dał przykład czterech kreacjonistów, trzech młodej Ziemi i jednego starej, którym nie można zarzucić braku kompetencji naukowej. [157]

Kurt Wise studiował paleontologię na Uniwersytecie Harvarda uznając, że Ziemia liczy sobie mniej niż 10 000 lat oraz że wszystkie rośliny i zwierzęta zostały stworzone ręką Boga, a nie że pojawiły się wskutek doboru naturalnego działającego na zmienności genetycznej. W Harvardzie poglądy takie były herezją i sam Stephen Jay Gould zwymyślał za to Wise'a. Jednak nie przeszkodziło to Wise'owi zdobyć stopień doktorski w 1989 roku. Obecnie naucza on geologii na William Jennings Bryan College w Tennessee i bada, jak skamieniałości popierają historię Potopu znanego z Biblii.

John Baumgardner jest geofizykiem w Los Alamos National Laboratory. W lutym 1996 roku w czołowym czasopiśmie naukowym, Nature, ukazał się artykuł, którego był współautorem, na temat konwekcji w płaszczu Ziemi. W 1994 roku na dużej konferencji geofizycznej przedstawił referat, z którego wynikało, że płyty geologiczne pokrywające Ziemię mogły kiedyś poruszać się tysiące razy szybciej, niż obecnie. Jeśli to prawda, to w stosunkowo niewielkim okresie czasu mogły zachodzić duże zmiany geologiczne, co jest konieczne dla utrzymania młodoziemskich poglądów kreacjonistycznych. Referat nie wywołał wrzawy, gdyż tylko nieliczni ze słuchaczy uświadomili sobie jego kreacjonistyczne implikacje. W 1997 roku w amerykańskim tygodniku U.S. News & World Report ukazał się przychylny Baumgardnerowi artykuł, w którym omawiano jego sukcesy naukowe oraz fundamentalistyczne poglądy. [158] Jest on autorem programu komputerowego o nazwie Terra, który modeluje konwekcję geofizyczną w płaszczu Ziemi. Baumgardner nazwany tam jest wybitnym światowej skali ekspertem w projektowaniu modeli komputerowych dla konwekcji geofizycznej — procesu, który odpowiada za działalność wulkaniczną, trzęsienia ziemi i ruch płyt kontynentalnych. Model ten jednak potrafi odtworzyć (wprowadza się tylko odpowiednie dane na wejściu) ogólnoświatowy Potop Noego, w którego historyczność Baumgardner wierzy i dla którego właściwie skonstruował wspomniany model. [159] Artykuł oprócz informacji na temat poglądów geofizycznych i religijnych Baumgardnera przytacza też opinie znawców tej problematyki z czołowych amerykańskich uniwersytetów. Nie zgadzają się oni, oczywiście, z poglądami kreacjonistycznymi Baumgardnera, ale uważają, że to, co robi w dziedzinie geofizyki, umieszcza go w światowej czołówce specjalistów od modeli numerycznych konwekcji płaszcza Ziemi. Wcześniej bardzo pochlebnie o komputerowym modelu Baumgardnera wypowiadał się artykuł w New Scientist. [160]

Innym kreacjonistą, zajmującym się pracą naukową, jest dr Russell Humphreys z Sandia National Laboratories, który opublikował ok. 30 artykułów ze swej dziedziny, ale należał także do zespołu kierującego Towarzystwem Badań Kreacjonistycznych (Creation Research Society), [161] a po przejściu na emeryturę został od 1 października 2001 roku zatrudniony pełnoetatowo w Instytucie Badań Kreacjonistycznych. [162] W Europie oprócz cytowanego wcześniej Siegfrieda Scherera [163] wspomnieć można Niemca, profesora Wernera Gitta, specjalistę w technologii informatycznej. Ukończył studia na politechnice w Hanowerze, stopień doktorski z inżynierii summa cum laudae zdobył w 1971 roku na politechnice w Akwizgranie. W 1978 został profesorem w Federalnym Instytucie Fizyki i Technologii w Brunszwiku, gdzie jest kierownikiem wydziału przetwarzania danych. Opublikował artykuły z dziedziny informatyki i matematyki. [164]

W 1999 roku w American Biology Teacher, czasopiśmie o mocnych sympatiach darwinowskich, ukazał się artykuł Jonathana Wellsa, krytykujący prawo Haeckla. [165] Artykuł nie bronił wprawdzie żadnej postaci kreacjonizmu, ale później stanowił podstawę dla jednego z rozdziałów jego otwarcie antydarwinowskiej książki Icons of Evolution. [166] Jeden z recenzentów zalecił opublikowanie artykułu w nadesłanej postaci, sugerując jednak uwzględnienie większej ilości literatury. Drugi recenzent natomiast sprzeciwił się opublikowaniu tekstu, o ile nie zostaną dokonane istotne zmiany, a zwłaszcza jeśli się nie uzasadni, że dla ewolucjonizmu przydatne są badania embriologiczne. Wells spełnił życzenia recenzentów, cytując kilku autorów (Rudolfa Raffa, Johna Gerharta i Marca Kirschnera), którzy uważają, że badania embriologiczne przyczyniają się do uzupełnienia teorii Darwina. Oczywiście, sam Wells jest przekonany, że dalsze badania embriologiczne będą jeszcze bardziej podważać ewolucjonizm darwinowski, ale nie próbował nawet tego powiedzieć w artykule, gdyż zdawał sobie sprawę, że uniemożliwiłoby to jego publikację w American Biology Teacher. [167]

Nie są to wszystko imponujące osiągnięcia, ale pamiętać należy, że kreacjoniści stanowią jedynie niewielki ułamek wszystkich osób posiadających stopnie naukowe. Większość ich wartościowych publikacji, jakie ukazały się w renomowanych czasopismach, nie dotyczyły problematyki kreacjonizmu. Przykładem może być inny kreacjonista, Raymond V. Damadian, wynalazca tomografu do badania ciała ludzkiego, wykorzystujący zjawisko magnetycznego rezonansu jądrowego. Bardzo pochlebny artykuł o nim zamieścił ostatnio Świat Nauki, [168] nie wspominając (bo i po co?), że jest on kreacjonistą. [169] Innym uczonym, który nie ukrywał swoich kreacjonistycznych przekonań, ale znany jest z osiągnięć na innym polu, był Wernher von Braun, dyrektor lotów kosmicznych NASA, twórca rakiet Mercury (umożliwiły pierwsze amerykańskie loty załogowe) oraz Saturn V (umożliwiły lądowanie na Księżycu i zwycięstwo Ameryki w wyścigu kosmicznym), a wcześniej niemieckich V-1 i V-2. [170] Są też kreacjoniści, którzy publikują artykuły w swojej dziedzinie zarówno z elementami kreacjonistycznymi, jak i bez nich. [171]

Fakt, że jednak jacyś kreacjoniści potrafią być dobrymi uczonymi, Eugenie Scott, dyrektorka National Center for Science Education, które — czego się nie można domyślić z nazwy — zajmuje się głównie zwalczaniem kreacjonizmu, tłumaczy następująco: "Ludzie myślą szufladkami. Mogą w doskonały sposób uprawiać naukę, dopóki przedmiot ich badań nie wpływa na ich religijną wrażliwość. Jeśli wpływa, ich umysł zaczyna funkcjonować w odmienny sposób". [172]

 

Darwin's Black Box: The Biochemical Challenge to Evolution

Darwin's Black Box: The Biochemical Challenge to Evolution

Wspomniany artykuł w Newsweeku wymienia w końcu książkę Michaela Behe'ego Darwin's Black Box, [173] która ukazała się we wrześniu 1996 roku. W swej książce argumentuje on, że układy biochemiczne takie jak te, które uczestniczą w widzeniu, system immunologiczny czy krzepnięcie krwi, są tak złożone, że jasne się staje, iż zostały zaprojektowane przez jakiś inteligentny czynnik i nie wyewoluowały zgodnie z teorią Darwina. Behe jest profesorem biochemii na Lehigh University i opublikował ponad 30 artykułów naukowych (specjalizuje się w strukturze kwasów nukleinowych takich jak DNA). Jego książka spotkała się z dużym zainteresowaniem, ukazało się już jej wiele recenzji, z których widać, że ewolucjoniści są pod wrażeniem argumentacji Behe'ego.

Zarzut, iż kreacjoniści nie publikują swoich prac w renomowanych czasopismach naukowych, można rozumieć węziej: że nie publikują w tych czasopismach tekstów o treści kreacjonistycznej. Tak rozumiany zarzut jest już dużo bliższy prawdy, choć nie do końca. Wspomniana już Eugenie Scott oraz Henry Cole w 1985 roku zwrócili się do redaktorów 68 czasopism, pytając ich, czy w latach 1980-1983 zezwolili na druk tekstów poruszających tematy "powszechnie znajdowane w czasopismach naukowych kreacjonistów". [174] Wśród około 135 000 artykułów Scott i Cole znaleźli jedynie (czy aż) 18 takich, które można opisać jako "broniące naukowego kreacjonizmu". [175] Trzynaście z tych osiemnastu artykułów zostało przesłanych do czasopism edukacyjnych, cztery do antropologicznych, a tylko jeden do biologicznego czasopisma. Żaden nie został przyjęty. [176]

Jednak Scott i Cole nie odkryli na przykład artykułu opublikowanego w 1983 roku przez niemieckiego kreacjonistę i mikrobiologa, Siegfrieda Scherera, który opublikował krytykę teorii ewolucyjnych na temat pochodzenia fotosyntezy, [177] mimo iż ukazał się on w Journal of Theoretical Biology, czasopiśmie przebadanym przez nich. I nic dziwnego. Tylko kompletny wykaz europejskich kreacjonistów oraz prześledzenie wszystkich implikacji artykułu Scherera mogłyby umożliwić zidentyfikowanie artykułu jako kreacjonistycznego. [178] Scott i Cole uważają, że takie artykuły nie spełniają ich kryterium posiadania jawnie kreacjonistycznego charakteru: "Znaleźliśmy kilka przypadków, kiedy artykuły napisane przez kreacjonistów bez odniesień do naukowego kreacjonizmu, zostały opublikowane w czasopismach głównego nurtu, ale argumenty tam zawarte później pojawiły się w wewnętrznych czasopismach kreacjonistycznych jako 'świadectwo' przemawiające na rzecz ich modelu". [179]

Jeśli kreacjoniści nie będą jawnie afiszowali się swoimi poglądami, łatwo mogą uniknąć zidentyfikowania w takich badaniach, jakie Scott i Cole przeprowadzali. Wątpliwe, by na przykład ich "sito" wyłapało artykuł Granta Lamberta, [180] który argumentował, że bez enzymów edytujących pierwotna replikacja, transkrypcja i translacja DNA zginęłyby wskutek bardzo wysokiego poziomu błędów. Ale enzymy edytujące same są produkowane przez DNA. Jest to argument na rzecz projektu, lecz Lambert nie afiszował się swoimi kreacjonistycznymi przekonaniami — mówił tylko o "nierozwiązanym problemie w biologii teoretycznej" [181] — licząc na umiejętność czytelników czytania między wierszami.

Najbardziej zagorzały polski krytyk kreacjonizmu, Karol Sabath, napisał (co wyżej cytowałem), że "podczas procesu w sprawie nauczania kreacjonizmu w szkołach stanu Arkansas zostali poproszeni o podanie chociaż jednego przykładu oryginalnych badań, zakończonych ogłoszeniem lub chociażby złożeniem publikacji do jakiegoś pisma naukowego — okazało się, że nie mogli przytoczyć ani jednego przypadku". W świetle powyższych informacji wydaje się, że ta historyjka została przez Sabatha po prostu zmyślona. [182]

Trzeba jednak przyznać, że krytycy kreacjonizmu skutecznie przekonali mniej zorientowanych czytelników do obrazu, w którym wszyscy uczeni popierają ewolucjonizm, a kreacjonizm mogą popierać co najwyżej protestanccy (niedouczeni) kaznodzieje. [183] Ewolucjonista i krytyk kreacjonizmu, Ronald L. Numbers, autor jednego z najlepszych omówień ruchu kreacjonistycznego, twierdzi jednak, że w każdej publicznej debacie kreacjonistów i ewolucjonistów po każdej ze stron można było znaleźć zarówno uczonych, jak i kaznodziejów. [184] W odbytej w 1981 roku rozprawie przeciwko kreacjonistom w stanie Arkansas przeciwnicy kreacjonizmu "wywodzili się głównie z elit organizacji religijnych, podczas gdy prawie wszyscy eksperci powołani dla poparcia kreacjonizmu posiadali uniwersyteckie dyplomy". Wśród wypowiadających się na tej rozprawie przeciwko kreacjonizmowi znajdowali się "metodystyczny biskup, ksiądz katolicki, protestancki teolog i ewangelikalny historyk kościoła. W przeciwieństwie do nich większość świadków powołanych przez obronę [popierających kreacjonizm] miała dobre naukowe referencje, jeśli w ogóle nie byli oni dobrze znanymi uczonymi". [185]

Jak to się dzieje, że istnieją jednak uczeni-kreacjoniści? Przytaczałem już opinię Eugenie Scott: prace naukowe kreacjonistów dotyczą głównie problematyki spoza sporu ewolucjonizm-kreacjonizm oraz myślą oni "szufladkami", nie widząc między nimi wzajemnego związku. Autorzy cytowanego artykułu z Newsweeka proponują jeszcze inne wyjaśnienie: "Olbrzymie świadectwo popiera ewolucjonizm. Obecność kreacjonistów w laboratoriach jest więc cennym przypomnieniem, że uczeni są tylko ludźmi: jakaś mocna ideologia, czy to kreacjonizm, czy kapitalizm, czy cokolwiek innego, może kształtować wnioski uczonych równie mocno co świadectwo empiryczne". [186]

Nieprawdziwe jest też twierdzenie Sabatha, iż zdaniem kreacjonistów ewolucjoniści stanowią margines we współczesnych naukach przyrodniczych. To kreacjoniści stanowią ten margines i doskonale zdają sobie z tego sprawę. [187]

 

 

β) Oszustwa kreacjonistów

Zarzut, iż kreacjoniści dopuszczają się oszustw, można do pewnego stopnia potwierdzić. Najgłośniejszy przykład dotyczy rosyjskiego kreacjonisty Dmitrija A. Kuźniecowa.

 

 

• Afera Kuźniecowa

Moskiewskie Towarzystwo Kreacjonistyczne grupuje blisko 200 członków z tytułami naukowymi, w tym także profesorów wyższych uczelni. Uważają oni, że ujęcie stworzenia w Księdze Rodzaju jest prawdziwe i że teoria ewolucji nie jest oparta na faktach. Przewodniczącym Towarzystwa jest bardzo barwna postać, Dmitrij A. Kuźniecow. Urodzony w 1955 roku zdobył w 1983 roku prestiżową nagrodę Leninowskiego Komsomołu przyznawaną corocznie dla dwu najznakomitszych młodych uczonych Związku Radzieckiego. Uzyskał trzy doktoraty: z medycyny w Szkole Medycznej im. Sieczenowa (1978), z biochemii w Uniwersytecie Moskiewskim im. Łomonosowa (1981) i z biologii molekularnej w Radzieckiej Akademii Nauk Medycznych (1989). Jest właścicielem trzech międzynarodowych patentów, autorem ponad czterdziestu artykułów naukowych opublikowanych po angielsku (nie licząc opublikowanych po rosyjsku). Jest też profesorem biologii w Instytucie Badań Kreacjonistycznych w El Cajon, Kalifornia. Jego główną dziedziną badań jest ksenobiotyczna modulacja syntezy białka. Dr Kuźniecow jest obecnie dyrektorem laboratorium biochemicznego kompanii badawczej Laserinvest, która jest spółką join venture Rosji, Wielkiej Brytanii i Indii. Dawny ateista, nawrócił się w 1983 roku pod wpływem lektury książek wydawanych przez Instytut Badań Kreacjonistycznych i pisze teraz także do ewangelicznego magazynu Protestant, wydawanego w języku rosyjskim. Jest żonaty (żona Tatiana) i ma dwoje dzieci. [188]

Kuźniecow cieszył się szerokim poparciem głównych ośrodków kreacjonistycznych zarówno finansowym, jak i instytucjonalnym. Podróżował po Stanach Zjednoczonych, prowadząc wykłady w środowiskach akademickich, także i niekreacjonistycznych, udzielał wywiadów, publikował. [189] Wielu amerykańskich kreacjonistów było podbudowanych tym, co wyglądało na niezależność myśli dawnego radzieckiego uczonego.

W 1994 i 1995 roku pojawiły się jednak zarzuty kompromitujące Kuźniecowa. Szwedzki biolog, Dan Larhammar, z Wydziału Genetyki Medycznej Uniwersytetu w Uppsali, badał procedury użyte przez Kuźniecowa w jednym z jego artykułów. [190] Zaskoczony jego metodami eksperymentalnymi, próbował przejrzeć literaturę biologiczną, cytowaną przez Kuźniecowa, ale nie był w stanie znaleźć wiele z czasopism, podanych w bibliografii. Na przykład jedna z ważnych metod miała być omówiona w artykule napisanym przez F.L. Solvarssena i B. Hjertena i opublikowanym w University Research Reports w 1974 roku. Larhammar tak pisał na ten temat:

Jest to uniwersytet, na którym pracuję od 1980 roku. Żadnego takiego czasopisma nie można na tym uniwersytecie znaleźć. Ponadto nikt obecnie nie zna osób o takich nazwiskach. Niezbyt często spotykane nazwisko Hjerten posiada profesor Stellan Hjerten (Wydział Biochemii), który jednak nie zna ani cytowanego artykułu, ani jego autora, B. Hjertena. W końcu ani Solvarssena, ani B. Hjertena nie można znaleźć w spisie pracowników Uniwersytetu w Uppsali (sprawdzałem okres od 1971 do 1976 roku). [191]

Larhammar odkrył, że autorem innego artykułu, którego nie mógł znaleźć, miał być szwedzki uczony, Holger V. Hyden. Hyden zaprzeczył jednak, by kiedykolwiek słyszał o tym artykule i nic nie wiedział o czasopiśmie, w którym miał go zamieścić. [192]

Dane powyższe podaję według informacji, zawartych w kreacjonistycznym czasopiśmie Bible-Science News. [193] Redakcja tego czasopisma próbowała się skontaktować z Kuźniecowem, ale bez rezultatu. Starała się też dotrzeć do trzech czasopism cytowanych przez Kuźniecowa (ale o których Larhammar w swoich doniesieniach nie wspominał), a mianowicie do Biogenesis, Darwin and Darwinism Today oraz Studies in Evolutional and Developmental Biology W standardowych spisach czasopism naukowych i periodycznych, np. w używanych na całym świecie Science Citation Index oraz w Ulrich's International Periodicals Directory czasopism cytowanych przez Kuźniecowa nie ma.

Od powstania afery sprawa Kuźniecowa się nie wyjaśniła i jego nazwisko nie jest już przytaczane w pismach kreacjonistów, co jest wystarczającym argumentem, by uznać go za oszusta.

 

 

• Przekręcanie cytatów i wyrywanie z kontekstu

Ewolucjoniści wielokrotnie skarżyli się, że kreacjoniści przekręcają ich słowa i wyrywają je z kontekstu, który nadaje im odmienne znaczenie. Z wielu przykładów przytoczę trzy charakterystyczne.

Stephen Jay Gould napisał: "Ponieważ zaproponowaliśmy punktualizm dla wyjaśnienia trendów, doprowadza nas do wściekłości, że kreacjoniści — czy to planowo, czy z głupoty — raz po raz cytują nas na potwierdzenie, że zapis kopalny nie zawiera form przejściowych. Formy takie nie występują w zasadzie na poziomie gatunkowym, ale często się pojawiają między większymi grupami. A jednak broszura zatytułowana Naukowcy z Harvardu zgadzają się, że ewolucja to bujda stwierdza: 'Świadczące o punktualizmie fakty, do których przełknięcia Gould i Eldredge [...] zmuszają darwinistów, zgodne są z obrazem, przy którym upierał się Bryan, a który Bóg objawił nam w Biblii'". [194]

Inny znakomity biolog, Richard Lewontin, tak prostował matactwa znanego kreacjonisty opublikowane w Acts & Facts:

Na stronie drugiej czytamy, że "Jak Richard Lewontin z Harvardu ostatnio wnioskował, organizmy '(...) wydają się być troskliwie i ze znawstwem zaprojektowane'. Nazywa on 'doskonałość organizmów' zarówno wyzwaniem pod adresem darwinizmu, jak i — bardziej pozytywnie — 'głównym świadectwem Najwyższego Projektanta'". Ale tezą mojego artykułu "Adaptation" w Scientific American, z którego te fragmenty wydobyto, było dokładnie to, że "doskonałość organizmów" jest często iluzoryczna i że każdy wysiłek opisania organizmów jako doskonale przystosowanych spotka się z poważnymi zaprzeczeniami. Ponadto pozór troskliwego i fachowego projektu był podnoszony w dziewiętnastym stuleciu, jeszcze przed Darwinem, jako "główne świadectwo Najwyższego Projektanta". Czas przeszły mojego artykułu ("Było to cudowne dopasowanie organizmów do środowiska, (...) było to główne świadectwo 'Najwyższego Projektanta'") został wygodnie opuszczony przez kreacjonistę Parkera, gdy usiłować przemycić tę starą doktrynę jako współczesną naukę. [195]

Ostatni przykład pochodzi z książki The Genesis Flood, w której Whitcomb i Morris odnoszą się do pewnego rejonu (Glacier National Park, Montana), gdzie warstwy geologiczne położone są w niewłaściwym porządku. Geologowie wyjaśniają to twierdząc, że w rejonie tym miały miejsce olbrzymie ruchy skał, które doprowadziły do tego, że niższe warstwy nasunęły się na wierzch warstw wyższych. Whitcomb i Morris zaprzeczają jednak, by ruchy takie miały miejsce, i cytują na poparcie dwu geologów:

Ross i Rezak mówią: "Większość gości, zwłaszcza stojących na drogach, odnosi wrażenie, że warstwy Pasa są niezakłócone i leżą prawie tak płasko dzisiaj, jak wówczas, gdy się układały w morzu, który zniknął tak wiele lat temu" (op. cit., s. 420). [196]

Jednak gdyby zacytowali jedno lub dwa zdania więcej, okazałoby się, że Ross i Rezak nie są sprzymierzeńcami kreacjonistów, ale ich przeciwnikami:

Faktycznie są one pofałdowane, a w niektórych miejscach nawet intensywnie. Ze ścieżek w parku i w pobliżu ich można zaobserwować miejsca, gdzie ciąg Pasa, co jest widoczne w odkrywkach na grzbietach, urwiskach i ścianach kanionu, jest pofałdowany prawie tak zawile jak miękkie młodsze warstwy w górach na południe od parku i na Wielkich Równinach przylegających do parku od wschodu. [197]

Nie ulega wątpliwości, że kreacjoniści dopuszczali się okazyjnie oszustw, że (już znacznie częściej) cytowali przekręcając myśl autora lub wyrywali ją z kontekstu oraz że (czego tu już nie omawiam) nieświadomie, wskutek niewiedzy, zniekształcali twierdzenia uczonych. [198] Trudno jednak powiedzieć, by charakteryzowało to jedynie kreacjonistów. John R. Cole z całą pewnością przesadza, gdy twierdzi, że "kreacjoniści rozwinęli umiejętność wyjątkową dla ich zajęcia: przekręcania cytatów i wyrywania cytatów z kontekstu". [199] Oszustw dopuszczali się i dopuszczają rozmaici uczeni ze wszystkich dziedzin wiedzy, [200] także i ewolucjoniści. [201] A przekręcanie cytatów i wyrywanie ich z kontekstu nie jest w kręgach naukowych rzadkością (co, oczywiście, nie usprawiedliwia kreacjonistów dopuszczających się takich praktyk).

b) Teorie kreacjonistyczne nie spełniają obiektywnych standardów metody naukowej

Zdaniem ewolucjonistów zakaz odwoływania się do Boga lub stwórczej inteligencji nie jest arbitralny, lecz stoją za nim liczne powody. Wszystkie je można podzielić na dwie grupy. Do pierwszej należą przekonania, że teorie kreacjonistyczne nie spełniają obiektywnych standardów metody naukowej, że są wadliwe metodologicznie. [202] Wysuwano wiele konkretnych zarzutów.

α) Cudy gwałcą prawa przyrody

Stworzenie rozumiane jako interwencja boskiego czynnika jest przez nich rozumiane jako cud. Czy cudy mogą być przedmiotem badań naukowych? Powszechnie uważa się, że "cuda nie wchodzą w zakres zainteresowań nauki". [203] Najczęściej uzasadnia się to przekonanie tym, że cudy gwałcą prawa przyrody:

Cuda z definicji są sprzeczne z prawami przyrody. [204]

Nawet gdyby Naukowy Kreacjonizm całkowicie pomyślnie przedstawił swój argument jako naukę, to nie dałoby to "naukowego" wyjaśnienia pochodzenia. Kreacjoniści wierzą, że świat rozpoczął swe istnienie od cudu. Ale cudy leżą poza nauką, która z definicji traktuje jedynie o czymś, co jest naturalne, powtarzalne, co jest rządzone przez prawo. [205]

Podobnie uważa Richard Lewontin:

Albo świat zjawisk jest konsekwencją regularnego działania powtarzalnych przyczyn i ich powtarzalnych skutków, działających z grubsza wedle znanych praw fizycznych, albo w każdym momencie wszystkie fizyczne regularności mogą być przerwane i może wystąpić całkowicie nieprzewidywalny zbiór zdarzeń. (...) Nie możemy żyć jednocześnie w świecie przyczynowości przyrodniczej i w świecie cudów, ponieważ jeśli może zdarzyć się jeden cud, nie ma dla nich żadnej granicy. [206]

Jednak w literaturze przedmiotu zwraca się uwagę, że interwencje rozumnego czynnika w przyrodzie nie muszą gwałcić praw przyrody, co najlepiej widać, gdy tym rozumnym czynnikiem jest człowiek. Czynnik ten może osiągać cele nieprawdopodobne z punktu widzenia samych tylko procesów przyrodniczych, będąc w zgodzie z obowiązującymi prawami, zmieniając na przykład warunki początkowe, w których prawa działają. Trudno sobie wyobrazić, by sama przyroda była w stanie „wyprodukować” samolot odrzutowy lub wieżowiec, ale ludzie robią to względnie łatwo nie łamiąc praw przyrody. Podobny charakter mogą mieć interwencje boskie. [207]

Cytowane wyżej zastrzeżenia nie uwzględniają średniowiecznego rozróżnienia dwu mocy Bożych, dwu sposobów oddziaływania Boga ze światem: potentia ordinata oraz potentia absoluta. Pierwszy miał być zgodny z prawami natury (a nawet wyrażać się w nich), drugi zaś dotyczył mocy typu fiat. [208]

 

 

β) Kreacjoniści nie wyjaśniają przez odwołanie się do praw przyrody [209]

Idea, że nauka może mówić jedynie o tym, co podlega prawom przyrody, oraz że nauka wyjaśnia jedynie odwołując się do praw przyrody, znajduje się na czele powodów, dla których kreacjoniści przegrali słynny proces w Arkansas. [210]

Jednak w nauce istnieją wyjaśnienia, które nie używają praw. [211] Jest tak w naukach historycznych, kiedy wyjaśnia się pojawienie się konkretnego zdarzenia przez wyszczególnienie serii zdarzeń do niego prowadzących — zdarzeń, które po raz drugi się nie pojawią [212] (wyjaśnianie genetyczne w terminologii Nagla). [213] Istnieje problem, czy w przyrodzie występują zdarzenia unikalne. Jeśli jednak występują, to wymóg wyjaśniania przez prawo jest zbyt mocny. [214] Zwraca się też uwagę, że same prawa czasami też nie są w stanie wyjaśnić konkretnych zdarzeń i że wyjaśnienie wymaga też znajomości sytuacji przed zajściem wyjaśnianego zdarzenia. [215] Pomysł, by wyjaśnianie poprzez prawo uznawać za kryterium demarkacji, krytykowali tacy filozofowie jak Philip Quinn [216] i Larry Laudan. [217] Zdaniem tego ostatniego wymóg taki eliminuje z nauki wszystkie te prawa fizyki, które tylko matematycznie opisują, ale nie wyjaśniają zjawisk, których dotyczą. [218]

 

 

γ) Kreacjoniści odwołują się do tego, co nieobserwowalne [219]

Prawdą jest, że kreacjonizm odwołuje się do tego, co nieobserwowalne, ale robi tak też szereg dyscyplin, wobec których nie ma cienia wątpliwości, że są naukowe (nikt nie wątpi, że nauka ma prawo mówić o cząstkach elementarnych, falach radiowych czy czarnych dziurach). [220]

 

 

δ)Teorie kreacjonistyczne nie są falsyfikowalne [221] ani, ogólniej, testowalne [222]

Jest to powszechnie znajdowany argument:

Twierdzenia naukowe muszą być testowalne; musimy w zasadzie być zdolni wyobrazić sobie zbiór obserwacji, które uczyniłyby je fałszywymi. [223]

istnieje inne ważne kryterium teorii naukowej, jakie większość uczonych akceptuje. Jest to orzeczenie Karla Poppera, aby teoria była w zasadzie "falsyfikowalna". Znaczy to, że dobra teoria nie wyjaśnia wszystkiego; natomiast w specyficzny sposób przewiduje, iż pewne obserwacje, gdyby ich dokonano, udowodniłyby, że teoria ta jest błędna. (...) Nienaukowy teoretyk żyje wewnątrz niepokonalnej fortecy, bezpieczny od krytyki, ponieważ znamieniem nienaukowych teorii jest to, że nie można ich sfalsyfikować. Są one sformułowane mętnie albo odwołują się do czynników, których działań nie można przewidzieć, tak że "wyjaśniają" one każdy możliwy rezultat sytuacji. Bez względu na to, jaka będzie twoja osobowość czy historia, dobry astrolog odnajdzie jakąś koniunkcję planet, która wyjaśnia, dlaczego jest z tobą tak, jak jest, nawet chociaż jako Strzelec "oczekujesz", że będzie przeciwnie. (...) trzeba czegoś więcej niż potwierdzenie, aby być dobrą hipotezą naukową; musi ona być falsyfikowalna. [224]

Boskie stworzenie

Tradycyjnie w wielu kulturach wierzono, że życie zostało umieszczone na Ziemi siłami boskimi (związanymi z jakimś bogiem lub bogami), że jest ono aktem stwórcy lub stwórców. Wiara w boskie stworzenie jest wspólna dla wielu głównych religii świata, chociaż ujęcia stworzenia są w nich odmienne. We wszystkich ujęciach boskiego stworzenia proces, jaki wyłonił życie na Ziemi, toczył się wskutek działania sił, których nauka nie potrafi wyjaśnić. Filozofowie debatowali nad istotą tych sił przez stulecia. Jednak należy zrozumieć, że wiara nie jest tym samym, co hipoteza naukowa. Istotą wszelkiej hipotezy naukowej jest to, że proponowana idea poddana jest testowi — że idea ta może, przynajmniej w zasadzie, okazać się fałszywa. [225]

Popperowskiego kryterium falsyfikowalności wielu antykreacjonistów używało do zwalczania kreacjonizmu. Słynny list amicus curiae 72 laureatów Nagrody Nobla do Najwyższego Sądu Stanów Zjednoczonych w sprawie Aquillard v. Edwards właśnie na tej podstawie odrzucało pretensje kreacjonizmu do naukowości. [226]

Mówienie o przedmiotach czy procesach nieobserwowalnych nie wyklucza jednak testowalności. Istnieje bowiem też testowanie pośrednie, dotyczące konsekwencji empirycznych twierdzeń o tym, co nieobserwowalne bezpośrednio. Można także oszacowywać wartość rywalizujących hipotez ważąc ich moc wyjaśniającą. Podobnie nierozstrzygający jest argument dotyczący falsyfikowalności. Jeśli kreacjoniści dla przykładu twierdzą, że życie nie mogło powstać w sposób naturalny, lecz nałożone zostało "z zewnątrz" na materię, [227] to ewentualny sukces syntezy życia w laboratorium sfalsyfikuje to twierdzenie. [228]

Zagadnienie to omówię analizując kilka wypowiedzi przedstawicieli obu stron.

Władysław J.H. Kunicki-Goldfinger należał do najwybitniejszych polskich ewolucjonistów. W ostatnich latach opublikował popularnonaukową książkę Znikąd donikąd, której tytuł odzwierciedla przekonania autora na temat pochodzenia i celu istnienia człowieka na Ziemi. Książka jest niezwykle pouczająca. Z jej lektury niedwuznacznie wynika, że teistyczny ewolucjonizm z natury rzeczy musi być konstrukcją sztuczną, że "dolepianie" hipotezy Boga do teorii ewolucji jest zabiegiem jałowym, bo nie prowadzi do żadnych nowych konsekwencji, i niepotrzebnym, bo sprzeciwia się zasadzie znanej jako brzytwa Ockhama. [229]

W poniższych rozważaniach chcę przeanalizować tylko jeden fragment z książki Kunickiego-Goldfingera. Dotyczy on pochodzenia życia i pokazuje sposób myślenia ewolucjonisty na ten temat. Tekst ma charakter filozoficzno-metodologiczny i jest świadectwem, w jaki sposób ewolucjoniści odrzucają rozważanie alternatywy kreacjonistycznej.

Życie mogło tu pojawić się dzięki: a) cudowi, b) jako konieczny efekt rozwoju Kosmosu zgodnie z prawami natury oraz c) jako owoc nawet mało prawdopodobnego przypadku, oczywiście także zgodnego z prawami natury.

Cuda nie wchodzą w zakres zainteresowań nauki. Jeśli się rzeczywiście zdarzały, chyba z reguły nie dotyczyły zjawisk i procesów prawdopodobnych w świetle praw nauki, które w podobnych przypadkach dałyby się wyjaśniać bez uciekania się do odwoływania się do zdarzeń cudownych. Nie sądzę, by wyniki badań Prigogine'a przemawiały przeciw możliwościom powstania życia na Ziemi wskutek cudu ani też by to, że hipoteza cudu jest niefalsyfikowalna, miało jakieś znaczenie dla nauki, jak uważa na przykład biolog niemiecki Kuppers. Prigogine przecież ani nie podważa, ani nie potwierdza możliwości cudów, teoria jego bowiem ich nie dotyczy. A cud z definicji jest niefalsyfikowalny, chyba że nie jest prawdziwym cudem (o ile takie w ogóle bywają); falsyfikowalne są teorie naukowe, a pogląd o cudownym pochodzeniu życia na Ziemi nie jest ani teorią, ani hipotezą naukową. [230]

Sam autor zacytowanych słów wypowiada się potem za możliwością c), ale w tej chwili to nieistotne. Ważne jest, co mówi o kreacjonizmie. Bo choć nie używa słów "kreacjonizm" czy "stworzenie", właśnie o tym mówi, mówiąc o cudzie. Czym innym bowiem, jak nie cudem, jest głoszone przez kreacjonistów stworzenie życia przez Boga?

Kunicki-Goldfinger wypowiada szereg twierdzeń dyskwalifikujących kreacjonistów: cuda nie wchodzą w zakres zainteresowań nauki (co znaczy, że nie może istnieć coś takiego jak kreacjonizm naukowy); akceptowanie cudownego pochodzenia życia na Ziemi nie ma charakteru naukowego, cuda bowiem są niefalsyfikowalne.

Zajmijmy się może najpierw tym ostatnim stwierdzeniem. Traktując je dosłownie nie ma ono sensu. Cud jest pewnym wydarzeniem. Jednak falsyfikować można jedynie zdania, bo fałszywość, tak jak i prawdziwość, są własnościami zdań, nie zdarzeń. Przyjmijmy jednak, że jest to jedynie wypowiedź skrótowa, w najgorszym przypadku lapsus linguae, że w cytowanym wyżej fragmencie jego autor mówi, już całkowicie poprawnie z językowego punktu widzenia, o niefalsyfikowalności hipotezy cudu, a nie samego cudu (zresztą w tym samym fragmencie, tylko nieco wcześniej, mówi o niefalsyfikowalności właśnie hipotezy cudu).

No więc, czy hipoteza cudu jest niefalsyfikowalna? Kunicki-Goldfinger twierdzi, że jest ona niefalsyfikowalna z definicji. Jednak definicji tej nie podaje i pojawia się podejrzenie, że może używać on tego słowa w jakimś bliżej nieznanym znaczeniu, odmiennym od potocznego.

Prawdopodobnie tak nie jest, ale dla pewności powiedzmy, jak rozumiemy cud, którym zdaniem kreacjonistów było powstanie życia na Ziemi. W ich opinii powstanie życia na Ziemi było rezultatem nadnaturalnej interwencji stwórczej Boga (mówią o tzw. specjalnym akcie stworzenia). Znaczy to, że życie nie mogło powstać wskutek działania immanentnych sił przyrody. [231] Kreacjoniści nie są witalistami, nie twierdzą, że o istocie życia stanowi pewien czynnik (siła życiowa, vis vitalis) nieredukowalny do innych przyrodniczych czynników. [232] Ale kreacjoniści nie są też redukcjonistami, zdaniem których specyficzna organizacja materii ożywionej powstaje samorzutnie (wyłania się w sprzyjających warunkach) z materii nieożywionej. Kreacjoniści zajmują pośrednie stanowisko — twierdzą, że organizacja żywej materii została narzucona materii nieożywionej z zewnątrz w akcie stwórczym.

Wróćmy jednak do tekstu Kunickiego-Goldfingera. Rozumiemy teraz, dlaczego autor ten tyle razy mówi o tym, że hipoteza cudownego powstania życia (stworzenia życia) jest niefalsyfikowalna. On po prostu chce powiedzieć, że podstawowe twierdzenie kreacjonizmu nie ma charakteru naukowego, że sam kreacjonizm nie jest częścią nauki, że do nauki należy tylko ewolucjonizm. Jego zdaniem prawdziwi uczeni nie mogą mówić o stworzeniu życia. Być może tak jest rzeczywiście, chociaż z historycznego punktu widzenia jest to dziwna opinia. Wynikałoby z niej, że praktycznie rzecz biorąc przed Darwinem nie istniała naukowa biologia (oprócz tego, co robili nieliczni przeddarwinowscy ewolucjoniści), co chyba jest nie do przyjęcia dla historyka nauki. Przyjrzyjmy się ewentualnym racjom.

Kunicki-Goldfinger wielokrotnie powtarza zapewnienia, że hipoteza cudu (stworzenia życia) jest niefalsyfikowalna bądź jest nienaukowa. W krótkim tekście robi to aż pięć razy:

a) "cuda nie wchodzą w zakres zainteresowań nauki";

b) cuda "nie dotyczyły zjawisk i procesów prawdopodobnych w świetle praw nauki";

c) "hipoteza cudu jest niefalsyfikowalna";

d) "cud z definicji jest niefalsyfikowalny";

e) "falsyfikowalne są teorie naukowe, a pogląd o cudownym pochodzeniu życia na Ziemi nie jest ani teorią, ani hipotezą naukową".

Ponieważ nie podał żadnego argumentu, można przypuszczać, że jest to jego najgłębsze przekonanie, tak głębokie, że nie wymagające argumentu, oczywiste.

Nieco bardziej rozbudowany (ale tylko nieco) "argument przeciwko cudom" znajdujemy w polemice Karola Sabatha:

Cuda z definicji są sprzeczne z prawami przyrody. Jeżeli jakiś fakt udaje się wyjaśnić w kategoriach nauk ścisłych — przestaje być cudem. Na przykład, gdyby udało się odkryć sposób szybkiego przekształcania wody w wino, to eo ipso cud w Kanie Galilejskiej zostałby zredukowany do precedensowej demonstracji tego procesu. Natomiast negatywny rezultat badań nad cudem (zjawisko nie daje się na razie wytłumaczyć naukowo) oznacza porażkę naukowca (choć zarazem sukces wyznawcy). [233]

Sabath ma rację pisząc, że jeśli jakiś fakt wyjaśni się w kategoriach nauk przyrodniczych, [234] to przestaje on być cudem. Ale tym samym — i to już Sabathowi umyka — należy uznać, iż zdanie o cudzie jest podatne na empiryczną falsyfikację, spełniając tym samym falsyfikacjonistyczne kryterium demarkacji. [235] Właśnie to, że zdania o cudach z definicji mogą być sprzeczne z prawami przyrody, umożliwia ich empiryczną falsyfikację. Można sądzić, że Sabath swój argument wysuwa przeciwko naukowości kreacjonizmu, bo albo uważa weryfikowalność za znamię naukowości, albo też myli weryfikowalność z falsyfikowalnością. [236]

Czy można sobie wyobrazić obserwację bądź eksperyment obalający kreacjonistyczną hipotezę stworzenia życia na Ziemi? Tak, i to bardzo łatwo. Co więcej, od dawna uczeni starają się taki eksperyment przeprowadzić. [237] Jak już pisałem kilka stron wcześniej, jeśli kreacjoniści twierdzą, iż ta specyficzna organizacja materii zwana życiem została nałożona na materię nieożywioną z zewnątrz, to znaczy to, że ich zdaniem organizacja ta nigdy nie pojawi się samorzutnie ma podstawie praw rządzących materią nieożywioną. Gdyby więc w jakimś laboratorium przeprowadzono eksperyment, w trakcie którego z wyjściowych produktów nieożywionych otrzymalibyśmy materię ożywioną, to hipoteza kreacjonistyczna zostałaby empirycznie sfalsyfikowana [238] (oczywiście, pod warunkiem, że wszystkie parametry utrzymywane w laboratorium mogą występować także w stanie naturalnym w przyrodzie bez ingerencji rozumnego czynnika, np. człowieka). [239]

Ideę tę przedstawia następująca wypowiedź znanego kreacjonisty:

Powszechnym sposobem testowania słuszności jakiejś teorii naukowej jest wyprowadzanie z niej przewidywań i wówczas obmyślanie i przeprowadzanie eksperymentów, by zobaczyć, czy ich wyniki zgodne są z przewidywaniami. Na przykład czego oczekiwalibyście, gdyby ewolucjonizm był prawdziwy? Według tej teorii życie wyewoluowało z materii nieożywionej wskutek działania tych samych procesów przyrodniczych, jakie występują dzisiaj. Gdybyśmy opierali się tylko na tej teorii i niczego nie wiedzieli o nauce, to w naturalny sposób oczekiwalibyśmy znalezienia tego, jak życie nadal ewoluuje z materii nieożywionej. Skoro wspomniane procesy przyrody występują i dzisiaj, to powinny przynosić te same wyniki.

Możemy więc oczekiwać czyli przewidywać, że gdyby model ewolucyjny był prawdziwy, to powinniśmy nadal znajdować życie ewoluujące z nieożywionych związków chemicznych. Gdyby można było wykazać, że życie ewoluuje z nieożywionych związków chemicznych, to z pewnością zostałoby to okrzyknięte za największy dowód prawdziwości modelu. I rzeczywiście, pierwsi ewolucjoniści, aby udzielić poparcia swojej teorii, poszukiwali usilnie świadectwa, że życie nadal ewoluuje. (...)

Ponieważ życie nie ewoluuje dzisiaj z materii nieożywionej, model ewolucyjny musi być zmodyfikowany przy pomocy dodatkowych założeń. Można by je nazwać warunkiem "tak, ale...". Tak, życie wyewoluowało z materii nieożywionej, ale wówczas warunki na Ziemi były odmienne od tych, jakie występują obecnie. Czy jednak te warunki były odmienne? Nie wiadomo; jest to czysta spekulacja. Świadectwo geologiczne przemawia przeciwko temu. Te wszystkie dodatkowe założenia noszą piętno przystosowań ad hoc do sytuacji, że fakty nie pasują do przewidywań wynikających z modelu ewolucyjnego.

W przeciwieństwie do tego wyraźnie widoczna jest prostota modelu kreacjonistycznego. Nie musi on wyjaśniać, dlaczego życie nie ewoluuje dzisiaj z materii nieożywionej; ten model przewiduje, że życie nie ewoluuje z czegoś, co życiem nie jest. Życie według modelu kreacjonistycznego jest unikalnym dziełem okresu stworzenia. Stworzenie dokonało się na mocy unikalnych procesów dziś już nie występujących. Procesy przyrodnicze, jakie dzisiaj obserwujemy, raczej konserwują, zachowują życie niż je stwarzają. Dlatego kreacjoniści oczekują, że życie nie powstaje dzisiaj spontanicznie na mocy procesów przyrodniczych. [240]

W literaturze kreacjonistycznej, także wydanej w języku polskim, wiele napisano na temat eksperymentów zmierzających do utworzenia związków organicznych, z których mogło wyłonić się życie, np. o eksperymentach Stanleya Millera i podobnych. [241] Wnioski, jakie wyprowadzają z dotychczasowych nieudanych eksperymentów, wyraził Kenyon:

Rozważmy wodę w stanie ciekłym. Wiele wiadomo o jej chemicznych i fizycznych własnościach w szerokim zakresie warunków. Wiemy, jak się ona zachowuje w izolacji i jak reaguje z innymi substancjami. (...) Przy ciśnieniu 1 atmosfery czysta woda wrze w temperaturze 100 stopni C. Nie wrze ona w temperaturze 80 stopni czy jakiejś innej temperaturze, kiedy ciśnienie równe jest 1 atmosferze. Woda jest bezbarwna. Nie jest ona czerwona, zielona czy purpurowa. Podobnie związki organiczne mają pewne własności. Reagują one w pewien, ale nie inny sposób. Na przykład roztwór (czy nawet prawie sucha mieszanka) aminokwasów i cukrów ukształtuje niebiologiczną substancję melanoidynę; nie powstaną polipeptydy i polisacharydy. Metan, amoniak i para wodna bombardowane światłem ultrafioletowym utworzą małą ilość racemicznych aminokwasów; nie utworzą one (...) aminokwasów zawierających nadwyżkę L-izomeru.

Kreacjoniści utrzymują, że badania laboratoryjne pokazały, iż prosta materia organiczna nie posuwa się ku stanowi ożywionemu; posuwa się ona w innych kierunkach, z których najważniejszym jest formowanie się niebiologicznego makromolekularnego materiału. Nie jest prawdopodobne, by przyszłe badania odkryły warunki, w jakich czysta woda przy ciśnieniu 1 atmosfery będzie wrzała w temperaturze 50 stopni C bądź stanie się czerwona. Podobnie nie jest prawdopodobne, by przyszłe badania odkryły wiarygodne naturalne warunki, w jakich materia zawierająca węgiel mogłaby się sama zorganizować w materię ożywioną. [242]

Oczywiście, nie można z całą pewnością powiedzieć, że wysiłki uczonych utworzenia życia w warunkach laboratoryjnych, które odtwarzają warunki naturalne istniejące na dawnej Ziemi, są skazane na niepowodzenie — nauka nie zna pewności. Nie jest to zresztą istotne. Nawet w chwili, gdy wysiłki ewolucjonistów zorganizowania życia "w probówce" zakończą się sukcesem, wniosek o empirycznej falsyfikowalności hipotezy stworzenia życia się nie zmieni. Zostanie ona sfalsyfikowana, co znaczy, że była i jest falsyfikowalna.

Darwin na przykład nie wątpił, że można empirycznie sfalsyfikować twierdzenia kreacjonistyczne:

Kto wierzy, że każda istota została stworzona taką, jaką ją dzisiaj widzimy, ten będzie nieraz zdumiony, gdy napotka zwierzęta, których budowa i obyczaje nie odpowiadają sobie wcale. Cóż może być bardziej oczywistego, jak to, że nogi kaczek i gęsi z palcami połączonymi błoną zostały utworzone do pływania? Jednakże istnieją górskie gęsi z nogami opatrzonymi błoną, które rzadko tylko zbliżają się do wody, a (...) nikt nie widział, by fregata, która ma wszystkie cztery palce połączone błoną, siadała na powierzchni morza. Z drugiej strony, perkozy i łyski są to ptaki przeważnie wodne, chociaż ich palce są tylko obrzeżone błoną. Cóż zdaje się bardziej oczywistego niż to, że długie nie połączone błoną palce brodzących (Grallatores) stworzone są do chodzenia po błotach i pływających roślinach? Tymczasem do rzędu tego należą kurka wodna (Ortygometra), która prowadzi prawie tak samo wodny tryb życia jak łyska, oraz derkacz, który jest prawie tak lądowy tryb życia jak łyska oraz derkacz, który jest prawie tak lądowy, jak przepiórka lub kuropatwa. W takich wypadkach, a moglibyśmy podać wiele jeszcze innych, obyczaje zmieniły się bez odpowiedniej zmiany w budowie. [243]

Ernst Mayr w swoim wprowadzeniu do reprintowego wydania On the Origin... z 1964 roku napisał o tym i innych fragmentach dzieła, że Darwin "przekonał się do swoich nowych idei dopiero po wykonaniu licznych obserwacji, które uznał za niezgodne ze stworzeniem. Był mocno przekonany, że musi ustalić tę sprawę rozstrzygająco, zanim jego czytelnicy chcieliby wysłuchać ewolucyjnej interpretacji. Stale opisuje zjawiska nie pasujące do teorii stworzenia". Teoria ta, przynajmniej jak ją Darwin rozumiał, nie miała pustego, nieempirycznego charakteru. Można ją było sprawdzać i na podstawie obserwacji odrzucić.

Należy wątpić w opinię Kunickiego-Goldfingera, zdaniem którego tylko ewolucjonizm ma charakter naukowy. [244] Jak pisałem, falsyfikacjonistyczne kryterium demarkacji jest "sitem o dużych oczkach". [245] Uczeni najwyraźniej przeceniają moc rozważań metodologicznych przy zwalczaniu fundmentalnie odmiennych poglądów. W cytowanym wcześniej fragmencie najprawdopodobniej Kunicki-Goldfinger popełnił trywialny błąd metodologiczny: pomylił falsyfikowalność z weryfikowalnością. [246]

Podobny błąd popełnił inny znany ewolucjonista, Stephen Jay Gould, krytykując kreacjonizm:

Cały program kreacjonistów zawiera niewiele więcej niż retoryczne wysiłki sfalsyfikowania ewolucji przez ukazanie domniemanych sporów między jej zwolennikami. Ich gatunek kreacjonizmu jest, jak twierdzą, "naukowy", ponieważ postępuje zgodnie z modelem Popperowskim, próbując obalić ewolucję. Ale argumentacja Poppera musi zostać zastosowana w obu kierunkach. Nie zostaje się naukowcem po prostu przez próbę sfalsyfikowania konkurencyjnego i prawdziwie naukowego systemu; trzeba zaproponować system alternatywny, który także odpowiadałby kryterium Popperowskiemu — on także musiałby być z założenia falsyfikowalny.

"Kreacjonizm naukowy" to wyrażenie sprzeczne wewnętrznie i nonsensowne właśnie dlatego, że nie może być sfalsyfikowane. Mogę sobie wyobrazić obserwacje i eksperymenty, które wykazałyby błędność każdej znanej mi teorii ewolucji, ale nie mogę wyobrazić sobie, jakie potencjalne dane mogłyby doprowadzić kreacjonistów do porzucenia ich przekonań. [247]

Na moment przerywam wypowiedź Goulda, by zastanowić się nad pewną sprawą. Wyżej wspominałem, że laboratoryjne stworzenie życie byłoby falsyfikacją kreacjonistycznej hipotezy powstania życia. Jednak Gould ma prawdopodobnie rację, że to osiągnięcie nie doprowadzi kreacjonistów do porzucenia ich przekonań. Są to bowiem dwie różne, choć mocno ze sobą związane sprawy: falsyfikowalność (jest to obiektywna cecha zdań) oraz pragmatyczna z natury decyzja porzucenia swoich dotychczasowych poglądów. Ponieważ olbrzymia większość kreacjonistów poglądy swoje utrzymuje z motywacji religijnych, prawdopodobnie z chwilą utworzenia życia „w probówce” zastosują szereg, jak je Popper nazwał, konwencjonalistycznych wybiegów, byleby tylko pozostać przy swoim zdaniu. Ten sposób postępowania występuje także nierzadko w nauce "głównego nurtu", a sprzyja temu już wspominana niekonkluzywność empirycznej falsyfikacji wywołana hipotetycznością zdań obserwacyjnych oraz tym, że falsyfikacji nie poddaje się izolowanych hipotez.

Oto dalszy ciąg wypowiedzi Goulda:

Systemy nie do obalenia to dogmaty, a nie nauka. Aby nie wydawać się niesprawiedliwym czy gołosłownym, cytuję czołowego intelektualistę kreacjonizmu. Dr Duane Gish pisze w swej ostatniej (1978) książce Evolution? The Fossils Say NO! (Ewolucja? Skamieniałości mówią — nie!): "Przez kreację rozumiemy powołanie do istnienia przez ponadnaturalnego Stwórcę podstawowych rodzajów roślin i zwierząt w procesie nagłej, czyli zadekretowanej, kreacji. Nie wiemy, jak Stwórca kreował, jakimi posługiwał się procesami, ponieważ procesy, których On używał, nie działają teraz nigdzie we wszechświecie naturalnym [podkreślenie Gisha]. Dlatego też określamy kreację jako kreację specjalną. Za pomocą badań naukowych nie możemy odkryć niczego na temat procesów twórczych stosowanych przez Stwórcę". [248] Proszę, niech Pan powie, doktorze Gish, co to takiego — w świetle Pańskiego ostatniego zdania — kreacjonizm "naukowy"? [249]

Oczywiście, Gould wskazuje tu na to, że istnienia unikalnych procesów, obecnych tylko w momencie stworzenia (mówił o nich także Henry M. Morris we wcześniej cytowanej wypowiedzi), [250] nie można badać lub potwierdzić, a nie sfalsyfikować. Pretensje kreacjonistów można jednak sfalsyfikować w ogóle nie zajmując się nimi: pracą laboratoryjną nad utworzeniem życia ze składników nieożywionych.

Jak już wcześniej w jednym z odsyłaczy wspomniałem, sprawa się komplikuje, jeśli kreacjoniści przyjmą, że życie może powstać w sposób naturalny, a tylko to, które istnieje na Ziemi, powstało wskutek aktywności nadnaturalnej. Aczkolwiek taka kompletnie metafizyczna koncepcja kreacjonizmu nie jest głoszona przez czołowych kreacjonistów, to jednak można wskazać przykłady i takich kreacjonistów:

Ostatnio mówiło się o "sztucznym stworzeniu życia" w laboratorium. (...) Gdyby tego dokonano, nie umniejszałoby to roli Boga, nie bardziej niż odtworzenie przeze mnie fragmentu dramatu "Hamlet" pomniejsza geniusz Szekspira. Albo inaczej: przypuśćmy (co mogło nastąpić, ale nie nastąpiło), że gdy nasz Pan nakarmił tłumy, nigdy przedtem nie widziano chleba i dopiero później ludzie nauczyli się sztuki wypieku. Czy umniejszałoby to sam cud? Oczywiście, nie! [251]

Prawdziwa [real] nauka polega na mierzeniu, czy obserwowaniu czegoś, co się wydarza i na potwierdzaniu tego. Na przykład, nawet jeśliby gady rzeczywiście zmieniły się w ptaki miliony lat temu — jak to utrzymują ewolucjoniści — to i tak naukowo nie można by uznać czegoś takiego za fakt, gdyż nie podlegało to obserwacji. Nawet gdyby jakimś sposobem można było zmienić dzisiaj gada w ptaka, to nawet i to nie udowadniałoby, jak się to stało miliony lat temu. [252]

Wieland najwyraźniej traktuje twierdzenia ewolucjonistyczne za jednostkowe, a tym samym niepowtarzalne twierdzenia historyczne. Wydaje się, że podobnie myślą Thaxton, Bradley i Olsen w swojej, skądinąd niezłej książce, gdy piszą:

Dlaczego wielu [uczonych] będzie trwało przy swojej akceptacji jakiejś wersji ewolucji chemicznej? Z bardzo prostego powodu, ponieważ koncepcja ewolucji chemicznej nie została sfalsyfikowana. Byłoby czymś irracjonalnym przyjmowanie sfalsyfikowanej hipotezy. Przedstawiliśmy jedynie argument, że ewolucja chemiczna jest wysoce niedogodna. Z natury rzeczy jest to wszystko, co można zrobić. W ścisłym technicznym sensie koncepcja ewolucji chemicznej nie może być sfalsyfikowana, ponieważ jest niefalsyfikowalna. Koncepcja ewolucji chemicznej jest spekulatywną rekonstrukcją jednostkowego przeszłego wydarzenia i dlatego nie może być stestowana w oparciu o powtarzalne zjawiska przyrodnicze. [253]

Kreacjonizm rozumiany jako twierdzenie o jednostkowym wydarzeniu z odległej przeszłości rzeczywiście jest niefalsyfikowalny i wówczas Gould ma całkowitą rację mówiąc, że nie może wyobrazić sobie, jakie potencjalne dane mogłyby doprowadzić kreacjonistów do porzucenia ich przekonań. Poglądy takie znajdują się całkowicie poza jakąkolwiek empiryczną kontrolą, jest to metafizyka w najgorszym pozytywistycznym sensie tego słowa. Jak powiedziałem jednak, są to poglądy niereprezentatywne dla kreacjonizmu głównego nurtu (a przynajmniej nie ma żadnej konieczności, by tak kreacjonizm rozumieć).

Pewne koncepcje kreacjonistyczne głoszone przez czołowych kreacjonistów niewątpliwie jednak są niefalsyfikowalne. Niefalsyfikowalny jest kreacjonizm rozumiany jako hipoteza, że niektóre zjawiska materialne mogą posiadać niematerialne przyczyny (zdania egzystencjalne z powodu swojej logicznej formy nie mogą być sfalsyfikowane). [254] Niefalsyfikowalna jest też pewna wersja tzw. teorii dojrzałego stworzenia, którą omówiłem wcześniej. [255]

Niefalsyfikowalna jest także powszechnie przez kreacjonistów przyjmowana teoria schematu (blueprint theory). Teoria ta jest próbą wyjaśnienia spostrzeganego w świecie ożywionym charakterystycznego wzorca podobieństw i różnic, na które powołują się ewolucjoniści argumentując na rzecz swojej teorii. Teoria schematu głosi, że podobieństwa występujące u różnych form życia są rezultatem tego, że projektant użył tego samego schematu, mniej lub bardziej modyfikując go w poszczególnych przypadkach.

Użył On jednego schematu dla planu ciała, ale odmieniał ten plan tak, by wszystkie "rodzaje" były doskonale przystosowane do zajęcia swego miejsca w cudownym świecie, jaki dla nich stworzył. [256]

Bóg, o którym tu mowa, nie posiada zbyt wielkiej mocy twórczej, bo używa starych schematów (albo jest zbyt leniwy, by wymyślać nowe). W umyśle czytelnika powstaje zabawny obraz Boga, który przerzuca stare schematy na biurku, by w końcu znaleźć plan budowy kaczego dzioba dla australijskiego dziobaka. Teoria schematu twierdzi, że Projektant zamierzał stworzyć tak wiele odmian, ile było możliwe. [257] Najwyraźniej jednak Stwórcy ten zamiar się nie powiódł. Formy życia nie zawierają tak wiele odmian, jak to możliwe.

Faktycznie jednym z najbardziej zaskakujących praw anatomii porównawczej jest to, jak rzadko znajdowane są prawdziwe nowe struktury. Możemy wyobrazić sobie anioły i latające konie ze skrzydłami wyrastającymi z ich barków; ale skrzydła u kręgowców są zawsze modyfikacjami przednich kończyn. Kolega Darwina, Milne Edwards, wyraził tę prawdę następująco: "Przyroda jest rozrzutna w różnorodności, ale skąpa w innowacji". Weźmy dowolną większą grupę zwierząt, a ubóstwo wyobraźni, jakie musimy przypisać Stwórcy, stanie się oczywiste. [258]

Teoria schematu jest wewnętrznie sprzeczna, gdyż twierdzi, że Stwórca używał tych samych schematów, a jednocześnie zamierzał stworzyć tak wielką różnorodność, jak to tylko możliwe. Jest ona także nietestowalna. Zezwala, by Stwórca używał schematu wszędzie, zawsze, albo żeby w ogóle go nie używał. Z teorii tej nie płyną żadne jasne przewidywania na temat przyrody, w związku z czym jest ona niefalsyfikowalna.

Nie ma może nic złego w tym, że falsyfikacjonistyczne kryterium naukowości uznaje teorię schematu za nienaukową. Jednak warto zauważyć, że rygorystyczne stosowanie tego kryterium w podobnych przypadkach jak teoria schematu może prowadzić na manowce. Ten sam zagnieżdżony wzorzec podobieństw i niepodobieństw, jakie obserwujemy w świecie ożywionym (o jakim pisał Futuyma w wyżej przytoczonym cytacie), widzimy także w świecie techniki. Podobne relacje łączą na przykład przynajmniej niektóre modele samochodów, pralek, lodówek itp. Ewentualna "kreacjonistyczna teoria" pochodzenia samochodów, która odwoływałaby się do korzystania przez projektanta (projektantów) samochodów z dawnych schematów, byłaby w świetle Popperowskiego kryterium nienaukowa, a naukową byłaby "ewolucjonistyczna teoria" pochodzenia samochodów (poszczególne formy samochodów wyłaniały się same z siebie na mocy pewnego do końca nieznanego mechanizmu), choć ta ostatnia jest jawnie fałszywa, a prawdziwą jest ta pierwsza. Popperowskie kryterium naukowości zmusza do uznania za nienaukową ewidentnie prawdziwą koncepcję na temat obserwowanego świata.

Ponieważ teoria pochodzenia samochodów (czy innych urządzeń technicznych) raczej nie znajduje się w spisie teorii, którymi uczeni się interesują, wydawać by się mogło, że powyższy kłopot można zaniedbać. Jednak ten sam problem (opis nienaukowy może być mimo to prawdziwy) pojawia się i na terenie nauki, także na terenie ewolucjonizmu.

Ewolucjoniści argumentują, że teoria ewolucji wysuwa ryzykowne twierdzenia, jest więc podatna na falsyfikację w wysokim stopniu. Na przykład przeprowadzają klasyfikację poprzez ustalenie pokrewieństwa organizmów żywych zarówno na podstawie danych anatomicznych, jak i na podstawie danych molekularnych, postulując kongruencję (pokrywanie się) obu tych klasyfikacji. Ewolucjoniści twierdzą bowiem, że różnice w anatomii oraz różnice sekwencji molekularnych są wynikiem historii. Gatunki, wywodzące się od tego samego przodka, dziedziczą od niego zarówno pewne cechy anatomiczne, jak i strukturę DNA bądź białek. W ten sposób ewentualna niezgodność klasyfikacji "anatomicznej" i "molekularnej" świadczyłaby przeciw teorii ewolucji. Gdyby tak rzeczywiście było, to ewolucjonizm byłby bardziej falsyfikowalny niż kreacjonizm młodej Ziemi, który dopuszcza zarówno wspomnianą kongruencję, jak i jej brak (według kreacjonizmu młodej Ziemi wszystkie organizmy żywe zostały stworzone w ciągu pierwszego tygodnia istnienia świata i żadne organizmy żywe, pochodzące z odmiennych stworzonych typów czyli baraminów, nie dziedziczą swoich cech czy to anatomicznych, czy molekularnych).

Jednak ewolucjonizm jest immunizowany na ewentualność pojawienia się rozbieżności wspomnianych klasyfikacji. Oto świadczący o tym przykład:

Linneusz, twórca nowożytnej systematyki biologicznej, zaklasyfikował zające i króliki do jednej z rodzin w obrębie rzędu gryzoni (Rodentia). Z czasem zajęczaki (zwane też zającokształtnymi — Lagomorpha) awansowały do rangi podrzędu, a następnie samodzielnego rzędu. Wciąż jednak łączono je z gryzoniami w nadrząd Glires. Obie grupy mają bowiem podobne cechy morfologiczne, z których najbardziej oczywistą jest posiadanie stale rosnących siekaczy (zajęczaki mają w szczęce górnej cztery, a gryzonie — dwa takie zęby) i brak kłów.

Ostatnie, ogłoszone w "Nature" wyniki badań molekularnych wskazują na większe pokrewieństwo zajęczaków do naczelnych niż do gryzoni. Dan Graur z Uniwersytetu w Tel Awiwie i jego współpracownicy z Uniwersytetu Claude'a Barnarda w Lyonie przebadali 91 sekwencji aminokwasów w białkach różnych ssaków. Podobieństwa molekularne wskazują, że zajęczaki są obok latawców (Dermaptera) i wiewióreczników, czyli tupaj (Scandentia) najbliższymi krewniakami ssaków naczelnych (Primates), do których i my należymy. Podobieństwa morfologiczne zajęczaków i gryzoni są, zdaniem izraelsko-francuskiego zespołu badaczy, wynikiem ewolucji równoległej i konwergentnego przystosowania do podobnego trybu życia, a zwłaszcza żerowania. [259]

A więc zgodność bądź niezgodność klasyfikacji organizmów żywych przeprowadzanych na podstawie danych anatomicznych i na podstawie danych molekularnych nie ma praktycznie większego znaczenia dla akceptacji samej teorii ewolucji. Ta ostatnia zgodna jest co prawda nie z każdym możliwym do pomyślenia wynikiem, ale przynajmniej z wieloma takimi wynikami. Jeśli obie klasyfikacje pokrywają się, stanowi to wielki sukces teorii ewolucji, jeśli są niezgodne, również świadczy to o sukcesie teorii ewolucji, gdyż istnieje coś takiego jak "ewolucja równoległa i konwergentne przystosowanie się do podobnego trybu życia".

Przypadek zacytowany nie jest odosobniony:

Nie jest to pierwszy przykład podobnego przetasowania w systematyce postulowanego przez biologów molekularnych. Niedawno zaproponowali oni, na przykład, zmianę poglądów na wzajemne pokrewieństwa gromad stawonogów, sugerując, że bliższe jest pokrewieństwo owadów ze skorupiakami niż wijami, co wydawało się wynikać z danych anatomicznych. [260]

Jak widać, teoria ewolucji dysponuje szeregiem mechanizmów obronnych typu ad hoc, które uodparniają ją na negatywne wyniki obserwacji. Niestety, nie jest to cecha, którą Karl Popper z radością widział w teoriach naukowych. Zdaniem tego metodologa odporność na dane empiryczne, niepodatność na empiryczną falsyfikację, to cecha charakteryzująca pseudonaukę.

Jednak trudno odmówić racji twierdzeniom, że przynajmniej wspomniane wyżej zabiegi immunizacyjne odwołują się do procesów, których realne istnienie w przyrodzie jest postulowane. [261] Ponieważ odwołania takie zmniejszają falsyfikowalność teorii ewolucji, są zabronione w metodologii Poppera. Widać tu, że metodologia ta, eliminując z nauki twierdzenia prawdziwe lub przynajmniej prawdopodobne, posuwa się za daleko. Od metodologii można oczekiwać, by wstępnie eliminowała na przykład koncepcje bezsensowne, ale ocenę prawdziwości lub fałszywości metodolog winien zostawić jednak przyrodnikowi. [262]

 

 

ε) Kreacjoniści nie przewidują nowych faktów [263]

Trudno, co prawda, mówić o przewidywaniu nowych faktów przez teorie kreacjonistyczne, ale równie trudno (bądź niemal równie trudno) o tym mówić w przypadku teorii ewolucjonistycznych. [264] Jest to trudne, ale nie niemożliwe. Kreacjoniści na przykład przewidują — by wykorzystać głośny niedawno temat — że na Marsie nie znajdzie się oznak dawnego bądź aktualnego życia marsjańskiego, co najwyżej może tam być życie pochodzenia ziemskiego (lub jego ślady). [265] Oczywiście, kreacjoniści przewidują też wiele faktów negatywnych: na przykład fiasko prób zsyntetyzowania życia w laboratorium [266] czy trwałość tzw. luk w zapisie kopalnym. [267]

 

 

ζ) Kreacjoniści koncentrują się na krytyce ewolucjonizmu i nie są zdolni do rozwiązywania problemów [268]

Jest to najlepiej ugruntowany zarzut z wymienionych: kreacjoniści większość swojego czasu i energii poświęcają na atakowanie teorii ewolucji, zamiast rozwiązywać problemy naukowe. [269]

(...) kiedy zwrócimy się do literatury kreacjonistycznej, to nie znajdziemy żadnego procesu badania i testowania. Faktycznie prawie cała literatura kreacjonistyczna po prostu składa się z ataków na ewolucjonizm raczej, niż z pozytywnego świadectwa na rzecz kreacji. Dla kreacjonistów każde świadectwo przemawiające przeciw teorii ewolucyjnej najwyraźniej stanowi świadectwo na rzecz stworzenia. Ich stałą taktyką jest przedstawianie jako "naukowe świadectwo na rzecz stworzenia" tego, co jest tylko krytyką istniejących teorii naukowych. [270]

Jednak jeśli rzeczywiście jest tak, że ewolucjonizm i kreacjonizm są jedynymi dwoma rywalizującymi na podstawowym poziomie ujęciami pochodzenia życia i jego różnorodności, jak stwierdza sam autor powyższego cytatu, [271] to każdy atak na rywala stanowi pośredni argument na rzecz własnego stanowiska. [272] Poza tym można wskazać wiele problemów, stanowiących trudność dla teorii ewolucjonistycznych, które — jak twierdzą kreacjoniści — nie są problemem dla kreacjonizmu (i nie jest w tym kontekście ważne, czy mają rację tak twierdząc). [273]

 

 

η) Kreacjonizm wywodzi się z Biblii, a nie z faktów

 

 

 

• Wypowiedzi kreacjonistów i antykreacjonistów na temat roli Biblii w uprawianiu tzw. naukowego kreacjonizmu

Jak wcześniej wspomniałem, [274] niektórzy kreacjoniści twierdzą, iż uprawiając kreacjonizm naukowy nie korzystają z twierdzeń Księgi Rodzaju lub jakiegokolwiek nauczania religijnego. Antykreacjoniści zaś wskazują na oczywisty fakt korzystania z tych twierdzeń:

Kreacjonizm naukowy tym różni się od większości nauk, że nie dochodzi do wniosków ogólnych i budowania modelu świata na podstawie indukcji z faktów empirycznych. Przeciwnie, docelowy model świata jest dany a priori. Chodzi o to, by wykazać, że objawiona historia biblijna jest prawdziwa, a nie, by odkryć jak się rzeczy miały. To nie znalezienie Arki Noego może podsunąć hipotezę o Potopie i ocaleniu części (wszystkich?) zwierząt, lecz odwrotnie: chodzi o udowodnienie, że pary osobników wszystkich gatunków zwierząt, wraz z zapasami pożywienia na rok, mogły się pomieścić w objętości podanej w Księdze Rodzaju. Podobnie nie chodzi o wyliczenie wieku Ziemi lub ustalenie, kiedy pojawiły się na niej poszczególne grupy organizmów, lecz o udowodnienie, że Ziemia (i wszystkie rodzaje żywych stworzeń) została stworzona niedawno, a przed kilkoma tysiącami lat została całkowicie zatopiona wodą. [275]

Ten sam argument, tylko skierowany w przeciwną stronę można znaleźć w pracach kreacjonistów: [276]

Teoria ewolucji jest bardziej dedukcyjną niż indukcyjną. Zarówno Darwin, jak i jego następcy coraz to postulują jakieś "dowody", a nie znajdując ich postulują nowe (brakujące ogniwa, mutacje pozytywne, molekularne ciągi filogenetyczne). To nie jest myślenie indukcyjne, ale dedukcja wychodząca ze z góry przyjętego założenia, że świat nie jest dziełem Stwórcy. [277]

(...) dla mnie nauka o ewolucji nie jest nauką, jeżeli programowo odrzuca możliwość, że jednak Bóg jakąś rolę w powstaniu świata odegrał. [278]

Czy jednak w świetle współczesnej metodologii kompromituje kreacjonistów inspiracja religijna (biblijna) lub ewolucjonistów ich ateistyczna inspiracja (jeśli takową mają)?

 

 

2. Czy Biblia może być źródłem teorii naukowej?

 

 

 

Wstęp

Treść poniższego punktu 2. pochodzi z popularnego opracowania poglądów Poppera [279] na temat "Jak powstają teorie naukowe?". [280] Ponieważ było to popularne opracowanie, należy je uzupełnić kilkoma uwagami.

Po pierwsze, mówiąc o indukcji podaję jedynie przykład jej najprostszej postaci, indukcji przez proste wyliczenie, indukcji enumeracyjnej. Zdaję sobie jednak sprawę, że istnieją bardziej wyrafinowane jej rodzaje, a także że to one przede wszystkim były nadzieją indukcjonistów w ich poszukiwaniu narzędzi dochodzenia (i czasami też uzasadniania) wiedzy naukowej. Przykładem może być indukcja eliminacyjna Johna Stuarta Milla. [281]

Po drugie, kwestionowane jest samo istnienie indukcjonizmu, który byłby stanowiskiem papierowym, raczej wymyślonym przez przeciwników dla skontrastowania własnych poglądów, niż realnym. [282] Jednak wystarczy porozmawiać z kilkoma przyrodnikami, by się przekonać, że indukcjonizm nie został wymyślony przez Poppera i podobnych mu fałszerzy, [283] aczkolwiek zasadne są wątpliwości, czy Popper słusznie przypisuje indukcjonizm logicznym pozytywistom.

W kontekście sporu ewolucjonizm-kreacjonizm bardzo często twierdzi się, że teorie naukowe tworzy się na drodze indukcyjnej. Dla przykładu przyjrzyjmy się kilku wypowiedziom:

teoria ewolucji, jak większość teorii przyrodniczych, powstała w wyniku wnioskowania indukcyjnego. [284]

Teoria (w myśl rozumienia naukowców) jest to szczegółowy opis jakiejś dziedziny czy obszaru wszechświata, powstający na podstawie długotrwałych obserwacji i, jeśli to tylko możliwe, potwierdzony eksperymentami. [285]

(...) metoda naukowa jest bardzo prosta. Uczony dokonuje obserwacji, a z tych obserwacji otrzymuje pewną ideę na temat tego, co się dzieje — konstruuje jakąś hipotezę. Hipotezę tę wówczas się testuje, często przez wymyślenie eksperymentów, czy zobaczyć, czy jest ona prawdziwa. [286]

W nauce fakty to tylko to, co obserwujemy. Prawa opisują wzorce faktów, teorie wyjaśniają te wzorce. (...) W nauce prawa i teorie się rewiduje, gdy stają się znane nowe fakty. [287]

Poglądy indukcjonistyczne występują także u kreacjonistów:

Metodę naukową stosuje się przede wszystkim przez obserwowanie i rejestrowanie pewnych zjawisk przyrodniczych. Wówczas formułuje się uogólnienie (hipotezę naukową) opartą na tych obserwacjach. Z kolei to uogólnienie pozwala na dokonywanie przewidywań. Wtedy testuje się hipotezę przeprowadzając eksperymenty, by określić, czy otrzyma się przewidziany wynik. Jeśli przewidywania okazują się prawdzie, wówczas uważa się hipotezę za zweryfikowaną. Przez stałe potwierdzanie przewidywań hipoteza staje się teorią, a teoria z czasem i po wielu testach stopniowo otrzymuje status prawa. [288]

W procesie poznawczym pojawia się hipoteza, potem staje się teorią, a wreszcie, jeżeli potwierdzają ją fakty, prawem. [289]

Praca naukowa obejmuje obserwację, formułowanie hipotezy, eksperymentalne testowanie przy pomocy powtarzanych obserwacji, przewidywalność, kontrolę itd. [290]

Droga do sukcesu w każdym przedsięwzięciu naukowym jest identyczna. Na początku prowadzi się systematyczne obserwacje, dokonuje się analizy danych uwzględniając panujące trendy, a następnie wykorzystuje się zaobserwowane tendencje do przewidywania przyszłych wydarzeń. [291]

Kreacjonista Paul B. Gosselin cytował z aprobatą następujący indukcjonistyczny opis procedury naukowej:

Pierwszym krokiem jest obserwacja. Zwykle to, co zaobserwowaliśmy, jest wynikiem troskliwie wymyślonego eksperymentu (ale niekoniecznie, gdyż astronomia jest nauką, a z gwiazdami nie można robić żadnych eksperymentów). Gromadzi się pewną liczbę obserwacji i wówczas uczony podejmuje wysiłek zbudowania hipotezy, czyli sugerowanego wyjaśnienia tych lub innych zaobserwowanych faktów. Hipoteza jest więc pewnego rodzaju zgadywaniem: później w tej książce zostaną opisane niektóre hipotezy nauki, aby zobaczyć, jak funkcjonują. W następnym kroku uczony mówi: "Jeśli moja hipoteza jest prawdziwa, kiedy wykonuję taki a taki eksperyment, to powinno się zdarzyć to a to". Ostatnim krokiem jest wykonanie odpowiedniego eksperymentu, aby ujrzeć, czy hipoteza ta ma rację bytu. Jeśli wynik eksperymentu jest odmienny od tego, czego oczekiwaliśmy, hipotezę od razu się odrzuca, jest błędna. Jeśli eksperyment zgadza się, hipotezę próbnie się akceptuje. W miarę wykonywania dalszych eksperymentów, być może przez innych uczonych, hipotezę stale poddaje się sprawdzaniu i jeśli przetrwa ona dużą liczbę eksperymentów i może je wszystkie wyjaśnić, promuje się ją do rangi „teorii”. Teoria jest po prostu dobrze stestowaną hipotezą, ale nie istnieje żadna ostro poprowadzona linia graniczna. Nawet najlepsze z teorii mogą okazać się błędne, bowiem jutro może się pojawić jakiś eksperyment, który bezpośrednio będzie z nią sprzeczny. Uczeni zakładają, że zawsze będą pamiętali o tym delikatnym cieniu wątpliwości, jaki wisi nad wszystkimi ich teoriami, ale w praktyce, jak zobaczymy później, często o tym zapominają. [292]

Przekonanie, że postępowanie naukowe musi mieć charakter indukcyjny, wyraźnie występuje też w następującej opinii Michaela Dentona, ewolucjonisty krytykującego darwinizm:

Niemal nieodparta moc tej analogii została całkowicie podminowana przez błogie założenie, dominujące w kołach biologicznych przez większość ubiegłego stulecia, że hipotezę projektu można wykluczyć na tej podstawie, że pojęcie to jest w zasadniczy sposób metafizycznie apriorycznym pojęciem, a przez to naukowo bezzasadnym. Jest przeciwnie, wniosek do projektu jest czysto aposterioryczną indukcją opartą na bezwzględnie spójnym zastosowaniu logiki analogii. Wniosek taki może mieć implikacje religijne, ale nie opiera się na założeniach religijnych. [293]

Jeśli istnieją wątpliwości, czy istnieją uczeni-indukcjoniści, to porównajmy też wypowiedź niezłego fizyka:

Nie wymyślam hipotez, bowiem cokolwiek nie jest wydedukowane ze zjawisk, nazywa się hipotezą, a hipotezy (...) nie mają miejsca w filozofii eksperymentalnej. W tej filozofii ze zjawisk inferowane są szczegółowe sądy i wtedy uogólniane przez indukcję. Tak zostały odkryte prawa ruchu i grawitacji. [294]

Sam Popper przytoczył opinię innego znakomitego fizyka, Maxa Borna:

Indukcja pozwala nam uogólnić liczne obserwacje w jedną uniwersalną regułę mówiącą, iż po dniu następuje noc, a po nocy — dzień. (...) Podczas gdy życie codzienne nie dysponuje określonym kryterium ważności indukcji (...) nauka wypracowała kodeks czy też obowiązującą w zawodzie regułę jej stosowania. [295]

J.P. Moreland słusznie zauważył, że w przeciwieństwie do dawniejszych uczonych uczeni w dzisiejszych czasach błędnie określają naturę nauki, gdyż jest to zagadnienie filozoficzne, a oni programowo lekceważą filozofię. [296]

Po trzecie, omawiając realizm i instrumentalizm przypisywałem zwolennikom tego ostatniego stanowiska pogląd, że nie istnieją przedmioty teoretyczne, albo inaczej: że terminy teoretyczne nie oznaczają żadnych realnie istniejących przedmiotów lub własności czy zjawisk. Ponieważ we współczesnej filozofii nauki przekonanie o dychotomicznym podziale wszystkich terminów empirycznych na obserwacyjne i teoretyczne zostało skutecznie przezwyciężone, [297] dzisiejsi instrumentaliści wypowiadają bardziej wyrafinowane twierdzenia, niektórzy nawet posuwają się aż tak daleko, że swojego instrumentalizmu nie uzależniają w ogóle od istnienia terminów i zdań obserwacyjnych. [298]

Indukcjonizm

Eksperyment i obserwacja dają wiedzę o konkretnym, jednostkowym wydarzeniu. Wiedza naukowa ma jednak także ogólne charakter. Kiedy Newton formułował prawo grawitacji powszechnej, to nie miał na myśli tylko Ziemi i jabłka, bądź jakiejś innej pary ciał, lecz każdą parę ciał — stąd określenie grawitacji jako "powszechnej". Jeżeli cała wartościowa wiedza pochodzi z doświadczenia, to także z doświadczenia musi pochodzić wiedza ogólna, prawa naukowe i teorie. Jak to jest możliwe, skoro obserwacje i eksperymenty mają charakter jednostkowy?

Najpowszechniejszą odpowiedzią empirystów jest odwołanie się do indukcji, to jest do takiego sposobu rozumowania, w którym z jednostkowych przesłanek dochodzimy do ogólnego wniosku. Na przykład: "ten wróbel jest szary, tamten też jest szary, i jeszcze tamten też, więc wszystkie wróble są szare". W podanym przykładzie z trzech jednostkowych przesłanek otrzymaliśmy ogólny wniosek. Widać, że zawartość informacyjna wniosku jest większa niż przesłanek. Przesłanki mówiły tylko o wskazanych wróblach, natomiast wniosek mówi nie tylko o tych wróblach z przesłanek, ale także i o wszystkich pozostałych, także o tych, których jeszcze nie zaobserwowano, nawet o tych, które dziś jeszcze nie istnieją.

Łatwo zauważyć, że wnioskowanie indukcyjne jest zawodne. Może nas wprowadzić w błąd. Z tego, że wszystkie widziane przez kogoś łabędzie są białe, można indukcyjnie wywnioskować, że wszystkie są białe. Jednak wniosek ten jest fałszywy, w Australii żyją bowiem czarne łabędzie. Indukcyjny wniosek jest tym pewniejszy, im więcej pojedynczych przypadków spotkaliśmy i im bardziej zróżnicowane były warunki obserwacji.

Jak widać, indukcja jest bardzo ciekawym rozumowaniem. Przypomina operacje dokonywane przez magów we wschodnich baśniach — z czegoś mniej otrzymujemy coś więcej. Czy jest to możliwe, jeśli chodzi o naukę? Czy ogólne teorie naukowe mogą rzeczywiście wywodzić się z jednostkowych danych obserwacyjnych i eksperymentalnych? W filozofii nauki trwają ożywione spory, czy pogląd ten jest słuszny.

Na drodze indukcji z mniejszej ilości wiedzy otrzymujemy większą jej ilość, ze znajomości trzech wróbli dochodzimy do wiedzy o wszystkich wróblach. Zwolennicy indukcjonizmu twierdzą, że jest on uzasadniony przez tzw. zasadę indukcji. Głosi ona, że wnioskowania indukcyjne stosowane w nauce są poprawne z punktu widzenia logiki. Zasada indukcji pełni więc rolę "podpory" dla tej "czarodziejskiej" procedury. Można teraz uściślić definicję indukcji i powiedzieć, że ogólny wniosek we wnioskowaniu indukcyjnym wynika z jednostkowych przesłanek w oparciu o dołączoną doń zasadę indukcji.

Nawet jeśli w ten sposób usprawiedliwi się samo wnioskowanie indukcyjne, pojawia się natychmiast wątpliwość, czy sama zasada indukcji jest uzasadniona. Jeśli wyraża ona wiedzę wartościową, to nie może być rezultatem spekulacji rozumowych — byłoby to niezgodne z podstawowymi twierdzeniami empiryzmu — musi zatem, tak jak każda inna wiedza wartościowa, wywodzić się z doświadczenia. Ale zasada indukcji jest twierdzeniem ogólnym: "każde wnioskowanie indukcyjne stosowane w nauce jest poprawne z punktu widzenia logiki". Stanowi ona przecież uzasadnienie dla różnorodnych procedur indukcyjnych. Jako twierdzenie ogólne musi być wyprowadzone z doświadczenia (jednostkowego) również na drodze indukcji. Przy tym wyprowadzaniu musi jednak być użyta zasada indukcji, bo każde wyprowadzanie indukcyjne jest prawomocne dzięki zasadzie indukcji.

Otrzymaliśmy dość dziwny przypadek. Uzasadniamy bowiem zasadę indukcji w oparciu o zasadę indukcji. Gdyby była to ta sama zasada, to uzasadniałaby ona samą siebie. Otrzymalibyśmy błędne koło. Aby tego uniknąć, musimy przyjąć, że mamy do czynienia z dwiema różnymi zasadami indukcji. Można by je ponumerować: zasada indukcji1 i zasada indukcji2 Sytuacja przedstawia się następująco: prawa naukowe wyprowadzamy z doświadczenia na podstawie zasady indukcji1, zasadę indukcji1 wyprowadzamy z doświadczenia na podstawie zasady indukcji2. Ale skąd wiemy, że słuszna jest zasada indukcji2? Można i ją uprawomocnić, ale na podstawie... zasady indukcji3. Widzimy, że w ten sposób dla uzasadnienia zasady indukcji1 wymaga się istnienia nieskończonego ciągu zasad indukcji coraz wyższego rzędu. Nazywa się to regresem do nieskończoności (regressus ad infinitum). Na tej drodze nie da się uprawomocnić zasady indukcji.

 

 

Czy nauka rozwija się indukcyjnie?

Fakt, iż zasada indukcji nie może być logicznie uprawomocniona, nie podważa jednak możliwości formułowania ogólnych teorii naukowych na drodze indukcyjnej. Tyle, że postępowanie takie nie byłoby logicznie prawomocne. Niektórzy filozofowie twierdzą, że ponieważ uczeni rzeczywiście posługują się indukcją, więc zarysowany wyżej problem uzasadniania zasady indukcji jest problemem dla filozofów nauki. To oni, jeśli chcą zrozumieć to, co dzieje się w nauce, powinni problem ten rozwiązać. Nie jest to bowiem problem samych uczonych (fizyków, biologów itp.).

Sami uczeni twierdzą najczęściej, że przy konstruowaniu teorii używają metod indukcyjnych. Bliższa analiza ich pracy nasuwa jednak pewne wątpliwości, czy twierdzenie to jest prawdziwe.

Indukcjoniści twierdzą, że teorie naukowe wywodzą się z obserwacji i eksperymentów. Najpierw uczeni zbierają dostatecznie dużo faktów, a potem uogólniają je do postaci praw naukowych kształtujących teorię naukową.

Można jednak zauważyć, że teorie są bardziej precyzyjne niż obserwacje. Tych ostatnich dokonuje się zawsze z jakąś niedokładnością, z jakimś błędem. Mówi się o tzw. błędach pomiarowych i odpowiednio się je zaznacza. Na przykład długość stołu, przy którym piszę, wynosi 1380,5 cm. Znak „” wskazuje właśnie na wielkość błędu pomiarowego. Znaczy to, że zmierzona wartość może być mniejsza albo większa nawet o 0,5 cm. Techniki pomiarowe są tym lepsze, im mniejszym błędem pomiarowym są obarczone. Jednak zupełne wyeliminowanie tych błędów jest niemożliwe. Zawsze obserwacje lub eksperymenty dostarczać będą wyników niedokładnych, choć w miarę upływu czasu niedokładności te można zmniejszać.

Inaczej jest z przewidywaniami teorii. Jeśli są to teorie fizykalne, które dysponują prawami zapisanymi w formie matematycznej, to ich przewidywania są zawsze dokładniejsze, niż możliwości obserwacyjne. Na przykład z prawa powszechnej grawitacji można obliczyć siłę grawitacji z dowolną dokładnością. Dokładność ta zależy tylko od naszego czasu i zdolności obliczeniowych. Wartość tej siły możemy obliczyć, jak to się mówi, do dowolnego miejsca po przecinku. (W praktyce dokładność wyniku zależy, oczywiście, od precyzji danych obserwacyjnych. Jeśli dane wyjściowe są precyzyjne — tak jest na przykład w zadaniach ćwiczeniowych — to i wynik jest precyzyjny.)

Trudność pojawia się, kiedy uświadomimy sobie tę rozbieżność cech doświadczenia i teorii łącznie z przekonaniem indukcjonistów, że teorie wywodzą się z doświadczenia. Jak to, co bardziej dokładne, może pochodzić z tego, co mniej dokładne? Jak nagromadzenie niedokładnych faktów może dać dokładną teorię? Jak w procesie indukcyjnego uogólniania znika wszechobecny w doświadczeniu błąd pomiarowy? Na pytania te indukcjoniści nie potrafili udzielić odpowiedzi.

Okazuje się również, że także i pod innymi względami teorie i obserwacje radykalnie się różnią. Teorie są bardziej abstrakcyjne. Terminy, których teorie używają do nazywania świata, odnoszą się do rozmaitych przedmiotów lub ich właściwości. Przedmioty te bądź właściwości można łatwiej lub trudniej zaobserwować. Z pewnością konia łatwiej można zauważy, niż muchę, a muchę niż komórkę w organizmie zwierzęcym lub roślinnym. Czasami jednak teorie mówią o przedmiotach, których w ogóle nie można zaobserwować. Terminy odnoszące się (oznaczające) takie przedmioty nazywamy terminami teoretycznymi, a przedmioty bezpośrednio zmysłowo nieobserwowalne, o których mówi teoria, nazywamy przedmiotami teoretycznymi. Do przedmiotów teoretycznych zaliczyć można na przykład z fizyki: elektron, falę elektromagnetyczną (z wyjątkiem fal o pewnych długościach, które zmysłowo odbieramy jako światło lub ciepło), jądro atomowe; z biologii: bioplazmę, gen; z psychologii: strach, superego; z astronomii: wnętrze Słońca, czarną dziurę itd., itd.

Okazuje się, że teorie mówią nam o świecie znacznie więcej niż obserwacje. Mówią nam bowiem także o istnieniu przedmiotów, których nie widać. Niektóre z tych wiadomości dopiero po pewnym czasie można było obserwacyjne potwierdzić. I tak "atom" był terminem teoretycznym, kiedy został zaproponowany. Dziś jednak dysponujemy już zdjęciami atomów. Być może w przyszłości uda się w podobny sposób "zobaczyć" inne dzisiaj teoretyczne przedmioty, np. gen. Niektórych jednak nigdy nie uda się ujrzeć w dosłownym sensie tego słowa. Do takich należą wspomniane wyżej "fale elektromagnetyczne", czy "siły grawitacyjne" albo też "wnętrze Słońca". A jednak na podstawie teorii znamy dość dobrze własności wnętrza Słońca i procesy tam zachodzące. Na ich podstawie możemy przewidywać przyszłość Słońca za miliony, a nawet miliardy lat.

Jeśli teorie mówią znacznie więcej o świecie, niż obserwacje, to jak teorie mogą wywodzić się z tych obserwacji? Jak z wiedzy o tym, co obserwowalne, może powstać wiedza o tym, co nieobserwowalne? I na to pytanie indukcjoniści nie potrafią udzielić odpowiedzi.

 

 

Realizm a instrumentalizm

Ostatnie zdanie należy uzupełnić pewnym zwrotem, aby było ono prawdziwe. Zwrot ten brzmi: "o ile są realistami", albo: "o ile odrzucają instrumentalizm". Poświęcimy teraz trochę uwagi znaczeniu tych zwrotów.

Powiedzieliśmy wyżej, że w teorii naukowej obok terminów odnoszących się do obserwowalnych przedmiotów i ich własności występują terminy teoretyczne oznaczające przedmioty teoretyczne, to jest nieobserwowalne. Większość uczonych uważa, że mimo tej nieobserwowalności przedmioty teoretyczne istnieją równie realnie, w sposób równie rzeczywisty jak kamienie czy krzesła. Taką postawę nazywamy realizmem. Przeciwne zaś stanowisko zwie się instrumentalizmem. Wedle niego przedmiotów teoretycznych naprawdę nie ma. Są one tylko użytecznymi fikcjami. Naprawdę istnieje tylko to, co można zaobserwować.

Jakie jest pochodzenie nazwy "instrumentalizm"? Twierdzenia teoretyczne, a więc takie, które zbudowane są między innymi z terminów teoretycznych, pełnić mają inną rolę w nauce, niż twierdzenia obserwacyjne. Te ostatnie opisują świat, te pierwsze funkcji tej nie mogą pełnić — bo przedmiotów teoretycznych ma nie być. Twierdzenia teoretyczne pozwalają natomiast przewidywać fakty. Na przykład teoretyczne prawo grawitacji powszechnej (teoretyczne, bo zawiera termin teoretyczny "siła grawitacji") pozwala na przykład przewidzieć (korzystając jeszcze z innych twierdzeń), kiedy kamień zrzucony z 10-tego piętra spadnie na ziemię. Zdaniem instrumentalistów nie istnieje nic takiego, jak siła przyciągania kamienia przez Ziemię. Istnieje tylko kamień, Ziemia i spadanie kamienia. Twierdzenie o sile między tymi dwoma ciałami umożliwia tylko przewidywanie (obliczenie) pewnych faktów, które zajdą w przyszłości. Twierdzenia teoretyczne są więc narzędziem, instrumentem przewidywania.

Tylko wtedy, jeśli indukcjoniści są instrumentalistami, mogą się nie kłopotać pytaniem, czy z wiedzy o tym, co obserwowalne, może powstać wiedza o tym, co obserwowalne. Bo też według instrumentalistów wiedzy tego ostatniego rodzaju nie ma. Twierdzenia teoretyczne tylko z pozoru mówią o świecie. Ich rzeczywistą funkcją nie jest opisywanie świata, lecz przewidywanie, czy ogólniej: porządkowanie faktów.

Zarówno wśród uczonych, jak i filozofów nauki, instrumentalizm jest rzadko podzielany. Większość ich przyjmuje realistyczną postawę. Ale wtedy problem zarysowany w poprzednim paragrafie jest nie do rozwiązania. Jeśli wiedza o przedmiotach nieobserwowalnych jest wiedzą rzeczywistą, to jak może wywodzić się z tego, co obserwowalne?

 

 

Zakres teorii i obserwacji

Omówiliśmy dotąd dwie rozbieżności między teoriami i obserwacjami.Wskazaliśmy na zagadki nierozwiązane przez indukcjonistów (i prawdopodobnie w ogóle nierozwiązywalne), a mianowicie jak dokładniejsze i bardziej abstrakcyjne teorie mogą wywodzić się indukcyjnie z mniej dokładnych i mniej abstrakcyjnych obserwacji lub eksperymentów. Obecnie wskażemy następną zagadkę.

Wyniki obserwacji mają jednostkowy charakter, dotyczą tylko tego, co jest obserwowane. Podobnie jest z eksperymentami. Jednak zupełnie inaczej jest z teoriami. Mają charakter uniwersalny. Mówią nie tylko o tym, co faktycznie się obserwuje, ale także o tym, co można będzie zaobserwować (w przyszłości). Teorie przewyższają obserwacje nie tylko w tym, że mówią również o przedmiotach teoretycznych. Także w aspekcie obserwacyjnym mówią one więcej niż wyniki obserwacji. Rozpatrzmy to na przykładzie.

Wspomnianą tu już newtonowską teorię powszechnej grawitacji można zastosować do naszego Układu Słonecznego. Pozwala to przewidywać ruchy ciał niebieskich, na przykład zaćmienia Księżyca czy Słońca, lub najlepszy moment do wysłania sondy kosmicznej na którąś z planet. Otóż teorie Newtona jest tak mocna, że można było ją zastosować także i do innych układów planetarnych (choć dopiero od niedawna wiemy, że takie układy gdzieś w odległych rejonach Wszechświata istnieją). Teorii tej użyć można do każdego możliwego układu planetarnego podobnego do naszego. Słowo "możliwego" wskazuje, iż układ ten nie musi istnieć, a mimo to teoria do niego się stosuje. Można bowiem taki układ słoneczny wymyślić, co się często robi, aby studenci mogli sobie na takim fikcyjnym układzie "potrenować" zdobyte wcześniej wiadomości i metody. Teorie naukowe odnoszą się nie tylko do realnie istniejących układów, ale też do wszystkich, które mogą istnieć, w tym także do tych, które nigdy nie zaistnieją.

Wskazaliśmy tym samym znowu na wielką rozbieżność między teorią i doświadczeniem. Jak to możliwe,aby teorie o tak wielkim zakresie wywodziły się, jak chcą indukcjoniści, z obserwacji i eksperymentów, mających jednostkowy charakter, rejestrujących tylko to, co tu i teraz zachodzi?

Powyższą obiekcję Poppera można zneutralizować tylko wtedy, jeśli przyjmie się, jak chcą arystotelicy różnych odmian (na przykład tomiści) i fenomenologowie, że w akcie obserwacji można dotrzeć do istoty rzeczy obserwowanej, a więc do tego, co ogólne, co wspólne wielu rzeczom tego samego rodzaju. Empiryści jednak możliwość taką odrzucają.

 

 

Logiczna niezasadność i historyczna fałszywość indukcjonizmu

Przekonanie indukcjonistów, że teorie są rezultatem indukcyjnego uogólnienia pewnego zbioru obserwacji, napotyka także na trudności logiczne.

Wspomniane wyżej obserwacje, mające stanowić źródło teorii, to — naturalnie — obserwacje dokonane przed powstaniem owej teorii, czyli obserwacje z przeszłości. Żadna obserwacja z przeszłości nie może być sprzeczna z jakąś możliwą obserwacją przyszłą. Na przykład to, że wczoraj padał deszcz, nie jest sprzeczne z tym, że jutro będzie świecić słońce (albo że nie będzie ono świecić). Jednak teorie naukowe wykluczają bardzo wiele przyszłych obserwacji, są sprzeczne z wieloma możliwymi obserwacjami. Jeśli teorie wywodzą się ze zbioru przeszłych obserwacji, to logicznie rzecz biorąc winny być podobnie jak one niesprzeczne z jakąkolwiek możliwą do pomyślenia przyszłą obserwacją. Ponieważ tak nie jest, ponieważ czasami przyszłe obserwacje potrafią obalić dziś utrzymywane teorie, więc ze względów logicznych należy uznać, że teorie nie wywodzą się ze zbioru przeszłych obserwacji. Stanowisko indukcjonistów jest logicznie niemożliwe do utrzymania.

Powyższy argument Poppera jest, niestety, najsłabszy ze wszystkich, jakie wytoczył on przeciw indukcjonizmowi. W swoim rozumowaniu zakłada on, że teoria dedukcyjnie wynika ze zbioru przeszłych obserwacji. Tylko w takim sensie można powiedzieć, że jeśli jakiś zbiór zdań jest niesprzeczny z innym zbiorem zdań, to również niesprzeczna z tym drugim zbiorem winna być każda konsekwencja logiczna tego pierwszego zbioru. Jeśli indukcjoniści twierdzą, że teorie wynikają z obserwacji, to przecież na pewno nie w sensie, jaki nadaje temu słowu logika dedukcyjna. Wynikanie indukcyjne prowadzić ma przecież do wzrostu informacji, co jest niemożliwe w wynikaniu dedukcyjnym.

Popper natomiast nadaje słowu "wynikanie" sens dedukcyjny, gdyż żadnego innego sensu dziś ono nie ma. Logika indukcyjna, o jakiej mówi Popper, nie istnieje. Dzisiejsi indukcjoniści nie twierdzą już, że logika indukcyjna, jaką budują, umożliwia tworzenie nowych teorii na podstawie obserwacji. Swej logiki używają oni jedynie do przedstawiania sposobów potwierdzania teorii.

Gdyby pogląd indukcjonistów był prawdziwy, to badania historyczne potwierdziłyby go. Niektóre przypadki powstawania teorii naukowych są dość dobrze zbadane i przeanalizowane przez historyków nauki. Tu streszczę wyniki badań jednego takiego przypadku: powstania teorii heliocentrycznej Kopernika.

Jak wiadomo, przez wiele setek lat przyjmowano, że Ziemia jest nieruchomym środkiem świata. Wokół niej poruszać się miało kilka planet: Księżyc, Merkury, Wenus, Słońce, Mars, Jowisz i Saturn, właśnie w takiej kolejności. Więcej planet nie znano. (Dziś Księżyca i Słońca nie uznaje się za planety, wiemy też, że Merkury znajduje się dalej od Ziemi jak Wenus). Za Saturnem znajdować się miała sfera gwiazd stałych, nie poruszających się względem siebie. Ta geocentryczna teoria Ptolemeusza panowała przez 14 stuleci.

Według indukcjonistów nowe teorie są uogólnienie faktów. Można więc przypuszczać, że Kopernik musiał dysponować jakimiś faktami, które są niezgodne z dotychczas utrzymywaną teorią Ptolemeusza i zmuszają do jej odrzucenia. Jakie fakty przemawiają przeciw teorii geocentrycznej?

Najbardziej znanym dziś faktem tego rodzaju jest zjawisko paralaksy rocznej. Jeśli Ziemia porusza się wokół Słońca z prędkością jednego obrotu na rok. to po upływie pół roku powinna znajdować się "po drugiej stronie" Słońca w porównaniu z miejscem, jakie zajmowała sześć miesięcy wcześniej. Jeśli uczeni obserwują gwiazdy w obu tych położeniach Ziemi, to powinni zauważyć przesuwanie się gwiazd bliżej położonych na tle położonych dalej.

Zjawisko to jest analogiczne do występującego w takim oto doświadczeniu: Zamykamy na zmianę to jedno oko, to drugie. Wtedy koniec nosa (albo palec trzymany w odległości kilku centymetrów od oczu) będzie "skakał", będzie się "poruszał" na tle dalej położonych przedmiotów. Efekt ten jest wywołany tym, że raz na nos patrzymy bardziej z lewej, a raz — bardziej z prawej strony. Zupełnie podobnie winno być z bliższymi gwiazdami w czasie rocznej wędrówki Ziemi wokół Słońca. Ponieważ Ziemia nie stoi w miejscu, więc ziemski obserwator raz gwiazdy te widzi bardziej z jednej strony, a po pół roku bardziej z drugiej. W doświadczeniu "z nosem" (lub "z palcem") odległość jednego oka od drugiego to zaledwie parę centymetrów. Im większa jest ta odległość, tym łatwiej zaobserwować ruch paralaktyczny. Trzeba pamiętać, że po upływie pół roku Ziemia jest odległa od poprzedniego położenia o 300 milionów kilometrów (gdyż tyle wynosi podwójna odległość Ziemi od Słońca).

Jest jeszcze kilka innych obserwowalnych efektów rocznego ruchu Ziemi wokół Słońca, ale zjawisko paralaksy jest najbardziej znane, gdyż jest bardzo intuicyjne. Istnieją więc empiryczne powodu odrzucenia teorii geocentrycznej na rzecz heliocentrycznej.

Czy z takich empirycznych powodów zrobił to Kopernik? Okazuje się, że nie. Zjawisko paralaksy zostało zaobserwowane dopiero w 1838 roku (F.W. Bessel), mimo iż poszukiwano go od wielu lat. Potwierdzające roczny ruch Ziemi wokół Słońca zjawisko aberracji światła odkryto wprawdzie wiek wcześniej (1728 — J. Bradley), ale nastąpiło to i tak długo po śmierci Kopernika i dotyczy ono obserwacji teleskopowych, o których w czasach Kopernika nie było jeszcze mowy. Już w XVI wieku, a więc w wieku, w którym ogłoszono dzieło Kopernika, paralaksy poszukiwał najwybitniejszy astronom—obserwator owych czasów, Tycho de Brahe. Dysponował on najlepszym obserwatorium wyposażonym w niezwykle dokładne instrumenty. Mimo wielu obserwacji nie był w stanie zaobserwować zjawiska paralaksy. Uznał tym samym, że obserwacje obaliły teorię Kopernika. Ponieważ żadne gwiazdy nie wykazywały ruchów paralaktycznych, przyjął, iż Ziemia stanowi centrum świata. Wokół Ziemi, tak jak w modelu Ptolemeusza, krążyć miał Księżyc oraz Słońce. Wokół Słońca jednak, jak w modelu Kopernika, krążyć miały pozostałe planety. Układ Tychona de Brahe był więc kompromisowy względem obu dotąd rywalizujących.

Wielki autorytet naukowy Tychona poparty wynikami jego obserwacji w dużym stopniu zahamował akceptację idei kopernikańskich. Idee te zostały zrazu odrzucone w dużym stopniu z pobudek naukowych, a nie wyłącznie pozanaukowych, jak to się przedstawia w popularnych opracowaniach.

Jeśli jednak Kopernik nie dysponował żadnymi faktami przemawiającymi przeciw teorii Ptolemeusza, jeśli nawet po jego śmierci najlepsi ówcześni uczeni faktów takich dostarczyć nie mogli, to jak się stało, że polski astronom doszedł do wniosku o fałszywości rozpowszechnionej przez tyle wieków teorii?

Można podejrzewać, że były to powody — jak byśmy je dzisiaj nazwali — pozanaukowe. Gdyby podejrzenie to było słuszne, to otrzymalibyśmy paradoksalną sytuację: Kopernik z pozanaukowych powodów słusznie odrzucił teorię Ptolemeusza, zaś nie mająca racji opozycja przeciw niemu samemu miała mocne podstawy naukowe, obserwacyjne.

Historycy nauki wskazują, że nasze "podejrzenie" jest trafne. Owe powody to filozoficzne przekonania Kopernika. Przebywając we Włoszech znalazł się on pod wpływem tych myślicieli, którzy zakwestionowali średniowieczny autorytet, Arystotelesa, przyjmując za taki Platona, który był nauczycielem Arystotelesa w starożytnej Grecji. Platon był przekonany, że oprócz świata, w którym istniejemy, istnieje jeszcze doskonały świat rzeczy idealnych, wiecznych, niezmiennych itd. Zarówno w świecie widzialnym, jak i w idealnym istnieje hierarchia — pewne byty są ważniejsze, inne mniej ważne. W jednym ze swoich tekstów Platon mówi, że Słońce, źródło światła, zajmuje takie samo centralne miejsce wśród rzeczy widzialnych, co idea dobra w świecie idei. Skoro tak — rozumował Kopernik — to Słońce, a nie Ziemia, winno znajdować się w środku świata. Środek świata uważano bowiem wtedy za miejsce wyróżnione, doskonałe. [299]

 

 

Rola pozaempirycznych czynników w rozwoju nauki

Z pewnością rozumowania Kopernika nie uznamy za "naukowe" w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. A jednak doprowadziło ono, choć późno, do sukcesu. Okazuje się, że pozanaukowe (czy ściślej mówiąc: pozaempiryczne) czynniki mogą decydująco wpływać na pojawienie się teorii naukowych. Mogą też wpływać na ich odrzucanie bądź przyjmowanie.

Jakie to mogą być czynniki? Może to być filozofia — widzieliśmy to na przykładzie Kopernika. Może to być poszukiwanie w przyrodzie harmonii matematycznej — poszukiwał jej z pomyślnym rezultatem Kepler. Niewątpliwe wpływy ma religia. Uznanie przyrody jako tworu Boga spowodowało uznanie jej za księgę Bożą, którą na równi z Pismem Świętym (albo ostrożniej: obok Pisma Świętego) należy studiować, aby poznać zamiary Stwórcy. Galileusz twierdził, że przyroda jest księgą Bożą napisaną językiem matematyki, a podobne poglądy wypowiadają niektórzy współcześni fizycy. Także piękno i elegancja są cechami, na które często uczeni zwracają uwagę — zdarza się, że przyjmuje się jedną z rywalizujących teorii, bo ma ona bardziej elegancki aparat matematyczny. Uważa się też, że teorie prostsze są lepsze niż teorie bardziej skomplikowane.

Wszystkie te czynniki (a ich listę można by powiększać) mają wyraźnie nieempiryczny charakter. Nie mają nic wspólnego z obserwacją czy eksperymentem. A jednak mają przemożny wpływ na rozwój nauki. Należy przy tym pamiętać, że to, iż jakiś czynnik wywołał kiedyś pozytywny rezultat, nie świadczy, iż tak będzie zawsze. Dziś platonizm Kopernika mógłby cofnąć rozwój nauki (choć większość matematyków nawet dzisiaj głosi platonizm, przyznawał się również doń Heisenberg, znakomity fizyk). Także religia w dziejach nauki pełniła bardzo różne funkcje.

We współczesnej filozofii nauki wiele mówi się na temat roli owych pozaempirycznych czynników rozwoju nauki. Niżej dla przykładu zajmiemy się jednym z nich — prostotą. Napisaliśmy, że uczeni spośród wielu rywalizujących teorii wybierają prostszą. Nasuwa się jednak pytanie, czy nie lepiej wybierać teorii jedynie na podstawie faktów, które ją popierają, albo odrzucać teorie jedynie na podstawie faktów, które są z nią niezgodne?

 

 

Paradoks dopasowywania krzywych

Okazuje się jednak, że same fakty nie wyznaczają jednoznacznie teorii, którą popierają. Można argumentować, że każdy zbiór faktów zgodny jest z nieskończenie wieloma teoriami, popiera nieskończenie wiele teorii. Żeby wybrać spośród nich tę najlepszą, trzeba skorzystać z jakichś pozaempirycznych własności teorii. Spróbuję to wykazać poniżej.

Paradoks dopasowywania krzywych dotyczy teorii ilościowych, to jest takich, których przewidywania mają ilościowy charakter, co znaczy, że przewidywania te można przedstawić przy pomocy liczb. Przypuśćmy, że uczony zebrał kilka faktów dotyczących ciśnienia jakiejś porcji gazy zależnie od jego temperatury (przy stałej objętości) i wartości danych odłożył w postaci punktów w jakimś układzie współrzędnych (jedna oś — temperatura, druga — ciśnienie). Poszukiwana przez niego teoria jest krzywą łączącą te punkty. Teoria-krzywa przewiduje w ten sposób zdobyte fakty, a ściślej mówiąc — jest z nimi zgodna. Ale również zgodna z tymi faktami jest inna krzywa, np. bardziej falista (sinusoidalna), przy czym łatwo zauważyć, że krzywych tych jest bardzo wiele, a ich kształt zależy od fantazji uczonego poszukującego teorii.

Nawet zebranie kilku dalszych faktów nie poprawia tej sytuacji. Fakty te bowiem wykluczą, co prawda, niektóre spośród poprzednio rysowanych krzywych, ale nie wykluczą wszystkich. Zawsze zostanie bardzo wiele (nawet nieskończenie wiele) możliwych krzywych pokrywających się z dostępnymi faktami-punktami. Prawdą jest przecież, że przez każdą skończoną ilość punktów można poprowadzić bardzo wiele krzywych o najróżniejszych kształtach.

Zakładaliśmy, że fakty odkłada się w postaci punktów w jakimś układzie współrzędnych. Ale jeśli przypomnimy sobie, że fakty obarczone są zawsze jakimś błędem pomiarowym, to okaże się, że sytuacja przez nas opisana jest jeszcze bardziej oczywista. Zamiast punktów trzeba bowiem zaznaczać na wspomnianym układzie współrzędnych odcinki. A przecież przez zbiór odcinków, bez względu na to, jak liczny, zawsze można poprowadzić bardzo wiele krzywych, i to o wiele łatwiej, niż przez zbiór punktów.

Jak to się dzieje, że uczeni nie mają w takim przypadku zbyt wielkich problemów? Przecież często zdarza się, że na jakimś układzie współrzędnych odkładają wyniki swoich badań. Rysują wtedy najprostszą krzywą, o najmniej skomplikowanym wyglądzie. Tym samym jednak milcząco zakładają, że im mniej skomplikowana krzywa, tym lepiej.

Można to założenie sformułować inaczej. Uczeni zakładają, że przyroda jest względnie prosta, że nie trzeba się silić na jakieś nadmiernie złożone hipotezy (ontologiczny sens prostoty), albo też uważają, że takich czy innych względów, np. ekonomicznych, należy w nauce preferować hipotezy prostsze (metodologiczny sens prostoty). Dlatego właśnie spośród różnych hipotez wybierają najprostszą. Do bardziej złożonych odwołują się dopiero wtedy, gdy te najprostsze zawodzą. Uczeni często nie zdają sobie sprawy, że w procesie formułowania hipotez nie kierują się jedynie zdobytymi faktami, lecz korzystają także z nieempirycznych założeń dotyczących przyrody jako całości lub natury nauki.

Paradoks dopasowywania krzywej dotyczy jedynie teorii ilościowych. A jak będzie z teoriami jakościowymi, to jest takimi, które orzekają jakieś jakości o badanej rzeczywistości? Do jakości należą takie cechy jak barwa, kształt, smak, zapach itd. Jeśli na przykład zbierze się kilka faktów dotyczących koloru szmaragdów, to czy fakty te również są zgodne z wieloma różnymi hipotezami dotyczącymi barwy tych kamieni?

 

 

Paradoks "grue-bleen"

Okazuje się, że tak, chociaż intuicja podpowiada nam przeciwną odpowiedź. Paradoks ten nosi nazwę "grue-bleen". Nazwa ta pochodzi z dwu słów angielskich — blue (niebieski) i green (zielony) — i powstała przez kontaminację. Słowo "grue" można więc przetłumaczyć jako "ziebieski", a "bleen" jako "nielony".

Przypuśćmy, że kilkakrotnie zaobserwowaliśmy, że szmaragdy są zielone:

"Szmaragd1 jest zielony",

"Szmaragd2 jest zielony",

"Szmaragd3 jest zielony".

Jak te fakty moglibyśmy uogólnić? Pierwsza propozycja, jaka się od razu narzuca, to:

"Wszystkie szmaragdy są zielone".

Jednak nie jest to jedyna możliwość. Zgodna z wyżej stwierdzonymi faktami jest również hipoteza:

"Wszystkie szmaragdy do 1997 roku włącznie są zielone, a potem są niebieskie"

lub w skrócie:

"Wszystkie szmaragdy są ziebieskie",

gdzie "ziebieski" znaczy właśnie "zielony do 1997 roku włącznie, a potem niebieski".

Hipoteza ta brzmi nieco dziwacznie, ale jak się zastanowimy, to wrażenie to zniknie, albo przynajmniej zostanie bardzo zredukowane. Ostatecznie, przecież bardzo często przedmiotu ulegają zmianom. Dotyczy to nie tylko istot żywych. Niektóre atomy po setkach lat ulegają rozpadowi, tworząc atomy innych pierwiastków. Nie można więc wykluczyć, że po jakimś czasie szmaragdy dotąd obserwowane jako zielone, staną się niebieskie.

A co będzie, jeśli poczekamy rok czy dwa i dokonamy dalszych obserwacji:

"Szmaragd4 w 1998 roku jest zielony",

"Szmaragd5 w 1998 roku jest zielony"?

Wtedy, co prawda, hipoteza "Wszystkie szmaragdy są ziebieskie" zostanie odrzucona, ale nadal nie tylko hipoteza "Wszystkie szmaragdy są zielone" będzie zgodna ze wszystkimi pięcioma wyżej wspomnianymi faktami. Będzie z nimi zgodna także na przykład hipoteza:

"Wszystkie szmaragdy są zielone do 1999 roku, a potem są niebieskie"

lub to samo w skrócie:

"Wszystkie szmaragdy są nielone".

Ponieważ we wspomnianych hipotezach występuje data, łatwo zauważyć, że hipotez tego typu może być nieskończenie wiele, przy czym w każdej występowałaby inna data. Wykazaliśmy w ten sposób, że nawet jeśli mamy do czynienia z jakościami, to z każdym zbiorem faktów zgodnych jest nieskończenie wiele hipotez.

Podobnie jak przy omawianiu paradoksu dopasowywania krzywej, tak i tu musimy przyznać, że wniosek ten nie stanowi przeszkody dla działalności uczonych. Bez wahania wybierają oni spośród tych hipotez jedną, najprostszą. [300] A to równoznaczne jest założeniu, że przyroda jest (względnie) prosta.

To powszechne wśród uczonych przekonanie Einstein wyraził w żartobliwym powiedzeniu: "Pan Bóg jest wyrafinowany, ale nie złośliwy". Tajemnice przyrody trudno odkrywać, ale jest to w ogóle możliwe. Świat jest poznawalny.

 

 

• Jak powstają teorie naukowe?

Rozważaliśmy dotąd stanowisko indukcjonistów, według których — jak pamiętamy — teorie naukowe są rezultatem indukcyjnego uogólnienia faktów obserwacyjnych (czy ogólniej: faktów doświadczalnych). Pokazaliśmy, że stanowisko takie jest nie do utrzymania. Teorie są i dokładniejsze, i bardziej abstrakcyjne niż obserwacje, z których miałyby rzekomo się wywodzić. Rozważania logiczne i badania z historii nauki wskazują także, że indukcjonizm należy odrzucić. Przy akceptowaniu teorii istotną rolę odgrywają pozaempiryczne przekonania uczonych, na przykład ich przekonanie o prostocie świata.

Jeśli jednak teorie nie wywodzą się indukcyjnie z doświadczenia, to jakie jest ich źródło? Pewną wskazówką mogą być przyczyny, dla których Kopernik odrzucił teorię geocentryczną. Okazało się, że w tym przypadku źródłem inspiracji była filozofia. Na podstawie tego typu badań pewni filozofowie nauki ryzykują twierdzenie, że teorie naukowe są przekształconymi, zmodyfikowanymi wizjami świata — wizjami, które przed owym przekształceniem miały nienaukowy charakter, na przykład filozoficzny, mitologiczny, religijny czy jeszcze jakiś inny.

Dobrym przykładem złudności indukcjonizmu może być cytowana wyżej wypowiedź Sabatha, że należy postępować od odkrycia Arki Noego do hipotezy o Potopie. [301] Nie można odkryć Arki Noego, jeśli się wcześniej nie ma hipotezy, że jej resztki gdzieś istnieją, a tej hipotezy nie można mieć nie akceptując hipotezy o Potopie. Tak czy inaczej na początku musi istnieć hipoteza o Potopie.

A więc pochodzenie teorii nie jest istotne. Ważne jest tylko, czy spełnia ona rolę, jaką spełniać powinna, tzn. czy jest naukowa i czy jako taka odnosi sukcesy naukowe. Indukcjonizm jest przejawem "arystokratyzmu" w filozofii nauki — istotne jest pochodzenie teorii, tylko teorie pochodzące z doświadczenia mają szlachetny (naukowy) charakter. Teoriom nie legitymującym się takim pochodzeniem odmawia się wartości jeszcze przed ich sprawdzeniem, z góry.

Łatwo zauważyć, że jestem tutaj zwolennikiem "egalitaryzmu". Nieistotne jest pochodzenie teorii, jeśli tylko dzięki niej nasze rozumienie świata uległo zwiększeniu, jeśli dzięki niej powiększyło się nasze opanowanie świata.

Nasuwa się pytanie, kiedy wizja świata zaczyna mieć charakter naukowy? Na czym polega wspomniana wyżej modyfikacja nienaukowej wizji świata? Z pewnością nie każde takie przekształcenie daje pożądany wynik.

Doświadczenie może nie odgrywać większej roli przy powstawaniu teorii, jednak musi być decydującym kryterium przy akceptowaniu jej jako naukowej. Naukowa teoria musi mieć jakiś kontakt z doświadczeniem. Zdania na temat rodzaju tego kontaktu są wśród filozofów nauki podzielone. Jedni mówią, iż chodzi o empiryczną sprawdzalność, inni — że o obalalność. Są też jeszcze inne propozycje. Jest to dość obszerne zagadnienie, zasługujące na odrębne potraktowanie. Tu musi nam wystarczyć stwierdzenie, że aby teoria była naukowa, musi coś orzekać o przyszłym doświadczeniu, musi przewidywać jakieś, te a nie inne, fakty empiryczne. Teorię nie przewidującą takich faktów powszechnie nazywa się metafizyką i odmawia się jej miana naukowości.

_) Kreacjoniści nie prezentują mechanizmu postulowanych przez siebie aktów stwórczych [302]

Zarzut, iż teorie kreacjonistyczne nie prezentują mechanizmu procesu, do którego się odwołują (stworzenia), jest słuszny, ale postawić go można także wobec wielu niewątpliwie naukowych teorii. Mario Bunge wprowadził nawet rozróżnienie między teoriami fenomenologicznymi a teoriami reprezentacjonistycznymi. [303] Pierwszy typ teorii ma charakter instrumentalistyczny. Teorie takie mają nie wnikać „w głąb zjawisk”, a jedynie działać na danych obserwacyjnych. Drugi typ teorii ma z kolei charakter realistyczny. Teorie tego rodzaju nie tylko mają przewidywać zjawiska na podstawie zajścia innych zjawisk, ale także wyjaśniać mechanizm ich zachodzenia.

Czy jednak kreacjonizm można uznać za teorię fenomenologiczną o instrumentalistycznym charakterze?

Wspominałem już wypowiedź kreacjonisty Duane'a T. Gisha, która dała podstawę do wielu ataków: "Nie wiemy, jak Bóg stwarzał, jakich procesów użył, gdyż Bóg użył procesów, które nigdzie obecnie we Wszechświecie nie występują". [304] Jeśli tak, to jak można te procesy badać? A jeśli nie można ich badać, to czy kreacjonizm można uznać za naukę? Znakomity ewolucjonista, Niles Eldredge, uznał w związku z tym, że skoro Stwórca użył "praw już nie istniejących", to kreacjonizm "ostatecznie znajduje się poza zakresem nauki". [305]

Kreacjoniści bronią się dwojako, za każdym razem nieprzekonująco.

Po pierwsze, niektórzy z nich odwracają ostrze zarzutu i twierdzą, że — co prawda — kreacjonizm nie jest teorią naukową, ale to samo odnosi się i do ewolucjonizmu.

Nauka jest wysiłkiem obserwowania, rozumienia i wyjaśniania, jak funkcjonuje Wszechświat i istniejące w nim organizmy żywe. Ponieważ teoria naukowa z definicji musi być testowalna przy pomocy powtarzalnych obserwacji i musi być podatna na falsyfikację, jak gdyby była fałszywa, teoria naukowa może jedynie wyjaśniać procesy i zdarzenia, jakie obecnie występują stale w ramach naszych obserwacji. Teorie na temat historii, chociaż interesujące i często owocne, nie są teoriami naukowymi, nawet chociaż mogą być powiązane z innymi teoriami spełniającymi kryteria teorii naukowej.

Z drugiej strony teoria stworzenia i teoria ewolucji to wysiłki wyjaśnienia pochodzenia Wszechświata i jego mieszkańców. Przy powstaniu Wszechświata, życia czy też dowolnego typu żywego organizmu nie istnieli ludzcy obserwatorzy. Wydarzenia te były niepowtarzalnymi wydarzeniami historycznymi, które zaszły tylko jeden raz. Tak więc nikt nigdy nie widział niczego stwarzanego ani nikt nigdy nie widział, jak ryba ewoluowała w płaza, czy małpa w człowieka. Zmiany, jakie widzimy zachodzące dzisiaj, są jedynie fluktuacjami w populacjach, których wynikiem nie jest ani wzrost złożoności, ani jakaś istotna zmiana. Dlatego ani kreacjonizm, ani ewolucjonizm nie jest teorią naukową. Kreacjonizm i ewolucjonizm są wnioskami, opartymi na świadectwie pośrednim. [306]

Wedle tej koncepcji "ani kreacjonizm, ani ewolucjonizm nie mają charakteru naukowego w sensie demonstracji laboratoryjnej" [307] i są ogólnymi światopoglądami, w ramach których dopiero można uprawiać naukę, [308] a nawet mają charakter religijny. [309] Co więcej, niektórzy kreacjoniści uważają, że opatrywanie słowa "kreacjonizm" przymiotnikiem "naukowy" jest faux pass z ich strony i że można było przewidzieć, iż ewolucjoniści wykorzystają to do wyśmiewania się z kreacjonizmu. [310] Kreacjoniści ci używają, co prawda, terminu "kreacjonizm naukowy", ale rozumieją przez to "traktowanie ważniejszych aspektów przedmiotu pochodzenia jedynie na podstawach naukowych, bez odwoływania się do Biblii czy doktryny religijnej. Postępowanie to ma charakter raczej pozytywny niż negatywny pokazując, że kreacjonistyczny model pochodzenia i historii może korelować fakty naukowe przynajmniej równie efektywnie jak model ewolucyjny." [311] Argumentując, że kreacjonizm i ewolucjonizm nie są teoriami naukowymi, ale mają charakter naukowy, wspomniani kreacjoniści balansują na skraju sprzeczności:

Kreacjonizm i ewolucjonizm są więc teoretycznymi wnioskami na temat historii. Nawet chociaż żadne z tych stanowisk nie kwalifikuje się jako teoria naukowa, to każde posiada charakter naukowy, ponieważ każde usiłuje powiązać i wyjaśnić dane naukowe. Kreacjonizm i ewolucjonizm najlepiej scharakteryzować jako wyjaśniające modele naukowe, używane do powiązania i wyjaśnienia danych dotyczących pochodzenia. Terminy "teoria kreacjonistyczna", "teoria ewolucjonistyczna", "kreacjonizm naukowy" oraz "nauka o ewolucji" są odpowiednie tak długo, dopóki jasne jest, że użycie takich terminów odnosi się raczej do pewnych wniosków na temat historii pochodzenia, które używają danych naukowych, niż do testowalnych teorii naukowych. [312]

Cytowani kreacjoniści najwyraźniej uważają, że naukowe jest tylko to, co jest bezpośrednio testowalne. [313] W tym rozumieniu zdarzenia czy procesy unikalne, które zaszły raz (lub kilka razy) i już się nie powtarzają, nie mogą stanowić przedmiotu badań naukowych. Niektórzy z nich powoływali się przy tym na Poppera:

Czy w ramach powszechnie akceptowanych wymagań dla teorii w nauce można by teorię Charlesa Darwina zakwalifikować jako prawdziwie naukową? Dr Patterson w książce Evolution sądzi, że nie. Napisał on, że "jeśli akceptujemy popperowskie kryterium oddzielające naukę od nienauki, to musimy najpierw postawić pytanie, czy teoria ewolucji drogą doboru naturalnego jest naukowa czy pseudonaukowa (metafizyczna). (...) Pierwsza część tej teorii, tj. twierdzenie, że ewolucja miała miejsce, mówi, iż historia życia jest pojedynczym procesem powstawania i rozwijania gatunków. Ten proces musi być unikalny i niepowtarzalny, tak jak historia Anglii. Ta część teorii jest teorią historyczną, o unikalnych przypadkach, które z definicji nie są częścią nauki, ponieważ są niepowtarzalne i z tego względu nie są testowalne". [314]

Jednak Popper stanowczo sprzeciwiał się takiemu rozumieniu swego falsyfikacjonistycznego kryterium demarkacji:

Niektórzy myślą, że odmówiłem naukowego charakteru takim naukom historycznym, jak paleontologia, historia ewolucji życia na Ziemi; historia literatury, technologii lub nauki. Jest to mistyfikacja i życzę sobie, by odnotowano, że w mojej opinii te i inne nauki historyczne mają charakter naukowy: ich hipotezy mogą w wielu przypadkach być testowane. Niektórzy sądzili, że nauki historyczne są nietestowalne, ponieważ opisują unikalne przypadki. Jednakże opis unikalnych przypadków może być bardzo często testowany przez wyprowadzenie z nich testowalnych predykcji lub retrodykcji. [315]

Kiedy kreacjoniści twierdzą, że

Ewolucjoniści uważają kreacjonizm za nienaukowy, gdyż kreacji nie można zaobserwować, ani zbadać w laboratorium. Krytyka ta jest słuszna. Z samej swojej natury kreacja zaszła podczas specjalnego okresu w przeszłości, a więc nie jest obserwowalna. Jednak, jak wskazaliśmy wyżej, ewolucjonizm może być zasadnie przedmiotem tej samej krytyki. [316]

lub że

Nauka jest wiedzą — dotyczy tego, co można wykazać, zaobserwować i powtórzyć. Ewolucji nie można udowodnić, ani nawet stestować; można w nią jedynie wierzyć. [317]

to ujawniają swój płaski empiryzm i niedocenianie roli elementów teoretycznych w nauce. Testowanie nie musi mieć charakteru bezpośredniego (laboratoryjnego). Zachodzenie dawnych zjawisk czy zdarzeń może być testowane pośrednio, poprzez badanie odległych często skutków tych zjawisk czy zdarzeń. Ten płaski empiryzm jest niekiedy przyczyną, dla której kreacjoniści oskarżają ewolucjonizm o religijny charakter. [318]

Wspominałem wyżej (patrz s. 325), że kreacjoniści reagują dwojako na zarzut, że proces stwarzania jako nieznany jest zarazem nienaukowy. Drugim sposobem oddalenia zarzutu było rozróżnianie dwu typów teorii naukowych: np. nauki operacyjnej i nauki o pochodzeniu, [319] współczesnych teorii naukowych i rekonstrukcji historycznych [320] lub teorii indukcyjnych (nomologicznych) i historycznych. [321] Nauka operacyjna ma traktować o obecnie obserwowalnych, powtarzalnych zjawiskach. Natomiast próby zrekonstruowania jakiegoś zdarzenia, które zaszło w przeszłości ma się nie mieścić w nauce operacyjnej, gdyż samo to zdarzenie nie jest obserwowalne, a świadectwo, z jakim mamy do czynienia, ma pośredni charakter. Zdaniem omawianych kreacjonistów zarówno kreacjonizm jak i ewolucjonizm należą do historycznych rekonstrukcji. Na przykład teoria ewolucji ma być ekstrapolacją obecnych procesów w przeszłość, ekstrapolacją popartą jedynie przez pośrednie dane empiryczne. Wśród rekonstrukcji historycznych wyróżniają szczególną ich klasę, które traktują o pochodzeniu. Korzystając z terminologii kosmologów, którzy mówią o osobliwości w momencie Big Bangu (stan materii charakteryzujący się nieskończonymi wartościami pewnych parametrów, jak ciśnienie, gęstość czy temperatura, co uniemożliwia stosowanie praw fizyki), kreacjoniści dodają kilka innych "osobliwości" — pochodzenie życia i jego różnych form. [322]

Nieprzekonujące jest jednak umieszczenie teorii ewolucji wśród tak rozumianych rekonstrukcji historycznych. Wprawdzie mówi ona także o niepowtarzalnych zdarzeniach (jak powstanie życia czy wyłanianie się rozmaitych jego form), nie znaczy to jednak, że jej twierdzenia są nietestowalne. Są testowalne, tyle że pośrednio i nie w izolacji od innych twierdzeń. [323] Twierdzenia teorii ewolucji można testować badając jej konsekwencje empiryczne dotyczące dla przykładu zapisu kopalnego czy własności aktualnie żyjących roślin i zwierząt (np. sekwencji nukleotydów w DNA). Co więcej, choć w tradycyjnej metodologii nauk wyróżnia się nauki historyczne obok teoretycznych [324] — przy czym nauki historyczne miałyby być zainteresowane głównie znajdowaniem i testowaniem jednostkowych twierdzeń natomiast nauki teoretyczne byłyby głównie zainteresowane znajdowaniem i testowaniem uniwersalnych praw — to wątpliwe jest, czy teoria ewolucji należy do tych pierwszych. Stosuje ona przecież mechanizm doboru naturalnego do wyjaśniania historii życia. Wprawdzie teoria doboru naturalnego wyjaśnia historię życia uwzględniając rozmaite mniej lub bardziej hipotetyczne jednostkowe zdarzenia (np. zderzenie z asteroidem wyjaśnia wyginięcie dinozaurów, co umożliwiło ssakom zajęcie dominującej pozycji), ale jest tak z każdym uniwersalnym prawem. Żadne z nich nie działa w próżni. By wyprowadzić z nich jakieś konkretne przewidywania czy przeprowadzić wyjaśnienia, konieczne są warunki początkowe, a te zawsze mają charakter zdań o jednostkowych wydarzeniach czy stanach rzeczy. Warunki początkowe teorii ewolucji dotyczą zdarzeń, których bezpośrednio nie można zaobserwować, bo zaszły w przeszłości, ale nie stanowi to o jakiejś radykalnej różnicy między teorią ewolucji a — dajmy na to — współczesną fizyką. Ta ostatnia bowiem także czasami postuluje zachodzenie zdarzeń bezpośrednio nieobserwowalnych i to nie tylko zdarzeń, które zaszły w przeszłości. Dla przykładu astrofizyka postuluje zachodzenie pewnych procesów wewnątrz gwiazd, co ze względu na wysokie ciśnienie i temperatury rzędu milionów stopni uniemożliwia ich bezpośrednią obserwację zarówno przez ludzkiego jak i mechanicznego obserwatora.

Teoria ewolucji jest więc nauką teoretyczną (nomologiczną), tyle że zainteresowaną historią życia, postuluje bowiem nieprzerwane działanie doboru naturalnego od chwili pojawienia się życia na Ziemi (dokładniej: od chwili pojawienia się pierwszych replikatorów — struktur, które mogły tworzyć swoje własne kopie). [325] Unikalne wydarzenia, do których się odwołuje, nie eliminują działania doboru, a jedynie modyfikują to działanie, zmieniają kierunek ewolucji itd. Dobór naturalny działałby nawet wówczas, gdyby owe unikalne wydarzenia nie zachodziły, gdyby zachodziły inne. Darwin wyraźnie zdawał sobie z tego sprawę: "Chodziło mi o dwa różne cele: po pierwsze, o wykazanie, że gatunki nie zostały stworzone oddzielnie, i po drugie, że dobór naturalny był głównym czynnikiem zmienności". [326]

Jednak teoria ewolucji stosuje także wyjaśnianie historyczne, czyli takie, w których konkretne dawne wydarzenia tłumaczą pojawienie się dzisiaj obserwowanych skutków i w których prawa nie odgrywają żadnej roli: "Możemy nawet wyjaśnić sobie wzajemne wyodrębnianie się całych gromad (...) przypuszczeniem, że zupełnie wyginęło wiele dawnych form". [327] Przypuszczenia takie dotyczą unikalnych, jednorazowych i niepowtarzalnych dawnych wydarzeń, mających wpływ na to, co się obecnie obserwuje.

Kreacjonizm akceptuje istnienie i funkcjonowanie doboru naturalnego (tyle że ogranicza go do zakresu konkretnych baraminów), jest więc koncepcją nomologiczną w wyżej zarysowanym sensie. Mimo to istotnie różni się od ewolucjonizmu, gdyż na szereg ważnych pytań (dotyczących pochodzenia ważnych grup taksonomicznych i wielu konkretnych cech) odpowiada, oferując nie wyjaśnienia nomologiczne, jak ewolucjonizm, lecz historyczne, postulując specyficzne unikalne zdarzenia, specjalne akty stwórcze. Schematy wyjaśniania proponowane przez kreacjonistów i dotyczące kluczowych momentów historii życia (jego powstania i pojawiania się głównych jego form) nie odwołują się do żadnych praw bądź generalizacji historycznych, mają charakter wyjaśnień genetycznych obywających się bez praw. [328] Kreacjoniści, umieszczający ewolucjonizm i swoją koncepcję w historycznym typie nauki, popełniają błąd nie dostrzegając roli, jaką w obu koncepcjach odgrywa dobór naturalny. To, że zarówno ewolucjoniści, jak i kreacjoniści, zainteresowani są problematyką dawnych wydarzeń, które chcą zrekonstruować, nie znaczy, że uprawiają naukę historyczną. Różnica między obiema koncepcjami (niebagatelna, przyznajmy) dotyczy jedynie odmiennego rozkładu stosowanych wyjaśnień — kreacjoniści w pewnych przypadkach odrzucają ewolucjonistyczne wyjaśnienia nomologiczne i preferują wyjaśnienia historyczne.

Zasadnicza metodologiczna odmienność ewolucjonizmu i kreacjonizmu — z jednej strony nauka o charakterze naturalistycznym (w wyjaśnianiu odwołująca się jedynie do zjawisk i praw przyrody) i reprezentacjonistycznym (przedstawiająca mechanizm zachodzenia opisywanych procesów) oraz nauka o charakterze częściowo nienaturalistycznym (w wyjaśnianiu odwołująca się w pewnych ważnych przypadkach także do świadomych aktów rozumnych istot) i czasami fenomenologicznym (niekiedy nie podająca mechanizmu opisywanych przez siebie procesów) — może być przyczyną tego, że zwolennicy ewolucjonizmu rzadko kiedy podejmują merytoryczną, to jest przedmiotową dyskusję i widząc obcość kreacjonizmu (jego niewspółmierność) z reguły starają się zdyskwalifikować swojego przeciwnika już na gruncie metodologicznym, odmawiając koncepcjom kreacjonistycznym miana naukowości.

c) Zakaz wyjaśnień nienaturalistycznych jest oczywisty lub jest powszechnie przyjętą konwencją

Powody uzasadniające zakaz odwoływania się do Boga lub stwórczej inteligencji i należące do drugiej grupy sprowadzają się do ogólnego zarzutu, że zakaz ten jest oczywisty lub że jest konsekwencją przyjętych konwencji, jak należy uprawiać naukę.

Podejście takie przyjmuje Niles Eldredge: "Jeśli istnieje jedna reguła, jedno kryterium, czyniące jakąś ideę naukową, to jest nim to, że należy odwoływać się do naturalistycznych wyjaśnień zjawisk i wyjaśnienia te muszą być testowalne jedynie w oparciu o nasze pięć zmysłów". [329] "(...) uczeni są ograniczeni do formułowania wszystkich swoich twierdzeń w terminach 'naturalistycznych', po to po prostu, by móc je wówczas testować". [330] "Jest to po prostu sprawa definicji — czym nauka jest i czym nie jest. Na mocy samej definicji naukowy kreacjonizm nie może być nauką." [331] Poglądy takie są szeroko rozpowszechnione.

Żywił je już Darwin: [332]

Niektórzy przyrodnicy "sądzą (...), że wiele szczegółów budowy stworzonych zostało dla piękna, aby zachwycały człowieka lub Stwórcę (ostatni ten wzgląd stoi zresztą poza obrębem naukowej dyskusji) (...). [333]

Przy każdym innym punkcie widzenia niemożliwe do wytłumaczenia byłoby podobieństwo między ręką człowieka i małpy, nogą konia, płetwą foki czy też skrzydłem nietoperza. Twierdzenie, że wszystkie te formy zostały stworzone według tego samego idealnego planu, nie jest wyjaśnieniem naukowym. [334]

Na przykład Stephen J. Gould odnosi się do kreacjonizmu naukowego nie jako do czegoś, co jest faktualnie błędne, ale co jest "wewnętrznie sprzecznym nonsensem". [335] Według Basila Wileya "Nauka musi być tymczasowo ateistyczna albo przestanie być nauką". [336] W opinii laureata nagrody Nobla, Christiana de Duve'a "Panuje obecnie ogólna zgoda, że jeśli życie powstało spontanicznie poprzez procesy naturalne — co jest koniecznym warunkiem, jeśli chcemy pozostać w ramach nauki — to musiało powstać dość szybko, bardziej w tysiącleciach czy stuleciach, może nawet w krótszym okresie, niż w milionach lat". [337] Zdaniem zaś Michaela Ruse'a w kreacjonizmie naukowym "religia jest nam podawana jako nauka". [338]

Poglądy te wyznają także osoby deklarujące się jako wierzące. Według Michała Hellera "co jest poza materialnym światem, jest automatycznie poza zasięgiem empirii, a więc i poza zasięgiem nauk przyrodniczych. (...) Ciągi przyczyn i skutków, racji i następstw układają się w łańcuchy, które — z założenia uczynionego przez wybór tej a nie innej metody badania — muszą w całości znajdować się wewnątrz materialnego świata. [339] Arbitralność tego wyboru podkreśla Raymond Grizzle: "Cała nowożytna nauka, nie tylko biologiczna teoria ewolucji, z definicji wyklucza Boga. (...) Nie ma żadnego kodeksu, który tego wymaga i faktycznie można argumentować, że jest to ograniczenie arbitralne. Ponadto, tak się stało dopiero w ostatnich mniej więcej 100 latach. Mimo tego jest to jedno z ograniczeń prawie powszechnie nałożonych na naukę przez tych, którzy ją uprawiają. Wydaje mi się pożądane i prawdopodobne, że nauka utrzyma to ograniczenie w przewidywalnej przyszłości. (...) Bóg nie może być częścią opisu naukowego. (...) każdy opis, który implikuje stwórcę, prawdopodobnie będzie uznany przez większość uczonych jako niewłaściwy". [340] Nancy Murphy, profesor filozofii w Fuller Seminary, uważa podobnie: "Nauka jako nauka poszukuje naturalistycznych wyjaśnień dla wszystkich przyrodniczych procesów. Chrześcijanie i ateiści w naszej erze w podobny sposób muszą poszukiwać odpowiedzi na pytania naukowe — bez odwoływania się do Stwórcy. (...) Każdy, kto przypisuje cechy organizmów ożywionych inteligencji stwórczej, z definicji wkroczył na teren metafizyki lub teologii. (...) Dobre to czy złe, ale odziedziczyliśmy takie ujęcie nauki, które jest metodologicznie ateistyczne". [341] Karl Giberson twierdzi, że dobry teista uprawiając naukę przyjmuje naturalizm, ateizm i że wśród uczonych istnieje spora nietolerancja wobec hipotezy Boga. [342] On sam, choć przypisuje Bogu jakąś nieznaną i nieokreśloną rolę, faktycznie argumentuje na rzecz ateistycznego ewolucjonizmu. [343]

Aby ocenić cytowane opinie, należy wcześniej bliżej przyjrzeć się postulatowi naturalizmu w naukach przyrodniczych i roli, jaką on odgrywa w teorii ewolucji.

§3. Niewspółmierność ontologiczna

 

A. Twarde jądro ewolucjonizmu

Teoria naukowa nie jest taka sama co do wszystkich szczegółów przez cały okres, kiedy jest akceptowana. Ulega stopniowym zmianom. Przyczyny tych zmian są rozmaite. Najważniejsze z nich dokonują się pod wpływem nowych odkryć empirycznych. Teorie coś przewidują, ale nie zawsze przewidywania te kończą się sukcesem. W wypadku niepowodzenia uczony może, oczywiście, porzucić teorię, ale ze zrozumiałych względów (pozostanie z niczym) robi to w ostateczności. Uczony raczej stara się wówczas w taki czy inny sposób (tu ujawnia się jego pomysłowość) przystosować teorię do znanych faktów empirycznych. Przystosowanie to polega najczęściej na dodaniu nowej lub niewielkim zmodyfikowaniu dotychczasowej tzw. hipotezy pomocniczej, będącej częścią teorii.

Falsyfikowalność teorii wymaga, by wykluczała ona jakieś możliwe zdarzenia, i to im więcej, tym lepiej, by była do pewnego stopnia "sztywna", by się nie dawała łatwo adaptować do rozmaitych możliwych faktów. Teoria absolutnie "sztywna" zostanie bardzo szybko odrzucona po konfrontacji z faktami, teoria absolutnie "miękka" po takiej konfrontacji nie zostanie odrzucona nigdy. Pierwsze niebezpieczeństwo nie istnieje, na szczęście wszystkie teorie są do pewnego stopnia "miękkie". Jednak drugie niebezpieczeństwo jest realne. Historia nauki zna przypadki proponowania absolutnie "miękkich", czyli niepodatnych na empiryczną krytykę teorii.

Jak sprawdzić, co w danej teorii jest "twardym" elementem? Najlepiej testować teorię. Jak wiadomo, teorię testuje się wyprowadzając z niej konsekwencje i porównując je z obserwacjami lub eksperymentami. Żeby teorię poddać testowi, musi ona coś przewidywać.

Co przewiduje teoria ewolucji? [344] Kitcher twierdzi, że niewiele, jeśli coś w ogóle:

Gdybyśmy wiedzieli wystarczająco dużo na temat sposobów, w jakie środowiska będą się zmieniały, gdybyśmy wiedzieli wystarczająco dużo o genetyce organizmów — nie tylko samych naczelnych, ale zwierząt i roślin, z którymi wchodzą we wzajemne oddziaływania — wówczas być może moglibyśmy przewidzieć przyszłą ewolucyjną drogę naczelnych. Ale założenie, że wiemy — albo powinniśmy — wiedzieć wystarczająco dużo, jest wyraźnie absurdalne. (...)

Kiedy [ewolucyjni biologowie] próbują rozwiązać problem, jak jakiś gatunek będzie ewoluował, prawie wszystko jest potencjalnie istotne. Mała środowiskowa zmiana może przenieść falę uderzeniową przez cały ekosystem, nakładając nieprzewidywane wymogi na badany gatunek. Ważne kwestie rozgałęziają się bez końca. [345]

Ta niemożność przewidywania dotyczy przyszłości. Teoria ewolucji nie przewiduje przyszłych losów gatunków, gdyż — jak twierdzi Kitcher — wiemy za mało. Jednak teoria ewolucji przewiduje i to całkiem sporo na temat przeszłości ustalając rozmaite linie filogenetyczne. W astronomii przewidywanie przyszłości (predykcja) praktycznie niczym się nie różni od przewidywania przeszłości (retrodykcji). W biologii najwyraźniej się różni. Dziwaczność tej sytuacji wzmaga się jeszcze bardziej, gdy uświadomimy sobie, że teoria ewolucji nie jest w stanie przewidywać przyszłości, gdyż wiemy za mało o obecnym stanie rzeczy. Jednak o przeszłych epokach, o tym, co było miliony lat temu, wiemy jeszcze mniej i nie przeszkadza to snuć uczonym szczegółowe scenariusze.

Nieodparcie nasuwa się podejrzenie, że większa wiedza paraliżuje ewolucjonistów, natomiast swobodnie i z rozmachem przedstawiają swoje wizje, gdy nie są krępowani posiadanymi faktami, gdy są bardziej oderwani od empirii.

Różnica między przewidywaniem "w przód" i "w tył" polega na tym, że tego, co będzie, kompletnie nie znamy, natomiast to, co było, jest mniej lub bardziej znane. Retrodykcja, w której teoria ewolucji święci takie tryumfy, jest przewidywaniem "po fakcie". Wyjaśnienia, jakich dostarcza teoria ewolucji, to wyjaśnienia "po fakcie". A co warte są wyjaśnienia "po fakcie"? Przyjrzyjmy się wypowiedzi Stephena Goulda:

[Ptaki mogły łatwo stać się dominującymi mięsożercami], ale ssaki ostatecznie zyskały przewagę i nie wiemy, dlaczego. Możemy wymyślać opowiadania o dwu nogach, ptasich mózgach i braku zębów jako czegoś, co z konieczności jest niższe wobec wszystkich czworonożnych i ostrozębnych psowatych, ale wiemy w głębi serca, że gdyby ptaki zwyciężyły, to moglibyśmy opowiedzieć równie dobrą opowieść o ich nieuchronnym sukcesie. [346]

Gould mówi, że jeśli wiemy, co mamy wyjaśnić, to zawsze da się to zrobić. Ewolucjoniści wyjaśniają, dlaczego ssaki zyskały przewagę jako dominujący mięsożercy, ale gdyby przegrały z ssakami, to to też dałoby się wyjaśnić. Mamy tu przykład "miękkości" teorii ewolucji. Teoria ta jest w stanie wyjaśnić równie dobrze przeciwne sytuacje empiryczne.

Może wyzwanie Darwina pozwoli zidentyfikować "twardy" element tej teorii?

Gdyby można było dowieść, że jakikolwiek szczegół organizacji jednego gatunku został wytworzony wyłącznie na korzyść drugiego gatunku, obaliłoby to moją teorię, ponieważ szczegół taki nie mógłby powstać drogą naturalnego doboru. [347]

Wypowiedź Darwina sugeruje, że teoria ewolucji nie może przystosować się do hipotetycznej sytuacji, gdy jakiś gatunek funkcjonuje tak, że jemu samemu to nie przynosi korzyści, natomiast korzysta na tym jakiś inny gatunek. Gdyby znaleziono tak powiązane gatunki, teoria ewolucji upadłaby. Czy rzeczywiście? Otóż, nie. Nie upadłaby. Teoria ewolucji jest w stanie wyjaśnić i taką sytuację. "Jest w stanie" to zwrot zbyt ogólny. Lepiej powiedzieć: bez najmniejszego problemu, z największą łatwością. Przyjrzyjmy się temu, co na ten temat pisze Futuyma:

Jakie losy spotkały wyzwanie Darwina? Nikt jeszcze nie odnalazł przypadku gatunku altruistycznie służącego innemu gatunkowi, bez zysku dla siebie samego. Rozważmy związki między gatunkami, jak zapylenie, w których na pierwszy rzut oka wydaje się istnieć jakiś altruizm. Kwiaty produkują nektar, by zwierzęta pomogły im się rozmnażać. Rośliny, które nie potrzebują zwierząt, jak zapylane przez wiatr sosny i trawy, nie produkują nektaru. Niektóre rośliny zwodzą zwierzęta i zachowują energię, którą by zużyły produkując nektar. Wiele rodzajów kwiatów storczyków na przykład, jest tak ukształtowanych i ubarwionych, aby wyglądać jak muchy lub pszczoły. Zapylenie następuje, kiedy samiec muchy lub pszczoły "myśli", że widzi samicę i przybywa z nią kopulować — z kwiatem. [348]

Słowa te sugerują, że test zaprojektowany przez Darwina teoria ewolucji przeszła pomyślnie ("Nikt jeszcze nie odnalazł przypadku gatunku altruistycznie służącego innemu gatunkowi, bez zysku dla siebie samego"). Przykład, jaki Futuyma dał, dotyczy kwiatów i nektaru. Rośliny kwiatowe nie są altruistami, w zamian za nektar są zapylane. Futuyma nie zna przykładu gatunku funkcjonującego w pełni altruistycznie. Kilka stron dalej okazuje się jednak, że zna, tylko sobie tego nie uświadamia.

[...] spójrzmy na pospolity mniszek, a zobaczymy gatunek przystosowany do swojej przeszłości. Większość gatunków mniszka rozmnaża się płciowo, ma nektar i jasne żółte płatki, które przyciągają owady do krzyżowego zapylania. Ale pewien konkretny gatunek mniszka, jaki rośnie na każdej łące, jest anachronizmem: rozmnaża się całkowicie bezpłciowo i nie musi być zapylany. Jednak on nadal ma nektar i żółte płatki, do których przybywają owady, chociaż nie pełnią żadnej funkcji. [349]

Cztery strony wcześniej Futuyma powiedział, że nie znaleziono przypadku gatunku altruistycznie służącego innemu. Teraz jednak podaje przykład rośliny, która produkuje nektar, z nektaru tego korzystają owady i nie przynosi to żadnej korzyści samej roślinie. Co ciekawe, Futuyma nawet nie zauważył, że zaprzeczył tym samym swojej wcześniejszej kategorycznej wypowiedzi, iż takich roślin nie znaleziono! A dlaczego nie zauważył? Odpowiedź jest prosta, a znajduje się w wyjaśnieniu, jak w ogóle może istnieć roślina, z której funkcjonowania korzysta inny gatunek:

Są to bezużyteczne cechy, pozostałości z płciowej przeszłości tego mniszka. [350]

Okazuje się, że kwiat i nektar mniszka powstały nie dla dobra owadów, ale dobra samego mniszka, tyle że później mniszek przestał z nich korzystać, bo znalazł lepszy sposób rozmnażania się. Teoria się broni zarówno wtedy, gdy nie znajduje się gatunków służących altruistycznie innemu gatunkowi, jak i wtedy, gdy taki gatunek się znajduje. Teoria wyjaśnia obie te przeciwne sytuacje, i to "równie dobrze", żeby użyć słów Goulda. Tak dobrze, w tak oczywisty sposób, że Futuyma nawet nie zauważył tego, że dał kontrprzykład dla twierdzenia Darwina. Test, jaki zaprojektował Darwin, okazał się być testem nie dla teorii ewolucji, ale dla pomysłowości ewolucjonistów. [351] Jak widać, przeszli oni go celująco.

Podobnie celująco przechodzą oni test w innym przypadku, gdy jeden gatunek altruistycznie służy dobru drugiego gatunku. [352] Chodzi o osę Hymenoepimecis, która po zaatakowaniu pająka Plesiometa argyra składa na jego odwłoku jajo. Po chwilowym paraliżu w trakcie ataku przez następne 7-14 dni pająk zachowuje się normalnie, tka pajęczynę, by łapać w nie ofiary. W tym czasie z jaja wykluwa się larwa i rośnie ssąc hemolimfę pająka. W nocy, podczas której larwa zabije (a potem zje) swego gospodarza, pająk zaczyna tkać specjalnie przystosowaną do przyszłego kokonu osy sieć. Sieć ta ma inne własności i kształt niż normalna sieć pająka i autor dokładnie wymienia te nadzwyczajne cechy sieci. Powodują one, że sieć teraz jest bardzo mocną strukturą utrzymującą kokon owada i dobrze chroni przepoczwarzającego się owada przed deszczem i wiatrem. Wszystko, co robi pająk owej fatalnej dla niego nocy, służy wyłącznie dobru innego gatunku, spełnia więc wyzwanie Darwina. Można by przypuszczać, że larwa osy fizycznie wpływa na rodzaj ruchów pająka, zmuszając go do tkania takiej sieci, jaka jest najlepsza dla przyszłego kokonu. Ale tego wyjaśnienia nie da się utrzymać. Gdy usunięto larwę z odwłoka pająka tuż przedtem, zanim zaczął on tkać sieć na potrzeby swojego pasożyta, zachowywał on się tak, jakby nadal pasożytowała na nim larwa osy. Skoro nie fizycznie, to pewnie chemicznie — wnioskował autor artykułu — larwa osy wpływa na swojego gospodarza. Jak nie tak, to inaczej. Pająk zachowuje się altruistycznie, tka sieć przystosowaną wyłącznie do potrzeb przepoczwarzającego się owada — mówiąc słowami Darwina, mnóstwo szczegółów organizacji jednego gatunku zostało wytworzonych wyłącznie na korzyść drugiego gatunku. Eberhard zwraca uwagę, że wiele pasożytów manipuluje zachowaniem swoich gospodarzy, ale większość z nich indukuje tylko proste zmiany, jak ruch z jednego środowiska do innego, zmiana w żywieniu lub zapadanie w sen. To, do czego doprowadza larwa Hymenoepimecis, jest prawdopodobnie najbardziej subtelną i skomplikowaną zmianą zachowania się gospodarza, jaką obserwuje się w przyrodzie. Ale to wszystko da się tak czy inaczej wyjaśnić, fizycznie bądź chemicznie (albo, dodajmy, jeszcze jakoś inaczej). Trudno zresztą przypuszczać, by spełnienie wyzwania Darwina mogło być w tym przypadku podstawą zwątpienia w teorię ewolucji. Jeśli jeszcze teraz nie potrafimy podać dokładnego mechanizmu "kierowania" pająkiem przez larwę osy, to przecież od tego są uczeni, by odpowiedni mechanizm znaleźć i nie ulega wątpliwości, że w końcu jakiś znajdą.

Teoria ewolucji wyjaśnia nie tylko utrzymanie się niepotrzebnych już cech, ale i utratę cech dobrze rozwiniętych. W książce Kitchera znaleźć można wyjaśnienie, dlaczego mamy gorszy węch niż nasi przodkowie:

Jedną ze zdolności, która jest wyraźnie mniej rozwinięta u ludzi niż u naszych ssaczych przodków, jest nasz zmysł węchu. (...) Homo sapiens utracił tę cechę, która była korzystna dla naszych przodków. Jednak nie wzrusza to fundamentów teorii ewolucji. Nietrudno skonstruować scenariusz ewolucyjny, który pokaże, jak mogliśmy utracić ostrość powonienia. Oto jedna z możliwości. W środowisku leśnym wykrycie przedmiotów przy pomocy węchu wydaje się być dużo mniej godne zaufania, niż na otwartych równinach. Dlatego wśród nadrzewnych zwierząt, od których pochodzimy, mogła istnieć selekcja alternatywnej metody rozpoznawania zagrożeń i obietnic istniejących w środowisku. Wzrok stał się naszym dominującym zmysłem. W miarę jak nasi przodkowie doskonalili zdolność osiągania informacji wzrokiem, być może nie uznali za konieczne zużywać środków na rozwijanie wypracowanego systemu węchowego. W ten sposób nasz zmysł powonienia jest mniej ostry, niż był u wczesnych ssaków, od których pochodzimy. [353]

Ponownie mamy przypadek zdolności teorii do wyjaśniania przeciwnych sytuacji: teoria może wyjaśnić utrzymanie się niepotrzebnych cech, jak i utratę nawet dobrze rozwiniętych cech.

Czyżby teoria ewolucji mogła wszystko wyjaśnić, co tylko sobie wyobrazimy? W literaturze przedmiotu można znaleźć parę prób pokazujących, że teoria ta nie jest jednak całkowicie elastyczna. Oto próba Riddiforda-Penny'ego. Ich zdaniem podczas ewolucji słonia nie mogła się na jego grzbiecie pojawić struktura podobna do gniazda ptasiego, w którym mieszkałyby ptaki żywiące się rybami.

Oto organizm, który byłby spójny z kreacjonizmem, ale nie z doborem naturalnym. Byłby to słoń ze złożoną strukturą na grzbiecie, która funkcjonowałaby tylko jako gniazdo dla ptaka odżywiającego się rybami albo jakiegoś innego ptaka, co nie dawałoby żadnego zysku dla słonia. Istnieją niezliczone przykłady tego rodzaju, które byłyby "dobrym projektem", ale są zakazane przez dobór naturalny. [354]

Chytrze pomyślane. Wiadomo, że słonie takiej struktury nie mają. Teraz Riddiford i Penny zaczęli udawać, że utracili charakterystyczną dla ewolucjonistów pomysłowość w znajdowaniu scenariuszy ewolucyjnych. Nawet ktoś, kto zawodowo nie zajmuje się znajdowaniem takich scenariuszy, potrafi wymienić kilka różnych możliwości w "wyjaśnianiu" rzekomo niemożliwej struktury ptasiego gniazda na grzbiecie słonia. Oto kilka przykładów:

1. Był to element ozdobny, zwiększający atrakcyjność słonia dla przeciwnej płci. Teraz już tej funkcji nie pełni i jest wykorzystywany przez ptaki (albo pełni i jest ubocznie wykorzystywany przez ptaki).

2. Ptaki zamieszkujące gniazdo były sojusznikami w odstraszaniu przeciwnika (ćwierkając mu nad uchem albo latając nad nim). Teraz ci przeciwnicy wymarli, a struktura pozostała. [355]

3. Być może struktura ta pierwotnie stanowiła magazyn pożywienia i wody, a dopiero potem została przystosowana na miejsce dla ptaków.

4. Może to był wymiennik ciepła, gdy w czasie ewolucji słonia był cieplej.

5. Może ta struktura pozwalała rozróżniać jednostki własnego gatunku od innych, podobnych, które teraz wymarły.

6. Być może strukturę te zamieszkiwał ptak, który współpracował ze słoniem (np. ostrzegał go przed zagrożeniem z zewnątrz). Pierwotnie była to więc współpraca korzystna dla słonia, ale ptak wymarł i teraz z tej struktury korzysta inny ptak, który już nie współpracuje. [Rozwiązanie analogiczne do tego z mniszkiem pospolitym.] itd. itd.

Próbę Riddiforda-Penny'ego należy uznać za chybioną. Może lepiej się powiedzie Ruse'owi? Ruse twierdzi, że gatunek nie może wyewoluować ponownie, po raz drugi:

(...) inaczej niż lamarckowska ewolucja, darwinowska ewolucja nie może się powtarzać. Dodo odszedł na zawsze. Załóżmy, że znaleźliśmy w zapisie geologicznym cały zbiór kopalnych ssaków sprzed czterech miliardów lat i dalej nic, aż ssaki wracają. Darwinizm byłby fałszywy. [356]

Ruse najwyraźniej jest przekonany, że darwinizm przynajmniej do pewnego stopnia jest teorią "sztywną", że coś wyklucza, że można sobie wyobrazić sytuację niezgodną z tą teorią. Myli się. Inny ewolucjonista, Steven D. Schafersman, daje realny przykład takiej rzekomo niemożliwej sytuacji i pokazuje, że nadzieje Ruse'a są złudne:

(...) ewolucja nie zakłada ani nie wymaga niepowtarzalności, a współczesna teoria ewolucji z pewnością pozwala na nią. (...) faktycznie istnieją udokumentowane przykłady powtarzanej czyli "iterowanej" ewolucji homeomorfów od tych samych i od różnych linii ewolucyjnych. Przypadki te występują na przykład w planktonowych otwornicach; powtórzone homeomorfy uważa się za absolutnie nieodróżnialne, za wyjątkiem położenia w zapisie stratygraficznym (...). [357]

Ruse twierdził, że ten sam gatunek nie może powtórnie wyewoluować. Schafersman zaś uznał, że nie tylko może, ale też, że wyewoluował. [358]

W słynnym Ślepym zegarmistrzu Richarda Dawkinsa również znajdujemy argument, że teoria ewolucji ma falsyfikowalny charakter. Podobnie jak Riddiford i Penny, Dawkins także jako falsyfikującą przedstawia sytuację, o której wie, że nie miała miejsca:

Gdyby w skałach sprzed 500 milionów lat występowała choćby jedna niewątpliwa czaszka ssaka, cała współczesna teoria ewolucji ległaby w gruzach. [359]

Dawkins nie ma jednak racji, że znalezienie czaszki ssaka w skałach sprzed 500 milionów lat obaliłoby teorię ewolucji. A kluczem do zrozumienia tego jest użyte przezeń słowo "niewątpliwa". Czaszka ssaka sprzed 500 milionów lat automatycznie staje się wątpliwa, gdyż jej istnienia nie przewiduje teoria ewolucji. Bo niezgodność z obowiązującą teorią wystarczy, by jakieś odkrycie było wątpliwe. [360] Istnieje całkiem sporo tego typu "znalezisk", [361] a mimo to (i dodam: słusznie) teoria ewolucji nie tylko nie legła w gruzach, ale ewolucjoniści nie mają ani chęci, ani czasu, by szczegółowo rozprawiać się z "rewelacjami" tego typu. Poza tym paleontologowie używają pojęcia out-of-placed fossils — wskutek rozmaitych procesów geologicznych skamieniałości mogą znaleźć się w innej warstwie, niż ta, która odpowiada tej epoce, w której powstały. [362]

Ostatni wreszcie przykład, ale i dotyczący najważniejszej sprawy. Fundamentalne przekonanie ewolucjonistów dotyczy pokrewieństwa wszystkich organizmów. Przekonanie to dotyczy czegoś, co się nazywa drzewem filogenetycznym. [363] Organizmy żywe są ze sobą spokrewnione na poziomie anatomicznym, fizjologicznym i molekularnym. Standardowa literatura ewolucjonistyczna definiuje ewolucję biologiczną jako pochodzenie od wspólnego przodka. Wybitny ewolucjonista, Niles Eldredge, uznał to za główną konsekwencję teorii ewolucji:

(...) głównym przewidywaniem teorii ewolucyjnej jest to, że istnieje pojedynczy zagnieżdżony wzorzec podobieństwa, wiążący wszystkie organizmy. [364]

Jest to wielkie przewidywanie ewolucji: że wzorce podobieństw w świecie organicznym są ułożone jako złożony zbiór chińskich pudełek tkwiących jedno w drugim. (...) Ale nie to jest najważniejsze. Ważniejsze jest, by zobaczyć, że podstawowe pojęcie ewolucji ma fundamentalne konsekwencje, które muszą być prawdziwe, jeśli sama ta idea jest poprawna. Gdyby się nam nie udało znaleźć tego zagnieżdżonego wzorca podobieństw łączących wszystkie formy życia w znanych nam dziedzinach, to bylibyśmy zmuszeni jako uczeni przez reguły tej gry do odrzucenia samego pojęcia ewolucji. Ewolucjonizm przewiduje i dzięki temu jest na wskroś naukowy. [365]

Wzorzec, o jakim mówi Eldredge, tłumaczy, dlaczego na przykład nie mógł pojawić się pegaz, latający koń. Pegaz musiałby wyewoluować z jakiegoś gatunku koniowatych. A wszystkie one miały dwie, nie trzy, pary kończyn. Ewentualni przodkowie pegaza nie dysponują niczym, co mogłoby przekształcić się ewolucyjnie w skrzydła. Dlatego tradycyjna teoria ewolucji wyklucza istnienie pegazów, wyklucza na przykład znalezienie ich skamieniałości w warstwach geologicznych. W tym ujęciu dzieje linii ewolucyjnych rozpoczynają się od wspólnego przodka, od jednego pnia, a następnie rozwijają się w górę i na boki, zajmując coraz więcej miejsca wyrastającymi kolejno konarami, gałęziami, gałązkami i pędami (jednostkami taksonomicznymi). Obraz ten był powszechnie przyjmowany. Na przykład Stephen Jay Gould, który kwestionował ten kształt, zaproponował inny, ale uznał, że "wspólny pień stanowi założenie teorii, a nie wynik przesądów społeczno-kulturowych". [366]

Okazuje się jednak, że w pewnym zakresie faktów idea drzewa życia upada, gdyż w ostatnich latach zaobserwowano coś analogicznego do pegaza, coś co zgodnie z zagnieżdżonym wzorcem podobieństw nie powinno istnieć.

Od późnych lat 1970-tych organizmy żywe klasyfikowano w trzy królestwa — archeaty (albo archebakterie), prawdziwe bakterie i eukarionty, do których należały zwierzęta, rośliny, grzyby i pierwotniaki. [367] Eukarionty miały rozwinąć się z archebakterii. Bakterie i archebakterie są komórkami bezjądrowymi i nazywa się je prokariontami. Wierzono, że wszystkie zmiany w kwasach nukleinowych pochodzą od pojedynczych podstawień nukleotydów oraz niewielkich delecji i insercji w ciągu miliardów lat, dając liniowy ciąg kolejnych pokoleń. Geny miały być przekazywane z pokolenia na pokolenie, a nowe organizmy w procesie specjacji miały powstawać wskutek pojawiania się zmutowanych genów.

Jednak zbadanie sekwencji chromosomalnego DNA u prokariontów i drożdży, które są eukariontami, ujawniły dziwne pokrewieństwa. Na przykład enzymy wiążące aminokwasy w łańcuchy (tworząc przez to białka) wykazują niezgodne wzajemnie wzorce podobieństwa, jeśli chodzi o wspomniane trzy typy komórek, archebakterie, bakterie i eukarionty. Enzymy, które syntetyzują aminokwasy, jak syntetaza izoleucyny, są bardziej podobne między archebakteriami i eukariontami (zgodnie z tradycyjnym drzewem filogenetycznym, gdzie eukarionty wywodzono z archebakterii), ale syntetazy waliny już są bardziej podobne między bakteriami i eukariontami. [368]

Ciekawych wniosków dostarczyło również badanie termofilnej bakterii Aquifex aeolicus. Bakterię tę umieszcza się w różnych miejscach drzewa filogenetycznego, zależnie od tego, które geny się bada. [369] Gen syntezy aminokwasu zwanego tryptofan jest powodem umieszczania Aquifexa wśród archebakterii. Natomiast gen enzymu uczestniczącego w syntezie fragmentów DNA świadczy o tym, by umieścić go poza archebakteriami.

Takie niespójne wyniki dotyczą nie tylko pojedynczych genów, ale także ich grup, czasami setek genów. Wyróżnia się dwie klasy genów — informacyjne oraz operacyjne. [370] Gdy porównano całe genomy dwu bakterii, E. coli i Synechocystis, archebakterii Methanococcus oraz drożdża (czyli eukarionta) Saccharomyces, to okazało się, że eukariotyczne geny operacyjne są bliżej spokrewnione z genami bakterii E. coli, natomiast geny informacyjne są bliższe tym z archebakterii Methanococcus.

Te dziwne wzorce podobieństw i niepodobieństw tłumaczy się rezultatem tzw. horyzontalnego lub poziomego transferu genów, czyli mechanizmu używanego przez mikroorganizmy do pobierania nowych genów ze środowiska, od innych rodzajów organizmów.

Eldredge twierdził, że poziomy transfer jest niemożliwy, ale inny znakomity ewolucjonista uważa, że jest możliwy, tylko że u bakterii i grzybów, a nie u zwierząt:

Debata na temat poziomego transferu nie koncentruje się na wiarygodnych mechanizmach. (...) Sporną sprawą nie jest wiarygodność, ale względna częstość. Poziomy transfer jest sensowny i możliwy do przeprowadzenia, ale jak często się zdarza w przyrodzie? Ta kluczowa kwestia musi być ustalona przez przykład, nie przez teorię. (Często podkreślałem [...], że historia naturalna jest tak twardą nauką, ponieważ większość jej głównych kwestii to debaty na temat względnej częstości, a nie sprawy logiki czy mechanizmu. W naszym ogromnym i różnorodnym świecie sprawy względnej częstości są szczególnie trudne do rozwiązania.) [371]

Gould kwestionował odwoływanie się do mechanizmu poziomego transferu przy wyjaśnianiu istnienia cząsteczki podobnej do hemoglobiny (tzw. leghemoglobiny) u niektórych roślin strączkowych. Twierdził też, że sukces Linneuszowskiej klasyfikacji przemawia przeciwko częstemu występowaniu transferu horyzontalnego. [372] Nie wykluczał jednak tego mechanizmu u bakterii i grzybów, jeśli wymagać tego będzie sytuacja empiryczna.

Idea horyzontalnego transferu pomaga ewolucjonistom zrozumieć przejście od prokariontów do eukariontów, ale nie tylko.

Naprawdę niezwykłym odkryciem badaczy z HGP [Human Genome Project] było zidentyfikowanie w naszym materiale genetycznym 233 genów... bakterii! Co najciekawsze, nie są one wcale pieczołowicie przechowywaną pamiątką po wspólnym prapraprzodku człowieka i mikroorganizmów. Ponieważ nie znaleziono ich w DNA muszki owocowej, nicienia i drożdży, są prawdopodobnie nabytkiem stosunkowo nowym. Szczegółowe analizy porównawcze wykazały, że tajemnicze geny, oprócz bakterii, są obecne tylko w genomach kręgowców. Wydaje się, że znalazły się tam wskutek tzw. poziomego transferu genów — przekazywania DNA między w ogóle niespokrewnionymi gatunkami. Ten proces jeszcze do niedawna uważano za całkowicie niemożliwy. Niesamowity jest fakt, że w ludzkim DNA geny pochodzenia bakteryjnego nie są wcale bezużyteczne. Naukowcy sądzą, że komórki człowieka mogą je wykorzystywać m.in. do obrony przed stresem. [373]

Poziomy transfer genów wykorzystuje się więc nie tylko do wyjaśniania podobieństw mikroorganizmów, ale także wyższych organizmów. Okazuje się, że nawet organów u zwierząt wielokomórkowych. [374]

Oczywiście, horyzontalny transfer genów w takiej skali, jaką się obecnie przyjmuje, unieważnia ideę drzewa filogenetycznego, co znaczy — wbrew cytowanej wypowiedzi Eldredge'a — że idea ta nie należy do trwałego jądra teorii ewolucji. [375] Pod naporem faktów ewolucjoniści są w stanie porzucić tę, jak się poprzednio tylko wydawało, centralną ideę i przyjąć coś, co jeszcze do niedawna uważano za całkowicie niemożliwe. Poziomy transfer genów jest nieźle udokumentowany i nie ma wątpliwości, że ma miejsce w przyrodzie. Bada się różne sposoby wymieniania genów — koniugację, transformację i transdukcję. [376] Jednak myliłby się ten, kto by sądził, że teoretycy poziomego transferu genów odwołują się wyłącznie do czegoś, co jest znane empirycznie:

Niektórzy teoretycy filogenetyki molekularnej — m.in. Mitchell L. Sogin z Marine Biological Laboratory w Woods Hole w Massachusetts i Russell F. Doolittle (...) z University of California w San Diego — odwołali się do poziomego przekazu genów także po to, by wyjaśnić zagadkę długo dręczącą naukowców. Wiele genów eukariotycznych nie przypomina żadnych ze znanych, występujących u bakterii ani archebakterii; wyglądają, jakby pojawiły się znikąd. Dotyczy to na przykład genów kodujących składniki dwóch charakterystycznych elementów komórek eukariotycznych: cytoszkieletu i systemu wewnętrznych błon. Sogin i Doolittle przypuszczają, że te zaskakujące geny trafiły do genomu jądrowego eukariontów na drodze horyzontalnego przekazu od jakiegoś wymarłego już czwartego nadkrólestwa organizmów. [377]

Jeśli wydaje się, że jakieś geny pojawiły się znikąd, to tylko tak się wydaje. Musiały istnieć organizmy, od których te geny zostały "wypożyczone". Ale jakie to organizmy? No, cóż, pewnie wymarły i nie ma po nich żadnego śladu. Ale ewolucjoniści przyznają, że to żaden kłopot, bo nie zgodność z empirią stanowi o wartości hipotezy endosymbiozy:

(...) główna siła argumentu [endosymbiozy] opiera się nie na jego bezpośredniej weryfikowalności (lub falsyfikowalności), ale na jego mocy wyjaśniającej: przedstawił on rozwiązanie dla wielu wielkich taksonomicznych i ewolucyjnych zagadek i dostarczył przynajmniej logicznie wiarygodnego ujęcia pochodzenia komórek eukariotycznych. [378]

Te wielkie zagadki to problemy, jak dopasować ogólny schemat ewolucyjny do zdobywanych danych empirycznych. Jeśli trzeba, to — dajmy na to — przywołuje się mechanizm transferu horyzontalnego, jeśli nie trzeba, to się go odrzuca. Oto teoria ewolucji w działaniu.

Autorzy pewnego podręcznika biologii słusznie pisali o kreacjonizmie: "Spróbujcie wyobrazić sobie obserwację, która obaliłaby ideę boskiego stworzenia. Cokolwiek zaproponujecie, zawsze można argumentować, że jakiś boski czynnik tak stworzył rzeczy, że wyglądają tak, jak wyglądają." [379] Ale o ewolucjonizmie można napisać podobnie: spróbujcie wyobrazić sobie też obserwację, która obaliłaby ideę Darwina. Cokolwiek zaproponujecie, zawsze można argumentować, że mutacje i dobór naturalny tak stworzyły rzeczy, że wyglądają tak, jak wyglądają... [380]

Teoria ewolucji jest niezwykle elastyczną teorią. Dzięki pomysłowości zawodowych ewolucjonistów potrafi dopasować się do niezwykle zróżnicowanego zakresu możliwych faktów. [381] Trudno sobie wyobrazić jakieś fakty, których teoria ta nie byłaby w stanie wyjaśnić. Nie wydaje się, by istniało jakieś empiryczne twarde jądro ewolucjonizmu. Wydaje się, że jedynym twardym jądrem ewolucjonizmu jest nieempiryczny (filozoficzno-metodologiczny) postulat naturalizmu.

 

 

B. Naturalizm

Termin "naturalizm" jest wieloznaczny. Najpierw może on oznaczać stanowisko metodologiczne, wedle którego twierdzenia, kryteria i zasady metodologiczne stosują się nie tylko do nauk przedmiotowych, ale i do samej metodologii, albo inaczej: w metodologii stosuje się te same metody empiryczne, co w nauce. [382] Przeciwieństwem tak rozumianego naturalizmu jest konwencjonalizm metodologiczny.

Naturalizm może być też jednym ze stanowisk w sporze o naturę nauk społecznych. Występuje tam jako przeciwieństwo antynaturalizmu: "Idąc za przyjętym już zwyczajem, nazwiemy naturalistycznym pogląd, według którego wzory nauk przyrodniczych w zakresie zadań i metod poznawczych są stosowalne w poznaniu zjawisk społecznych; antynaturalizmem w pojmowaniu nauk społecznych nazwiemy pogląd przeciwstawny". [383]

Naturalizm w sensie używanym w tej pracy jest doktryną, że w wyjaśnianiu zjawisk nie można wykraczać poza zjawiska i prawa przyrody. Naturalizm metafizyczny głosi to, ponieważ odrzuca istnienie jakichkolwiek przedmiotów lub zdarzeń leżących poza przyrodą. [384] "Naturalizm [metodologiczny] nie utrzymuje, że wszystkie przedmioty są materialne, ale że cokolwiek istnieje, może zadowalająco być wyjaśnione w terminologii przyrodniczej, to znaczy naukowo. Naturalizm [metodologiczny] jest faktycznie proklamacją wszechkompetencji czy najwyższej kompetencji nauki". [385]

Ewolucjonizm ma niewątpliwie charakter naturalistyczny. Niektórzy uważają nawet, że była to istota propozycji Darwina: "duża część konfliktu w czasach Darwina pochodziła z faktu, że istniały w efekcie dwa, a nie jeden, główne systemy poznania historii naturalnej (...) pozytywizm i kreacjonizm. Pozytywista ograniczał poznanie naukowe, które uznawał za jedynie poprawną formę poznania, do praw przyrody i do procesów obejmujących wyłącznie 'drugorzędne' czyli przyrodnicze przyczyny". [386] "Naturalizm był główną przesłanką w myśleniu Darwina, a sukces jego teorii mocno poparł słuszność naturalizmu, pokazując że nadnaturalne ujęcie rzekomego projektu świata było powierzchowne." [387]

Ewolucjonizm niewątpliwie akceptuje metodologiczny naturalizm. Ale czy tylko? Teistyczni ewolucjoniści (czy ogólniej: teiści usiłujący pogodzić współczesną naukę z religią) twierdzą, że naturalizm naukowy ma charakter metodologiczny, nie metafizyczny. [388] Jednak wypowiedzi czołowych ewolucjonistów rzucają poważne wątpliwości, czy pogląd ten jest prawdziwy.

Wbrew pokutującym poglądom, główną "herezją" Darwina nie była jego teoria ewolucji, ale filozoficzny materializm. [389] Ewolucjonizm w pierwszej połowie XIX wieku był szeroko i otwarcie analizowany. Oczywiście, sprzeciwiała mu się większość, ale najwięksi przyrodnicy przyznawali się do niego bądź przynajmniej rozważali jego słuszność. Neal Gillespie wykazał, że Darwin był zwolennikiem pozytywistycznego stylu myślenia. Odrzucał jakiekolwiek pojęcia specjalnego stworzenia, boskiej interwencji lub boskiej teleologii w świecie przyrody. [390] Notatki Darwina ujawniają, że żywił on przekonania, których obawiał się ujawnić: filozoficzny materializm, postulat iż materia jest wszystkim, co istnieje i że wszelkie umysłowe i duchowe zjawiska są jej wytworami ubocznymi. [391] Gould tak pisze na ten temat:

Notatki te dowodzą, że Darwin interesował się filozofią i był świadomy jej implikacji. Wiedział, że jego teoria różniła się od innych doktryn ewolucjonistycznych tym przede wszystkim, że przyjmowała bezkompromisowy materializm filozoficzny. Inni ewolucjoniści mówili o siłach witalnych, kierowanej historii, dążeniu organicznym i o istotnej nieredukowalności umysłu — używali pojęć, jakie tradycyjne chrześcijaństwo mogło zaakceptować jako kompromis, gdyż dopuszczały one, by chrześcijański Bóg działał przez ewolucję zamiast przez stworzenie. Darwin mówił jedynie o przypadkowej zmienności i doborze naturalnym.

W notatkach tych Darwin stanowczo stosował swoją materialistyczną teorię ewolucji do wszystkich zjawisk życia, włączając to, co nazwał "samą twierdzą" — do ludzkiego umysłu. A jeśli umysł nie miał żadnego realnego istnienia poza mózgiem, to czy Bóg mógł być czymś więcej, niż złudzeniem wymyślonym przez złudzenie?... To przekonanie było tak heretyckie, że Darwin opuścił je w O powstawaniu gatunków (1859), gdzie zaryzykował jedynie tajemniczy komentarz, iż "mogłaby ona [książka] rzucić pewne światło na pochodzenie człowieka i jego historię". [392] Ośmielił się przedstawić swoje przekonania dopiero wówczas, gdy nie mógł już ich dłużej utrzymać w ukryciu, w O pochodzeniu człowieka (1871) oraz O wyrazie uczuć u człowieka i zwierząt (1872). (...)

Darwin był rzeczywiście łagodnym rewolucjonistą. Nie tylko opóźnił tak długo swoje dzieło, ale także pilnie unikał wszelkich publicznych wypowiedzi na temat filozoficznych implikacji swojej teorii. [393]

Darwin sam przyznawał, że jego główny cel miał charakter "religijny", dokładniej: antykreacjonistyczny, a cel naukowy (dobór naturalny) był — jak się wydaje — mniej ważny, a przynajmniej Darwin wymieniał go na drugim miejscu:

(...) muszę jednak przyznać, że w pierwszych wydaniach mojego "Powstawania gatunków" prawdopodobnie przeceniłem działanie doboru naturalnego, czyli zasady przeżywania osobników najbardziej przystosowanych. (...) Na moje usprawiedliwienie niech mi wolno będzie wyjaśnić, że chodziło mi o dwa różne cele: po pierwsze, o wykazanie, że gatunki nie zostały stworzone oddzielnie, i po drugie, że dobór naturalny był głównym czynnikiem zmienności, jakkolwiek duże znaczenie miało tu także oddziaływanie dziedzicznych skutków przyzwyczajeń oraz w mniejszym stopniu bezpośrednie oddziaływanie otaczających warunków środowiska. (...) Niejedni z tych, którzy przyjmują zasadę ewolucji, ale odrzucają dobór naturalny, zdają się zapominać, krytykując moje dzieło, iż miałem w nim na widoku dwa wyżej wymienione cele. Jeśli tedy zbłądziłem to nie dlatego że przypisywałem doborowi naturalnemu ogromne znaczenie, lecz, co jest w zasadzie możliwe, przeceniając jego rolę. Mam jednak nadzieję, że przynajmniej pomogłem do odrzucenia dogmatu o oddzielnych aktach stworzenia. [394]

Ponieważ Darwin początkowo ukrywał swoje ateistyczne i materialistyczne poglądy, [395] jego współcześni sądzili co najwyżej, że charakter taki mają jedynie jego teorie, a nie ich twórca. Sądził tak na przykład współczesny Darwinowi Charles Hodge: "Wnioskiem z całej sprawy jest, że zaprzeczenie projektu w przyrodzie jest potencjalnie negacją Boga. Teoria pana Darwina zaprzecza jakiemukolwiek projektowi w przyrodzie; dlatego jego teoria jest potencjalnie ateistyczna — jego teoria, a nie on sam. On wierzy w Stwórcę. Ale jeśli ten Stwórca, miliony milionów wieków temu, uczynił coś — powołał do istnienia materię i zarodek życia — i porzucił wówczas Wszechświat samemu sobie, by był on kontrolowany przez przypadek i konieczność, bez jakiegokolwiek celu czy interwencji bądź kierownictwa, to potencjalnie równa się to Jego nieistnieniu". [396] Hodge stosował tu tzw. argument do projektu, którego nie należy mylić z bardzo popularnym argumentem z projektu. Zdaniem Hodge'a, jeśli Bóg istnieje, to żywe organizmy są rezultatem projektu. Jeśli więc teoria Darwina zaprzecza istnieniu projektu, to zaprzecza tym samym istnieniu Boga. Zdaniem Hodge'a darwinizm jest ateizmem. [397] Ale znany dzieiętnastowieczny teolog, Adam Sedgwick, który od wielu lat znał Darwina, uznał, że to sam Darwin chciał uwolnić nas od Stwórcy. [398]

Poglądy Darwina w tej sprawie podzielają najwybitniejsi ewolucjoniści. Ernst Mayr uważał, że "istnieje naprawdę jedno przekonanie, jakie utrzymują wszyscy prawdziwi darwiniści, a jest nim odrzucenie kreacjonizmu. (...) To była flaga, wokół której się gromadzili i pod którą maszerowali. (...) przekonanie, iż rozbieżność świata przyrodniczego była rezultatem procesów przyrodniczych, a nie dziełem Boga, było ideą, która zgromadziła wszystkich tzw. darwinistów, pomimo występującej wśród nich niezgody co do innych teorii Darwina". [399]

Według George'a Gaylorda Simpsona "Chociaż wiele szczegółów pozostaje do opracowania, to jasne już jest, że wszystkie obiektywne zjawiska historii życia można wyjaśnić czynnikami czysto naturalistycznymi albo — używając właściwego sensu tego czasami nadużywanego słowa — materialistycznymi. Łatwo je wyjaśnić różnicową reprodukcją w populacjach (co jest głównym czynnikiem w nowoczesnej koncepcji doboru naturalnego) i głównie przypadkowym oddziaływaniem znanych procesów dziedziczności. (...) Człowiek jest wynikiem pozbawionego celu przyrodniczego procesu, który nie miał go na myśli." [400]

Znany ewolucjonista, Richard Dawkins, w swoim bestsellerze, Ślepy zegarmistrz, pisze, że Darwin sprawił, iż dziś "ateizm jest w pełni satysfakcjonujący intelektualnie". [401] Dotychczas spostrzeżenie olbrzymiej złożoności organizmów biologicznych skłaniało ludzi do wniosku, że musiał je zaprojektować niezwykle inteligentny Projektant. Ale padamy ofiarą złudzenia. Do wyjaśnienia, dlaczego takie obiekty istnieją, nie jest potrzebna teoria Rozumnego Stwórcy: "Wbrew wszelkim pozorom jedynym zegarmistrzem w przyrodzie są ślepe siły fizyczne (...). Dobór naturalny — odkryty przez Darwina ślepy, bezrozumny i automatyczny proces, o którym wiemy dziś, że stanowi wyjaśnienie zarówno istnienia, jak i pozornej celowości wszystkich form życia — działa bez żadnego zamysłu. Nie ma ani rozumu, ani wyobraźni. Nic nie planuje na przyszłość. Nie tworzy wizji, nie przewiduje, nie widzi. Jeśli w ogóle można o nim powiedzieć, że odgrywa w przyrodzie rolę zegarmistrza — to jest to ślepy zegarmistrz." [402] "Dobór naturalny to ślepy zegarmistrz — ślepy, bo nie patrzy w przód, nie planuje konsekwencji, nie ma celu. A mimo to żywe efekty działania doboru naturalnego sprawiają wrażenie przemyślanego projektu, jak gdyby zaplanował je prawdziwy zegarmistrz". [403]

Nieprzewidywalność, niepowtarzalność, chaotyczność i losowość procesu ewolucyjnego podkreśla w wielu publikacjach czołowy współczesny ewolucjonista, Stephen Jay Gould:

Jesteśmy tutaj, ponieważ pewna osobliwa grupa ryb miała swoistą anatomię płetw, które mogły przekształcić się w nogi organizmów lądowych; ponieważ komety zderzyły się z Ziemią i wygubiły dinozaury, dając tym samym ssakom szansę, jaka inaczej nie byłaby dla nich dostępna (a więc dziękujcie swoim szczęśliwym gwiazdom w dosłownym sensie); ponieważ Ziemia nigdy całkowicie nie zamarzła podczas epoki lodowcowej; ponieważ niewielki gatunek, jaki wyłonił się w Afryce ćwierć miliona lat temu, przetrwał do dzisiaj nie przebierając w środkach. Możemy wzdychać za "szlachetniejszą" odpowiedzią — ale żadna taka odpowiedź nie istnieje. Wyjaśnienie to, choć na pierwszy rzut oka kłopotliwe, jeśli nie straszne, ostatecznie niesie ze sobą uwolnienie i dodaje ducha. [404]

Podobne idee znaleźć można w książce Władysława J.H. Kunickiego-Goldfingera, której tytuł mówi, że człowiek z punktu widzenia teorii ewolucji jest bytem "znikąd donikąd". Jak to się ma do twierdzeń chrześcijaństwa, że Bóg znał imiona zbawionych jeszcze "przed założeniem świata" (nie jesteśmy znikąd) i że "w domu Ojca jest mieszkań wiele" (nie podążamy donikąd)? Przyroda będące "stwórcą" człowieka jest ślepa, co jest wyraźnie niezgodne z jakimkolwiek świadomym i celowym działaniem rozumnego projektanta: "Rozwój ewolucyjny form żywych jest ślepy i nie przebiega wedle żadnego programu"; [405] "Jego [Darwina] teoria doboru naturalnego, działającego przede wszystkim na znikome, sumujące się zmiany, zakłada przypadkowość ewolucji, będącej rezultatem przypadkowych licznych zdarzeń"; [406] "Ewolucja nie ma żadnego programu. Jest ona ślepa, nawet jeśli możliwe jest wyśledzenie jakiegoś kierunku procesu ewolucyjnego. Kierunek ewolucji, jeśli istnieje, wynika bowiem nie z programu, lecz z sumowania losowych ograniczeń dotyczących realizacji każdego kolejnego ewolucyjnego etapu"; [407] "Ewolucja jest owocem przypadkowych dziedzicznych, znikomych co do natężenia zmian oraz naturalnej selekcji, w sposób naturalny i też przypadkowy ustalającej pewne prawdopodobieństwo doskonalenia wciąż nowych form. Proces ten jest z konieczności bardzo powolny, będąc kumulacją przypadkowych zmian, jakie niekiedy — także przez przypadek — mogą się okazywać korzystne"; [408] "Ssaki, których przedstawicielem nas najbardziej interesującym jest człowiek, pojawiły się jako wynik serii przypadków bardzo późno w ewolucji. Nic nie przemawia za tym, by była jakakolwiek konieczność ich pojawienia się. Gdyby seria przypadków prowadząca do ich powstania, nie zdarzyła się, pewno nie byłoby ich na Ziemi"; [409] "Los zdarzył, że Wszechświat ma takie, a nie inne właściwości (...). Losowi też zawdzięczamy, że na tej planecie od blisko 4 miliardów lat panują warunki umożliwiające powstanie i ewolucję życia." [410]

Jacques Monod uważał, że "Tylko przypadek leży u źródła każdej zmiany wszystkich istot żyjących w biosferze. Czysty przypadek, zupełnie wolny, lecz ślepy". [411] "Zimna i surowa, nie proponująca żadnego wyjaśnienia, ale narzucająca ascetyczne wyrzeczenie się wszelkiej innej duchowej strawy, idea ta nie usunęła trwogi, ale pogorszyła sytuację. Za jednym posunięciem chciała usunąć tradycję stu tysięcy lat, która wtopiła się w ludzką naturę. Stanowiła koniec dla starożytnego animistycznego przymierza między człowiekiem i przyrodą, nie pozostawiając niczego na miejscu tego cennego związku, jak tylko trwożliwe poszukiwanie w zamrożonym wszechświecie samotności. Bez żadnego poparcia, jedynie z pewną purytańską arogancją, jak taka idea mogła zdobyć akceptację? Nie zdobyła jej w przeszłości, ani obecnie. Wymusiła ona jednak uznanie; ale tylko z powodu swoich kolosalnych osiągnięć. (...) jak początkowy 'wybór' w biologicznej ewolucji gatunku może być wiążący na całą jego przyszłość, tak wybór praktyki naukowej, nieświadomy wybór na początku, uruchomił ewolucję kultury na jednokierunkowej drodze; na trasie, którą dziewiętnastowieczny scjentyzm uważał za prowadzącą wzwyż do empirejskiego szczytu dla rodzaju ludzkiego, podczas gdy my widzimy przed sobą otwierającą się otchłań ciemności." [412] I wreszcie konkluzja: (człowiek) "jest samotny w nieczułym ogromie Wszechświata, z którego się przypadkowo wyłonił (...)." [413]

Również Steven D. Schafersman zwracał uwagę, że historia ewolucyjna człowieka przepełniona jest strachem przed wrogim wszechświatem, brakiem sensu i oczekiwaniem śmierci. [414] Kilkadziesiąt lat wcześniej, bo w 1923 roku, Bertrand Russell uważał, że prawdy takie jak to, że "człowiek jest wynikiem przypadków, z którymi nie wiąże się żadna wizja końca; że jego pochodzenie, rozwój, nadzieje i obawy, jego uczucia i wierzenia są tylko wynikiem przypadkowych zderzeń atomów", są źródłem nieustającej rozpaczy. [415] Zdaniem Asimova "wizje świata, jakie prezentuje [nauka], są przerażające — obezwładniająco ogromny wszechświat powstały przez przypadek, bez żadnej znanej ludziom przyczyny, pusty i porzucony, niepojęty i powodujący zamęt myśli." [416]

William B. Provine (profesor biologii na Cornell University): "Kiedy Darwin wydedukował teorię doboru naturalnego do wyjaśnienia adaptacji, w których poprzednio widział dzieło rąk Bożych, to wiedział, że popełnia kulturowe morderstwo. Od razu zrozumiał, że jeśli dobór naturalny wyjaśnił adaptacje i ewolucja przez dziedziczenie jest prawdziwa, to argument z projektu jest martwy i wszystko, co się z nim wiąże, mianowicie istnienie osobowego Boga, wolna wola, życie po śmierci, niezmienne prawa moralne i ostateczny sens życia. Bezpośrednie reakcje na książkę Darwina O powstawaniu gatunków ujawniają, oprócz przychylnych odpowiedzi od względnie niewielu uczonych, zrozumiały lęk i odrazę, które nigdy nie znikły w zachodniej kulturze". [417] "Jeśli naprawdę akceptujesz ewolucję poprzez dobór naturalny, mówi Provine, wkrótce zetkniesz się twarzą w twarz ze zbiorem implikacji, które podminowują fundamentalne założenia zachodniej cywilizacji:

1. Nie istnieją bogowie ani siły celowe w przyrodzie.

2. Nie istnieją wewnętrzne moralne lub etyczne prawa, kierujące ludzkim społeczeństwem.

3. Ludzkie istoty są złożonymi maszynami, które stają się istotami etycznymi poprzez dziedziczenie i wpływy środowiska, przy czym środowisko odgrywa nieco mniejszą rolę, niż to się powszechnie przypuszcza.

4. Nie istnieje wolna wola w tradycyjnym sensie zdolności do dokonywania nieprzewidywalnych wyborów.

5. Kiedy umieramy, to umieramy — ostatecznie, całkowicie i na zawsze. [418]

Zdaniem Provine'a nowoczesna nauka prowadzi bezpośrednio do ateizmu, tylko z praktycznych względów nie należy o tym zbyt głośno mówić: "Zastanówmy się nad następującą fantazją: Narodowa Akademia Nauk publikuje swoje stanowisko w sprawie nauki i religii stwierdzające, że nowoczesna nauka prowadzi bezpośrednio do ateizmu. Co by się stało z jej funduszami?" [419]

Douglas Futuyma jest świadomy tego, że "Niektórzy wzdragają się przed wnioskiem, że gatunek ludzki nie został zaprojektowany, nie ma żadnego celu i jest wytworem jedynie mechanicznych mechanizmów — ale to właśnie wydaje się być przesłaniem ewolucjonizmu". [420] Jego zdaniem "Stwierdzenie, że gatunek ludzki nie został zaprojektowany, nie ma żadnego celu i jest wytworem jedynie mechanicznych mechanizmów, jest odpychający — ale takie wydaje się być przesłanie ewolucji." [421] Podobnie uważa John C. Avise: "Nasze współczesne zrozumienie procesu ewolucji wskazuje na to (...), że ostateczny sens życia nie istnieje". [422]

W 27-stronicowej broszurze, jaką Narodowa Akademia Nauk USA wydała przeciwko kreacjonistom, znaleźć można bardzo wyraźnie stwierdzony naturalistyczny charakter nauki:

(...) celem nauki jest odkrywanie naturalistycznych wyjaśnień dla zjawisk — a pochodzenie życia, Ziemi i Wszechświata są dla uczonych takimi zjawiskami — w ramach praw i zasad przyrodniczych oraz operacyjnej reguły testowalności. [423]

Że ten naturalizm jest materializmem, stwierdza explicite obszerne wprowadzenie do ewolucjonizmu: "Ewolucjonizm znacznie rozszerza zasięg materializmu, zasięg z którym ludzie nadal się zmagają". [424] A zmagają się, bo nie chcą uznać, że są organizmami jedynie materialnymi. "Nauka zakłada, że wszystko ma materialne wyjaśnienie. Założenie to było tak pomyślne, że obecnie jest często uważane za rezultat. Ewolucjonizm i biologia molekularna rozszerzają zakres materialistycznych wyjaśnień na wszystkie biologiczne byty. Dopóki to, co wyjaśniano, nie obejmowało ludzi, implikacje materializmu nie były kontrowersyjne, ale przynajmniej od opublikowania Darwina O powstawaniu gatunków w 1859 roku ludzie działający w nauce i poza nią zmagają się z materialistycznymi wyjaśnieniami rodzaju ludzkiego". [425]

Bardzo wyraźnie ateistyczne wnioski z darwinizmu wyprowadza filozof Daniel C. Dennett. [426] Jego zdaniem Darwinowi należy się nagroda za najlepszą ideę, jaką kiedykolwiek zaproponowano, przed Newtonem, Einsteinem i każdym innym. [427] Osiągnięcie Darwina to dużo więcej niż teoria naukowa. Teoria Darwina przypomina kwas uniwersalny, kwas który rozpuszcza wszystko. Kiedy bowiem naprawdę zrozumie się tę teorię, rozpuści ona prędzej czy później wszystkie dotychczasowe poglądy na nasz temat. Na przykład jeśli chodzi o moralność, to chrześcijanie uważają, że przykazania pochodzą od Boga-Stwórcy. Ale po przyjęciu teorii Darwina musimy uznać, że zachowanie moralne jest tworem doboru naturalnego, który jest ślepym i bezcelowym procesem. Podobnemu rozpuszczeniu ulegnie sama idea Boga:

Dobrotliwy Bóg, który z miłością ukształtował każdego z nas (wszystkie stworzenia wielkie i małe) oraz skropił niebiosa świecącymi dla naszej przyjemności gwiazdami — ten Bóg, podobnie jak Święty Mikołaj, jest mitem z dzieciństwa, czymś, w co zdrowy psychicznie i pozbawiony złudzeń dorosły nie może wierzyć w dosłownym sensie. Ten Bóg musi albo przekształcić się w jakiś symbol czegoś mniej konkretnego, albo należy go całkowicie porzucić. [428]

Zdaniem Dennetta teistyczny ewolucjonizm polega na głębokim nieporozumieniu, a w przyszłości religia przetrwa jedynie w "kulturowym zoo". [429]

Złudna jest nadzieja niektórych teistycznych ewolucjonistów, że proces ewolucji można jakoś wiązać z ideą kierowania go przez jakąś istotę nadprzyrodzoną. [430] Koryfeusze ewolucjonizmu na pewno nie mówią o takiej ewolucji. Mayr: "Należy wyrzucić z nauki kosmiczną teleologię. (...) Nie myślę, by istniał choć jeden współczesny uczony, który by nadal w nią wierzył". [431] John Maddox, redaktor Nature, wyraźnie nadzieje te rozwiewa: "Nauka jako swoją ogólną hipotezę roboczą przyjmuje, iż wszelkie układy (w fizyce i biologii) zawierają składniki i siły swojej własnej ewolucji". [432] Podobnie Darlington: "Olbrzymią tajemnicą ewolucjonistyczną jest, jak materia powstała i ewoluowała, dlaczego ma ona obecną postać we Wszechświecie i na Ziemi, oraz dlaczego może formować się do postaci złożonych i ożywionych zbiorów cząsteczek. Zdolność ta tkwi wewnątrz materii, jak wiemy, w jej organizacji i energii. Podstawowym uogólnieniem ewolucyjnym jest to, że żaden zewnętrzny czynnik nie nałożył życia na materię. Materia przyjmuje formy takie, jakie przyjmuje, ponieważ posiada wewnętrzną zdolność do tego. (...) Jednym z najokazalszych i tajemniczych faktów, dotyczących naszego Wszechświata, jest to, że istnieje w nim taka materia, która ma zdolność kształtowania siebie do postaci najbardziej złożonych wzorców życia. Nie chcę przez to sugerować istnienia siły witalnej, entelechii czy uniwersalnej inteligencji, ale tylko stwierdzam pewien atrybut materii, reprezentowanej przez znane nam atomy i cząsteczki (...). Nie rozwiązuje się tej tajemnicy wymyślając mistyczne wyjaśnienia przy użyciu naszych niedoskonałych mózgów". [433] Istotnym znaczeniem używanego przez uczonych słowa "ewolucja" jest to, że jest to proces nieukierunkowany, pozbawiony celu. [434] Skoro spontaniczne powstanie życia jest mało prawdopodobne, i skoro Bóg nie działa w przyrodzie, to może dlatego A.R. Peacocke "argumentował (...), iż Bóg mógł (...) stworzyć nieskończenie wiele wszechświatów, ufając, że przynajmniej niektóre (...) będą zawierały życie tylko przez przypadek"? [435]

C. Ewolucjonizm panteistyczny

Niektórzy ewolucjoniści łączą swoje ewolucjonistyczne przekonania z panteizmem. Najczęściej połączenie to występuje w postaci popierania tzw. "hipotezy Gai", żywej, inteligentnej istoty obejmującej Ziemię i wszystkie ewoluujące na niej organizmy. Brytyjski uczony, James Lovelock, główny propagator hipotezy Gai, przypisuje Ziemi boskość. Gaia jest zarówno stwórcą, jak i stworzeniem. Jeśli nie ujrzymy, że jesteśmy jedno z przyrodą, Gaia nas zniszczy, a "jeśli będziemy widzieli świat jako żywy organizm, którego jesteśmy częścią — nie właścicielem, nie dzierżawcą, ani nawet nie pasażerem — to będziemy mieli wiele czasu do swojej dyspozycji, a nasz gatunek będzie mógł przetrwać 'wyznaczony czas'". [436] Zwolennikiem panteistycznego ewolucjonizmu jest np. Rupert Sheldrake, [437] a hipoteza Gai stała się niemal oficjalną ideologią rozmaitych partii Zielonych w Europie. [438] Zwolennikiem kosmicznego panteizmu jest znany astronom Fred Hoyle, który odrzucił darwinowski ewolucjonizm. [439] Paul Davies, brytyjski astronom i fizyk, uważa, że Kosmos stworzył się sam, gdyż materia i energia posiadają wewnętrzną zdolność do samoorganizacji. [440] W ujęciu tym porównuje się Kosmos do wielkiego rozwijającego się organizmu, posiadającego wbudowany mechanizm ewolucyjnego tworzenia nowości. [441]

 

 

D. Czy z ewolucjonizmem można połączyć filozofię teistyczną?

Teistyczni ewolucjoniści twierdzą, że procesowi ewolucyjnemu można nadać charakter teistyczny, że teorię ewolucji można skojarzyć z całkowicie odmienną filozofią, z nadnaturalizmem metafizycznym. Przynajmniej werbalnie da się to zrobić. Zdania "Bóg zsyła deszcz" i "siła przyciągania ziemi i kropelek deszczu powoduje ruch spadający tych kropelek" nie są sprzeczne. Jednak uznanie, że mechanizmy ewolucji są sposobem aktywności stwórczej Boga, wydaje się trudne do przyjęcia z kilku powodów. Po pierwsze, Bóg w tym ujęciu jawi się jako gigantyczny oszust, gdyż "dba o to, by Jego interwencje zawsze przypominały działania, jakich można by się spodziewać po ewolucji wskutek doboru naturalnego". [442] Po drugie, dołączanie do naturalistycznych wyjaśnień hipotezy o "tkwiącym" za nimi Bogu jest zbędne, skoro wszystko daje się wyjaśnić naturalistycznie (zastosowanie brzytwy Ockhama: Bóg w schemacie naturalistycznego teistycznego ewolucjonizmu jest bytem ponad konieczność). A jeśli nawet machnie się ręką na te trudności, to i tak teizm, jaki otrzymujemy, nie jest teizmem chrześcijańskim. Pełna naturalistyczna akceptacja rzeczywistości wydaje się być nie do pogodzenia z istotą wierzeń chrześcijańskich. Można od biedy wierzyć w Boga i naturalistycznie wyjaśniać pochodzenie życia, poszczególnych gatunków i człowieka, ale czy pozostając chrześcijaninem można wyjaśniać takie wydarzenia jak dziewicze poczęcie, rozmnożenie chleba, zmartwychwstanie, wniebowstąpienie i wiele innych opisanych w Nowym Testamencie? Nie ma jakościowej różnicy między wykluczaniem wyjaśnień naturalistycznych w zastosowaniu do wydarzeń opisanych w Nowym Testamencie, a wykluczaniem ich także w zastosowaniu do niektórych wydarzeń ze Starego Testamentu, zwłaszcza z pierwszych rozdziałów Księgi Rodzaju. Jest to tylko różnica ilościowa.

Jeśli za każde wydarzenie, jak chcą naturalistyczni teistyczni ewolucjoniści, odpowiada Bóg, [443] to znika jakakolwiek autonomia świata, a pewne opisy w Nowym Testamencie świadczą o tej autonomii (np. Jezus uciszający morze). Nie ma też różnicy między zdarzeniami zwykłymi i cudami, bo wszystkie są cudami (po co więc Jezus czynił cuda, skoro każde wydarzenie jest cudem?). Bóg odpowiada też bezpośrednio za każde zło, za każdą tragedię, jakie się przydarzają milionom ludzi. [444]

Z tych racji i w świetle wypowiedzi wybitnych ewolucjonistów wydaje się wątpliwe, by teorię ewolucji łatwo można było "podłączyć" do całkowicie odmiennego światopoglądu. Takie ujęcie, jakie widzimy u teistycznych ewolucjonistów, wydaje się być reminiscencją poglądów pozytywistycznych czy pozytywizujących, według których filozofia jest czymś przynajmniej nieistotnym dla nauki. Pierwszy krok w kierunku rehabilitacji metafizyki uczynił Popper, uznając ją w latach 1930-tych nie tylko za sensowną, ale i za źródło heurystycznych pomysłów. W ciągu następnych kilkudziesięciu lat proces dostrzegania powiązań metafizyki z nauką się pogłębił. Polski filozof Henryk Mehlberg wprowadził pojęcie zewnętrznej bazy nauki, a tacy filozofowie jak Imre Lakatos czy Thomas S. Kuhn uznają już metafizykę za element integralny samej nauki (modele ontologiczne i wartości w macierzy dyscypliny naukowej Kuhna i trwały rdzeń w koncepcji Lakatosa). Jeśli najwybitniejsi ewolucjoniści uznają naturalizm metafizyczny za filozofię teorii ewolucji, to zabieg powiązania tej ostatniej z całkowicie odmiennym filozoficznym punktem widzenia prawdopodobnie nie jest tak prosty, jak się to wydaje teistycznym ewolucjonistom.

 

 

§4. Czy nauka może wykrywać w przyrodzie ślady rozumnej aktywności?

Naturalizm ontologiczny odrzucający istnienie jakichkolwiek przedmiotów lub zdarzeń leżących poza przyrodą, [445] pociąga naturalizm metodologiczny. Czołowi współcześni ewolucjoniści, jak wykazałem to gdzie indziej, [446] są metafizycznymi naturalistami i ten ontologiczny pogląd wyrażają często myląco w metodologicznej terminologii. Mówiąc żargonem, ich ontologia znajduje "przełożenie" w metodologii, co zgodne jest z poglądem, iż płaszczyzna ontologiczna niewspółmierności dominuje nad pozostałymi. [447]

Kreacjonizm proponuje nienaturalistyczne wyjaśnienia niektórych aspektów rzeczywistości. Jeśli nauka musi posiadać charakter naturalistyczny, to wyklucza to pretensje kreacjonistów do naukowości. Sukces ewolucjonizmu pochodziłby więc nie tyle z odkryć naukowych, co z samej definicji naukowości, z tezy filozoficznego, metodologicznego naturalizmu. Ewolucjonizm odniesie sukces, nawet jeśli fakty przemawiać będą przeciwko niemu: "Nawet gdyby wszystkie dane wskazywały na inteligentnego projektanta, to taka hipoteza jest wykluczona z nauki, ponieważ nie ma charakteru naturalistycznego". [448]

Jednak jest to zbyt łatwy sposób na rozstrzygnięcie sporu kreacjonizm-ewolucjonizm. Naturalizm jest jedną z wielu filozofii poszukiwania prawdy, ale nie jest kryterium naukowości. Istnieją bowiem nauki, które dopuszczają wyjaśnienia nienaturalistyczne. Archeologowie wykopując z piasków pustynnych dziwne przedmioty mogą, ale nie muszą, przypisać ich powstanie czynnikom przyrodniczym. Procesy naturalne mogą stworzyć bardzo dziwne przedmioty (np. kamienne artefakty), ale archeologowie przynajmniej czasami są w stanie stwierdzić, że znalezione przez nich przedmioty są dziełem inteligentnych istot. Co więcej, badając wytwory tych istot, można się starać zrozumieć ich kulturę.

Oto doniesienie z czasopisma Discover:

Dzieło sztuki czy bryłka skalna?

Ten niewielki kamień wulkaniczny, w którym niektórzy doszukują się postaci kobiecej, może być najstarszym dziełem sztuki na świecie, ale może być tylko niewielką bryłką pochodzenia wulkanicznego. Archeolog April Nowell z Uniwersytetu Pennsylvanii próbowała ostatnio rozstrzygnąć spór na temat liczącego sobie 233 000 lat kamienia, znalezionego w Izraelu 15 lat temu. "Nie sprawia on tak wielkiego wrażenia", przyznaje Nowell. "Kiedy po raz pierwszy ujrzałam go w czasopiśmie, byłam niemal pewna, że to tylko kawałek skały". Aby odkryć, czy wyżłobienia na tym kamieniu powstały pod wpływem procesów naturalnych, porównała ona przy pomocy mikroskopu elektronowego tę "figurkę" z innymi kamieniami pochodzenia wulkanicznego z tego samego terenu. Wyżłobienia na kawałkach skały wulkanicznej zwykle są równoległe, zauważyła Nowell, i występują tylko z jednej strony kamienia. Żadne z nich nie obiegają kamienia jak wyżłobienie, które tworzy szyję figurki. Wyżłobienia w skale wulkanicznej mają także przerwy i mikrofałdy, będące oznakami nagłego ogrzewania i stygnięcia. Wyżłobienie tworzące szyję nie ma ich jednak. Mikroskop ujawnił także niewielkie prążkowania, podobne do wywołanych przez kamienne narzędzie. Nowell wnioskuje, iż kamień ten został zmodyfikowany przez kogoś, najprawdopodobniej przez Homo erectusa, władającego jakimś kamiennym narzędziem. Ale trudno powiedzieć, czy rzeźbiarz świadomie kształtował postać ludzką, czy jedynie skrobał kamień. Jeśli kamień ten jest rzeczywiście formą ekspresji artystycznej, to archeologowie muszą wypełnić następującą potem lukę blisko 200 000 lat pozbawionych sztuki. "To delikatna, interesująca i niezwykła sprawa", mówi Nowell. "I z pewnością zmusza nas do dalszych badań". [449]

Nie jest tu dla mnie ważne, czy Nowell ma rację, identyfikując omawiany kawałek skały wulkanicznej jako dzieło sztuki. Ważne jest natomiast to, że nikt nie ma wątpliwości, że Nowell i jej koledzy mają prawo to robić oraz że są w stanie — aczkolwiek w omylny sposób — odróżniać wytwory inteligencji od tworów ślepej, bezrozumnej przyrody. Chcę tu jeszcze zwrócić uwagę na to, że odróżnianie artefaktów od wytworów ludzkich nie jest sprawą ogólnej metodologii nauki, ale czegoś, co można nazwać metodologią szczegółową archeologii. O ile w sprawach ogólnometodologicznych filozof lepiej jest obeznany od przedstawicieli poszczególnych nauk szczegółowych, o tyle zupełnie inaczej jest w kwestiach metodologii szczegółowej. Tylko uczony może nie tylko stwierdzać, czy jakieś wyżłobienia powstały wskutek wulkanicznego kształtowania się badanego materiału, ale także zasadnie uznać, że właśnie kształt tych wyżłobień, a nie co innego, jest kryterium odróżniającym artefakty od tworów człowieka. Znajomość metodologii szczegółowej jest niezbędnym elementem wykształcenia uczonego. Nie może on funkcjonować jako uczony, jeśli tego elementu nie posiądzie.

Archeologia jest nauką historyczną i jej przedmiotem są wytwory ludzkiej działalności. Z definicji ma charakter nienaturalistyczny. Czy podobny charakter może mieć biologia albo fizyka? Heller uważa, że w naukach przyrodniczych istnieje "niemożność wyjścia łańcucha wyjaśnień poza to, co trzeba wyjaśnić, czyli poza świat materialny". [450] Poza naukami przyrodniczymi można na pewno wskazać wiele przykładów, kiedy łańcuch wyjaśnień wychodzi poza to, co trzeba wyjaśnić. Jest tak na przykład w kryminalistyce, która zajmuje się sposobami popełniania przestępstw, zapobiegania ich i ścigania sprawców. [451] Z lektury "kryminałów" wiemy dobrze, jak to się odbywa. Dokładne badania określonego wycinka rzeczywistości czasami pozwalają sprawcę przestępstwa zidentyfikować wśród osób znanych, podejrzewanych od samego początku, czasami pozostawione ślady prowadzą jednoznacznie do kogoś, kto nie był brany pod uwagę, a czasami nawet sprawca pozostaje do końca nieznany (patrz omawiany niżej przypadek oszustwa z Piltdown). Wykraczanie poza to, co trzeba wyjaśnić, występuje także — o czym już była mowa — w historii. Badanie dostępnych dokumentów i zapiski naocznych świadków mogą stanowić podstawę do wysuwania różnorodnych hipotez, także wykraczających wyraźnie poza badany obraz. Gdyby po zakończeniu wojny alianci nie natknęli się na egzemplarz tajnego protokołu będącego dodatkiem do paktu Ribbentrop-Mołotow, twierdzenie, iż Niemcy hitlerowskie i Rosja radziecka w 1939 roku działały w zmowie, byłoby do dzisiaj tylko hipotezą nie mającą bezpośredniego uzasadnienia — mimo to byłaby to hipoteza wysoce prawdopodobna.

Twierdzenie Hellera o niemożności "wyjścia łańcucha wyjaśnień poza to, co trzeba wyjaśnić, czyli poza świat materialny" byłoby uzasadnione tylko wówczas, gdybyśmy wyjaśnianie naukowe ograniczyli do takiego, którego eksplanans jest bezpośrednio weryfikowalny (choć jest to pogląd popularny wśród szeregowych uczonych, jest on nie do utrzymania z punktu widzenia współczesnej filozofii nauki [452] i nie sądzę, by tak znakomity filozof nauki, jak Heller, choć przez moment mógł go utrzymywać), albo gdyby przyjąć pogląd, że poza światem materialnym nic nie istnieje (co jest jedynym konsekwentnym uzasadnieniem wspomnianej niemożności, ale o co również trudno Hellera podejrzewać). Sądzę więc, że cytowana opinia Hellera jest po prostu nieprzemyślana.

Zastanówmy się nad przypadkiem, w którym jakiś uczony przedstawia dane empiryczne i konkluduje, że są one wytworem inteligentnego projektanta, który ukształtował je w ukryciu, przez nikogo nie widziany, i który specjalnie, z jakimś zamiarem je tu umieścił. Czy biologia może również mówić o twórcy lub stwórcy?

Na to pytanie negatywnie odpowiedział Ronald Pine, wypowiadając się w sporze ewolucjonizm-kreacjonizm: "Tak więc każde stwierdzenie dotyczące istnienia, nieistnienia czy natury stwórcy lub stwórców nie jest nauką na mocy definicji i nie ma dlań miejsca w naukowej dyskusji czy w nauczaniu naukowym." [453] Intencje Pine'a są jasne, ale jego twierdzenie jest zbyt szerokie — możemy na przykład wydedukować istnienie twórcy oszustwa z Piltdown.

W latach 1908-1912 w okolicy Piltdown, w Anglii, znaleziono kilka kości czaszki i żuchwy. Żuchwa miała małpie cechy, ale płaskie starcie powierzchni żującej zębów trzonowych jest nie spotykane u małp. Zrekonstruowana z dziewięciu odłamków puszka mózgowa, w której mieścił się mózg o objętości 1070 cm3, świadczyła o podobieństwie do czaszki Homo sapiens, chociaż można było zaobserwować także cechy małpie. Istniał problem, czy czaszka i żuchwa należały do jednej istoty. Na nieszczęście brakowało dwóch części żuchwy, które mogły określić jej małpi bądź ludzki charakter (części podbródka i wyrostków przyczepu mięśni gałęzi wznoszącej).

Oszustwo zostało wykryte w latach pięćdziesiątych. Kości zakopane pod ziemią łatwo wchłaniają fluor z ziemi. Test chemiczny wykazał, że kości Człowieka z Piltdown posiadały tylko śladowe ilości fluoru dowodząc, że ich wiek nie przekracza 50 tysięcy lat. Po drugie, podejrzana była powierzchnia zębów (zarysowania jak od pilnika, brak szkliwa na odcinkach styków zębów między sobą, pod ciemną warstwą znajdowała się biała tkanka). Po trzecie wreszcie, kości były zabarwione farbą zawierającą sole metalu (dwuchromian potasu), zaś kieł był pomalowany na kolor ciemnobrązowy przy użyciu brązu Van Dycka z pewnymi domieszkami. Okazało się, że Człowiek z Piltdown został sfabrykowany z ludzkiej czaszki, pochodzącej od średniowiecznego Anglika, a żuchwa od współczesnego orangutana. Przy bliższych oględzinach odkryto znacznie więcej śladów fałszerskiej pracy twórcy (lub twórców) Człowieka z Piltdown. Wszystkie one mówią wiele na temat wiedzy oszusta o skamieniałościach i na temat jego umiejętności w dokonywaniu fałszerstwa, chociaż do dziś nie wiadomo, kto nim był. [454]

Innym przykładem, w którym przyrodnicy nie mają wątpliwości, że potrafią rozpoznać dzieło rozumnego twórcy, jest SETI (Search for Extra-Terrestrial Intelligence). Jest to program, mający odkryć oznaki inteligentnego życia w Galaktyce. [455] Październikowy numer Świata Nauki z 2000 roku na okładce ma podstawowe pytanie, jakie jest w związku z tym stawiane: "Cywilizacje pozaziemskie. Jeśli naprawdę istnieją, to dlaczego milczą?". [456] Artykuły wewnątrz numeru rozważają różne hipotezy tego tzw. paradoksu Fermiego, [457] ale żaden nie poddaje w wątpliwość możliwości odróżnienia szumu kosmicznego od sygnałów istot rozumnych. Może to być trudne, ale jest możliwe. W przedsięwzięciu tym używa się radioteleskopów do przesłuchiwania tysięcy kanałów częstości radiowych z przestrzeni kosmicznej. Sygnały te mogą dostarczyć świadectwa o życiu pozaziemskim. Oczywiście, w praktyce mogą występować trudności z rozróżnieniem przesłania inteligentnego od przypadkowego szumu kosmicznego. [458] Kiedy odkryto dobrze dziś znane źródło radiowe CTA102, ogłoszono, że ma ono nienaturalistyczny charakter, że jest tworem jakiejś pozaziemskiej inteligencji. Później, kiedy zauważono wiele takich źródeł, ideę tę porzucono. Podobnie było z odkryciem pulsarów. Takie przypadki spowodowały, że zwolennicy SETI stali się ostrożniejsi. [459] Są jednak pewni, że w razie potrzeby nie zawiodą: "Niełatwo a priori stwierdzić, jak rozróżnić przesłania od czysto fizycznych zjawisk. Ale jeśli naprawdę pojawi się taki przypadek, to będziemy wiedzieli, jak odpowiedzieć na to wyzwanie: powinniśmy spróbować zrozumieć to przesłanie." [460] SETI jest uznane za przedsięwzięcie naukowe, [461] zgodne z najlepszymi i najbardziej skutecznymi tradycjami i procedurami naukowymi, [462] a aktywnie popierają je tak znani ewolucjoniści jak Carl Sagan, Francis Crick, Stephen Jay Gould, David Raup czy Edward O. Wilson. [463] Funduszy dla SETI dostarczyły m.in. Narodowa Akademia Nauk, Narodowa Fundacja Naukowa oraz NASA. [464]

W krótkiej notce [465] Jarosław Włodarczyk omówił doniesienie Carla Sagana w brytyjskim czasopiśmie Nature na temat "wykrycia" przez sondę Galileo życia inteligentnego na Ziemi. [466] Takie dane jak 21-procentową zawartość tlenu w atmosferze oraz nieproporcjonalnie dużą jak na taką atmosferę zawartość metanu najlepiej tłumaczy hipoteza istnienia życia organicznego. O życiu inteligentnym z kolei świadczyć miały "zarejestrowane przez sondę silne impulsy radiowe występujące w paśmie 4-5 Mhz i nie mające naturalnych odpowiedników we Wszechświecie". [467]

Fakt, iż centralne częstości tych sygnałów pozostawały stałe przez całe godziny, mocno sugeruje ich sztuczne pochodzenie. [468]

Nauka może więc zajmować się wykrywaniem śladów działalności inteligentnego rozumu w przyrodzie. (Notka Włodarczyka winna być uzupełniona przez informację, że "wykrywanie" życia i rozumu na Ziemi było testem możliwości próbnika amerykańskiego. Bez tej informacji sama notka brzmi dziwacznie — po co uczeni mieliby wysyłać sondę kosmiczną odkrywającą to, o czym od dawna wiadomo?)

Jak poprzednio należy zwrócić uwagę, że zarówno same kryteria rozpoznawania pochodzenia sygnałów, jak i konkretne rozstrzygnięcia ze stosowania tych kryteriów, muszą pochodzić od samych uczonych.

Właśnie dlatego mnie, filozofowi zajmującemu się ogólną metodologią nauk, jest trudno ocenić konkretne argumenty kreacjonistów twierdzących, że życie i jego podstawowe formy są wynikiem aktywności Inteligentnego Projektanta. Zarówno bowiem same kryteria, jak i wyniki przy ich pomocy osiągane, należą do sfery kompetencji uczonych, w tym przypadku biologów. Rola filozofa musi się kończyć na tym, że skoro w innych naukach, tak humanistycznych, jak i przyrodniczych, dopuszcza się poszukiwanie i odnajdywanie śladów rozumnej aktywności, to nie ma pozaideologicznych powodów, by zabronić tego samego biologom. Oczywiście, ci ostatni, co dopuszcza Tarter w cytowanej wyżej wypowiedzi, mogą po badaniach dojść do wniosku, że nie znajdują w przyrodzie żadnych śladów aktywności jakiegokolwiek Inteligentnego Projektanta.

Przykłady podane na kilku ostatnich stronach, a można je mnożyć, pokazują, że nauki przyrodnicze mogą rozpoznawać dzieło (cechy, ślady) rozumnego twórcy. Nie chcę przez to powiedzieć, że wystarcza to do rehabilitacji naukowego kreacjonizmu. [469] Kiedy bowiem kreacjonista może postulować interwencji Stwórcy?

Odpowiedź "zawsze, kiedy zechcą" stanowiłaby unicestwienie nauki. Na każde pytanie o jakiekolwiek zjawisko przyrodnicze można odpowiedzieć odwołując się do czynnika nadprzyrodzonego. Gdybyśmy jednak zezwolili na to, oznaczałoby to nasze przyzwolenie na koniec nauki.

W metodologii nauk temu niebezpieczeństwu zapobiega się stosując zasadę naturalizmu: dla zjawisk przyrodniczych należy poszukiwać przyczyn przyrodniczych. Zasada naturalizmu metodologicznego stanowi główną broń ewolucjonistów w polemikach z kreacjonistami. Mówią oni, że kreacjoniści łamią tę zasadę, wyjaśniając powstanie życia i poszczególnych typów organizmów żywych przez odwołanie się do specjalnych aktów stwórczych Boga.

Czy zasada naturalizmu metodologicznego ma charakter bezwyjątkowy? Czy zawsze w wyjaśnianiu rzeczy i zjawisk z tego świata należy odwoływać się do przyczyn przyrodniczych? Czy zasada naturalizmu ma jedynie charakter heurystyczny (należy poszukiwać przyczyn przyrodniczych, na ile się to da zrobić) czy może ma podstawę ontologiczną (wszystko, co istnieje, ma jedynie przyczyny przyrodnicze) i dlatego jest bezwyjątkowa? Z tego ontologicznego sensu wynika zakaz próbowania wyjaśniania czegokolwiek w nauce przez odwoływanie się do aktywności Stwórcy. Ewolucjoniści, jak wiadomo, przyjmują to ostatnie rozwiązanie. Ich zdaniem zakazane jest poszukiwanie innych przyczyn powstania życia i jego typów, jak tylko przyczyn przyrodniczych.

Istnieją ewolucjoniści, którzy jednak wierzą w Boga i stworzenie. Jak to możliwe? W ich opinii Bóg stworzył świat i prawa w nim obowiązujące, a prawa te (i inne czynniki naturalne) odpowiedzialne są już bezpośrednio za wyłonienie się życia. Ateistyczny ewolucjonizm głosi, że istniał czysto przyrodniczy mechanizm powstania życia. Teistyczny ewolucjonizm dodaje do tego mechanizmu Stwórcę, ale takiego, który bardzo dba o to, by nie pozostawić w przyrodzie swoich "odcisków palców". W ten sposób teistyczni ewolucjoniści utrzymują swoją wiarę w Boga, a jednocześnie nie łamią silnie pojmowanej zasady naturalizmu. Bóg w tym ujęciu to "pośredni projektant" (mediate designer), projektant działający wyłącznie za pośrednictwem stworzonych przez siebie mechanizmów przyrodniczych.

Pomijam tu kwestię, czy takie rozumienie aktywności Boga daje się utrzymać w świetle "brzytwy Ockhama", która mówi, że nie należy mnożyć bytów ponad konieczność, skoro obie odmiany ewolucjonizmu, ateistyczna i teistyczna, prowadzą do tych samych przewidywań empirycznych. Pomijam więc sprawę, czy w ten sposób da się uratować teizm (ideę, że Bóg istnieje). Nawet bowiem, jeśli w ten sposób da się uratować teizm, to nie będzie to teizm chrześcijański. Chrześcijaństwu obca jest idea Boga, który stworzył świat i już się nie interesuje (deizm), bądź też który przejawia się jedynie w racjonalności świata widocznej np. w możliwości matematycznego opisania świata, w jego poznawalności (np. panteizm). W chrześcijaństwie mamy do czynienia z Bogiem, który nie tylko stworzył świat, który nie tylko odpowiada za jego matematyczność i poznawalność. Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba oprócz tego wszystkiego wprawdzie bardzo często milczy, ale także czasami bezpośrednio działa w świecie dokonując specjalnych aktów lokalnie sprzeciwiających się naturalnemu biegowi rzeczy, a czasami nawet ustanowionym przezeń wcześniej prawom przyrodniczym i ustanowionej przez siebie racjonalności świata. Chrześcijański teistyczny ewolucjonista, który chce być wierny mocno rozumianej zasadzie naturalizmu, prędzej czy później natknie się na pytanie swojego "kolegi"-ateisty, jak możliwe było opisane w Nowym Testamencie zmartwychwstanie Chrystusa lub innych osób, jak możliwe było rozmnożenie chleba lub dziewicze poczęcie? Na te pytania nie ma naturalistycznych odpowiedzi.

Istnieją jeszcze tacy wierzący w Boga ewolucjoniści, którzy uważają, że Bóg działał w przeszłości (także i obecnie) bezpośrednio w sferze przyrodniczej, ale że bardzo trudno jest tę działalność rozpoznać, odróżnić od naturalnego biegu rzeczy. Ich zdaniem zawsze tam, gdzie nauka postuluje mechanizm naturalistyczny, naprawdę kryć się może stwórcza aktywność Boga. Nie akceptują więc oni w ścisłym sensie naturalizmu. Ich naturalizm ma charakter praktyczny: naukę można uprawiać tak, jakby Bóg nigdy nie działał w przyrodzie, z czego wypływa konsekwencja, że naukę uprawia się tak samo niezależnie od przekonań religijnych. Ten pogląd, że nie sposób odróżnić domniemanych czynów Boga od naturalnego biegu rzeczy, podzielają także ewolucjoniści orientacji materialistycznej:

Rzeczywiście, wszyscy biologowie, jakich pytałem tej sprawie, zgodzili się ze mną, że nie ma żadnych oczywistych oznak doboru naturalnego przeciwstawianego doborowi sztucznemu. (...) nie jest jasne, jak można by stopniować organizmy jako "prawdopodobne", "bardzo prawdopodobne" czy "niezwykle prawdopodobne" wytwory doboru sztucznego. Czy wniosek ten trzeba widzieć jako strasznie kłopotliwy dla ewolucjonistów w ich walce przeciwko kreacjonistom? Oczyma wyobraźni widzimy już nagłówki: "Uczeni przyznają, że teoria darwinowska nie jest stanie obalić istnienia inteligentnego projektu!" Jednak byłoby głupie, gdyby jakikolwiek obrońca neodarwinizmu twierdził, iż współczesna teoria ewolucji dawała moc odczytywania historii tak dokładnie z obecnych danych, by wykluczać wcześniejsze występowanie w historii rozumnych projektantów. [470]

Jeśli jest tak, jak chce Dennett w powyższym cytacie, to jedynym sposobem rozstrzygania sporu ewolucjonizmu z kreacjonizmem byłyby argumenty pozaempiryczne, na przykład filozoficzne. Sam Dennett tak właśnie postępuje. Jego zdaniem istnienie racjonalnych projektantów jest jakąś możliwością, ale w gruncie rzeczy jest to dzika fantazja. [471]

Zasada naturalizmu jest zdaniem kreacjonistów jedynie zasadą heurystyczną, której wartość ograniczona jest do tych przypadków, które mogą się zakończyć sukcesem. Istnieją jednak ich zdaniem takie przypadki, do których zasady tej nie można i nie powinno się stosować.

Osiemnastowieczny teolog naturalny William Paley dał przykład takiego przypadku. Jeśli na łące wśród trawy i kwiatów znajdziemy zegarek, to czy w próbie odpowiedzi na pytanie, skąd się tam wziął, zastosujemy wspomnianą zasadę? Czy powiemy, że powstał on wskutek przypadkowo działających sił naturalnych? Byłaby to bardzo dziwna odpowiedź. Ale jednocześnie zasadę tę z powodzeniem zastosujemy do innych znajdujących się na łące przedmiotów, jak kamienie, piasek itd. Są więc przypadki, do których można i należy stosować zasadę metodologicznego naturalizmu, ale są i takie, do których zasady tej nie stosujemy — przekonują kreacjoniści. Bardziej współczesnym przykładem byłoby znalezienie rakiety na Marsie przez pierwszych lądujących tam Ziemian. Czy uznają oni, że rakieta ta jest wytworem jakiejś nieznanej cywilizacji, czy też że została wytworzona przez ślepo działające przyczyny naturalne?

Czym różnią się przypadki będące rezultatem przyczyn przyrodniczych od tych, które są wytworem rozumu? Kreacjoniści muszą przedstawić, po czym odróżniają dzieło nadnaturalnego rozumnego twórcy od dzieła stworzonego przez prawa przyrody i przypadek. Na nich spoczywa onus probandi.

Najłatwiejszą, ale niedobrą, odpowiedzią byłaby taka oto: Do czynnika rozumnego odwołujemy się wtedy, gdy nie potrafimy czegoś wyjaśnić naturalistycznie.

Wydaje się, że znakomity polski ewolucjonista, Antoni Hoffman, był skłonny uznać taką odpowiedź. We Wstępie do przetłumaczonej przez siebie książki Richarda Dawkinsa Ślepy zegarmistrz wyjaśnił polskiemu czytelnikowi, że niemal się z Dawkinsem zgadza. [472] Celem Dawkinsa było przekonanie, że zagadka istnienia człowieka i innych organizmów biologicznych została wyjaśniona przez Darwina (i Wallace'a), a dokładniej: przez teorię ewolucji. Wyjaśniając tę zagadkę nie trzeba, jak robiono to dotychczas, odwoływać się do aktywności Stwórcy. Sama przyroda wystarczy, by odpowiedzieć, skąd się wzięliśmy i dlaczego jesteśmy tak złożonymi strukturami. W opinii Dawkinsa "dopiero Darwin sprawił, że ateizm jest w pełni satysfakcjonujący intelektualnie". [473]

Jednak Hoffman niemal się z Dawkinsem zgadza. Na czym polega więc różnica? Hoffman, podobnie jak Dawkins, uważa, nie ma powodu do wiary w Stwórcę, gdyż neodarwinowski paradygmat ewolucji wyjaśnia całą różnorodność i wszystkie własności istot żywych. Ale uważa też, przeciwnie niż Dawkins, że każdy ma prawo odrzucić wymóg racjonalnego rozumowania i przyjąć światopogląd przeciwny do naukowego — religijny. Właśnie to stanowi treść owego słówka "niemal". Oto jego rozumienie racjonalności:

Racjonalność oznacza w tym kontekście, że stosowane są reguły logiki i że nie wolno się odwoływać do przyczyn nadnaturalnych — przynajmniej dopóty, dopóki procesy naturalne zadowalająco wyjaśniają zjawiska przyrodnicze. Co więcej, kryteria rozdzielające naturalne od nadnaturalnego i rozstrzygające, kiedy wyjaśnienie jest, a kiedy nie jest zadowalające, muszą być jasno wypowiedziane. Racjonalność jest tu zatem rozumiana bardzo szeroko. Jej akceptacja stanowi jednak samo sedno światopoglądu naukowego. [474]

Filozofowie sporo pisali na temat racjonalności, także racjonalności naukowej. Nie wydaje się, by Hoffman wypowiadając się w tej filozoficznej sprawie znał ją choćby pobieżnie. Racjonalność rzeczywiście stanowi sedno światopoglądu naukowego (czy lepiej: samej nauki), ale to, co zdefiniował, to nie racjonalność, lecz naturalizm. [475] A w świetle omawianych wcześniej przypadków istnienia nauk nienaturalistycznych i wyjaśnień nienaturalistycznych wątpliwe jest, by można było uznać naturalizm za "samo sedno światopoglądu naukowego".

Poza tym Hoffman jest tu za łagodny dla kreacjonistów. Nie wystarczy tylko odwołać się do tego, że współczesna nauka czegoś tam jeszcze naturalistycznie nie wyjaśniła. Przyjęcie bez ograniczeń odpowiedzi typu „Bóg to zrobił” na pytanie "jak powstał ten organizm?" lub "jak powstała ta cecha?" stanowić będzie bowiem koniec rozważań naukowych, na co słusznie wskazują krytycy kreacjonizmu:

Punkt widzenia typu "Wola Allacha" jest nietestowalny, czyli nieobalalny, a przez to nienaukowy. [476]

Uczeni nie mają wyboru. Gdy już dopuszczą odwołanie się do Boga lub cudownych sił, by wyjaśnić pierwsze pochodzenie życia lub ewolucję gatunku ludzkiego, nie mają sposobu ograniczenia tego rodzaju wyjaśniania. [477]

Przeciwna do kreacjonistycznej perspektywa ewolucjonistyczna pozwala na dalsze prowadzenie badań naukowych, podczas gdy kreacjonizm jest bezpłodny. Zwracał na to uwagę już Darwin i nie tylko on:

Czy przyrodnicy wierzą w poglądy Lamarcka, Geoffroya St. Hilaire'ego, autora "Vestiges", p. Wallace'a czy moje, znaczy niezmiernie mało w porównaniu z uznaniem, że gatunki pochodzą od innych gatunków i nie zostały stworzone jako niezmienne: bowiem temu, kto przyjmie to jako wielką prawdę, szeroko otworzy się pole dla dalszego badania. [478]

Ale Stwórca oczywiście nie mógł ukształtować każdego gatunku w każdy możliwy do wyobrażenia sposób. Jeśli przyjmiemy podstawowe stanowisko kreacjonistyczne, to nie mamy podstaw, by dokonywać przewidywań w kwestii, jakich odkryć należy się spodziewać w trakcie badania zwierząt i roślin. (...) Stwórca mógłby ukształtować każdy organ czy proces fizjologiczny (taki jak trawienie) w każdy sposób, jaki mu sprawi przyjemność. [479]

Większość współczesnych biologów nie uzna tego wyjaśnienia za zadowalające. Po pierwsze, nie jest to naprawdę wyjaśnienie, gdyż sprowadza się do twierdzenia "Rzeczy są takie, ponieważ są takie”. Ponadto wyjaśnienie to usuwa zagadnienie z terenu badań naukowych. Pozostaje już wtedy tylko spekulowanie, dlaczego Stwórca wybrał jeden wzorzec przy stwarzaniu różnych zwierząt, a nie różne wzorce. [480]

Odwołanie się do nadnaturalnego wyjaśnienie jest nienaukowe i niekonieczne — tłumi ono intelektualną ciekawość i pozostawia ważne pytanie bez odpowiedzi, a nawet nie pozwala ich postawić. [481] Kreacjonizm nie ma mocy wyjaśniającej, żadnego zastosowania do przyszłego badania, żadnego sposobu rozwijania wiedzy, żadnej wskazówki prowadzącej do nowych odkryć. W porównaniu z nauką kreacjonizm jest koncepcją bezpłodną. [482]

Jak się nauczyliście w Rozdziale 1, nauka jest sposobem badania świata przyrody (poprzez obserwację i eksperymenty) oraz budowania ogólnych reguł na temat funkcjonowania rzeczy. Wiara w boskie stworzenie jednak nie jest naukową hipotezą, którą możnaby stestować. Spróbujcie wyobrazić sobie obserwację, która obaliłaby ideę boskiego stworzenia. Cokolwiek zaproponujecie, zawsze można argumentować, że jakiś boski czynnik tak stworzył rzeczy, że wyglądają tak, jak wyglądają. Ponieważ myśl, że życie powstało dzięki boskiemu stworzeniu, nie noże być stestowane metodami naukowymi, znajduje się ona poza zasięgiem nauki. Nie znaczy to, że wiara ta jest błędna, ale raczej, że nauka nigdy nie będzie w stanie jej stestować. [483]

Bóg, do którego się w ten sposób odwołujemy, to "zapchajdziura", to "klajster" do zapychania luk w wiedzy (Anglosasi mówią God of the gaps). Praktyka ta, stosowana niekiedy w przeszłości, przynosiła ich zwolennikom opłakane skutki. Wiele zjawisk, które niegdyś wyjaśniano odwołując się do Boga, później wyjaśniano naturalistycznie. Na tej podstawie sformułowano indukcyjny wniosek, że z czasem wszystko się wyjaśni bez idei Boga, że idea ta jest zbędna, nawet jeśli teraz wyjaśnienie naturalistyczne nie jest jeszcze możliwe (wniosek taki głosił na przykład Fryderyk Engels [484] ). Kreacjoniści ironicznie postawę taką nazywają obiecującym materializmem:

Jak widzieliśmy, wiele z najważniejszych założeń leżących u podstaw idei, że życie powstało wskutek nierozumnych procesów, nie odpowiada faktom nauki i nie jest popartych przez rzetelne wnioski wyprowadzane z tych faktów. Niektórzy uczeni sprzeciwiają się takim twierdzeniom utrzymując, iż w przyszłości dokona się odkryć, które w istotny sposób przełamią obecny stan wiedzy. Ideę tę nazwano "obiecującym materializmem". Chociaż nikt nie może z całą pewnością orzec, że tak się nie stanie, to nauka nie może ufnie postępować lekceważąc obecną wiedzę na rzecz spodziewanych przyszłych odkryć. [485]

Davis i Kenyon mają rację, że tezy obiecującego materializmu nie można dowieść. Jednak choć jest to wniosek niepewny jako indukcyjny, to psychologicznie jest on bardzo mocny i mocy tej żadna ironia terminologiczna nie podważy.

W literaturze przedmiotu znaleźć można także inną obronę przed obiecującym materializmem. J.P. Moreland przedstawia najpierw zarzut:

Zarzut 1. Model nauki teistycznej korzysta z epistemicznie nieodpowiedniej strategii "Boga ujawniającego się w lukach wiedzy", wedle której Bóg działa jedynie tam, gdzie istnieją w przyrodzie jakieś luki; odwoływanie się do Boga jedynie zapełnia luki w naszej wiedzy naukowej na temat naturalistycznych mechanizmów. Luk tych używa się w apologetycznych argumentach teologii naturalnej do poparcia teizmu chrześcijańskiego. Postęp naukowy czyni te luki coraz rzadszymi, co świadczy, że nie jest to dobra strategia. [486]

a potem stara się go obalić:

Po pierwsze, model ten nie ogranicza aktywności przyczynowej Boga do luk. Bóg jest stale aktywny podtrzymując i rządząc Wszechświatem. Przyroda nie jest autonomiczna. [487]

Być może Moreland ma jakieś argumenty, że tak istotnie jest, ale ich nie przedstawił. A teza, iż Bóg rządzi Wszechświatem i przyroda nie jest autonomiczna, wcale nie jest oczywista, nawet dla wierzącego. Ostatecznie to Biblia stwierdza, że szatan jest bogiem i władcą tego świata (2 Kor. 4:4; Ef. 2:2; Jana 14:30; Hebr. 2:14), a pewne jej fragmenty wydają się świadczyć, że przyroda jest przynajmniej do pewnego stopnia autonomiczna. [488]

Po drugie, model ten [nauki teistycznej — KJ] nie odwołuje się ani nie usiłuje wyjaśniać przy pomocy Boga i jego aktywności, by zakryć naszą niewiedzę, ale tylko wówczas, gdy mamy do czynienia z dobrymi teologicznymi lub filozoficznymi racjami (...). [489]

Tu z kolei istotne jest pojęcie dobrych racji (filozoficznych i teologicznych). Jeśli postęp nauki usunie jakąś lukę dotychczas zapełnianą Bożą aktywnością, to łatwo winę zrzucić na niedobre racje. Niegdyś Bogu przypisywano istotną rolę w poruszaniu sfer niebieskich oraz w stworzeniu wszystkich z osobna gatunków. Co jest dobrą racją filozoficzną i teologiczną? Bez odpowiedzi na to pytanie zacytowana wyżej obrona Morelanda ma charakter czysto werbalny.

Po trzecie, nawet jeśli luk w naturalistycznych wyjaśnieniach naukowych jest coraz mniej, to nie dowodzi to tego, że nie ma ich w ogóle. Argumentacja, że ponieważ większość rzekomych luk można wyjaśnić naturalistycznie bez luk na tym poziomie wyjaśnienia, to wszystkie rzekome luki zostaną w ten sposób wyjaśnione, przesądza z góry całą sprawę. Ostatecznie, należy oczekiwać tego, że luk będzie niewiele. Luki powstałe wskutek pierwszorzędnej aktywności boskiej są cudami i stanowią mniejszość z dwu powodów: (1) Bóg zwykle działa (uznaję potrzebę dalszego ujaśnienia tego pojęcia) przez przyczyny drugorzędne. Pierwszorzędne luki przyczynowe są wynikiem nadzwyczajnego, niezwykłego sposobu działania Boga; z definicji będzie ich mało i będą rzadko występowały. (2) Najłatwiej cudowne luki spostrzec tam, gdzie są rzadkie, nieoczekiwane i mają jakiś religijny kontekst (istnieją pozytywne teologiczne racje, by oczekiwać ich obecności).

Moreland — co już podkreślałem wyżej (patrz s. 373) — ma rację, że teza obiecującego materializmu nie jest pewna, ale nie rozważa powodów, dla których jest ona tak mocna psychologicznie dla uczonych.

Z tego, że teraz jakichś zjawisk przyrodniczych nie wyjaśnia się zadowalająco przez odwołanie się do procesów naturalnych, nie wynika, że w przyszłości to nie nastąpi. Hoffman [490] najwyraźniej zlekceważył opinię tłumaczonego przez siebie Dawkinsa:

Nawet gdyby najwybitniejszy autorytet na świecie nie potrafił wyjaśnić pewnego ciekawego zjawiska biologicznego, to nie znaczy, że nie da się go wyjaśnić. Mnóstwo zagadek przetrwało całe stulecia, aż w końcu znaleziono ich rozwiązanie. [491]

Aby uniknąć tego problemu, aby przekonująco przełamać dominującą we współczesnej nauce postawę obiecującego materializmu, kreacjoniści powinni na przykład nie tylko wykazać, że tam, gdzie wprowadzają inteligentny projekt, współczesna nauka czegoś nie wyjaśnia naturalistycznie, ale także że nie jest i nigdy nie będzie w stanie tego w ten sposób wyjaśnić. [492] To kreacjoniści muszą uzasadnić pogląd, że życie, poszczególne rodzaje życia i człowiek nie są i nie mogą być rezultatem ślepo działających czynników przyrodniczych. Trudno powiedzieć, czy to jest w ogóle możliwe. Hipoteza inteligentnego projektu może mieć sens tylko wówczas, gdy jest wynikiem nie braku wiedzy, ale gdy jest uzasadniona już zdobytą wiedzą.

 

 

Podsumowanie

Tocząca się na marginesie nauki dyskusja ewolucjonistów i kreacjonistów pozwala metodologowi na cenne spostrzeżenia na temat natury nauki. Wspomniana dyskusja może być dobrym przykładem omawianej przez filozofów nauki relacji niewspółmierności. Dyskutanci operują odmiennymi systemami pojęć i często nie potrafią się wzajemnie porozumieć i zrozumieć, a przynajmniej przetłumaczyć twierdzenia przeciwnika na swój własny język. Przyjmują też odmienne poglądy metodologiczne (opozycja nauki naturalistycznej i częściowo nienaturalistycznej z odmienną strukturą wyjaśnień nomologicznych i historycznych) oraz ontologiczne (opozycja naturalizmu i nadnaturalizmu), co skutkuje odmiennym pojmowaniem natury nauki.

Od dawna wiadomo, że najciekawsze refleksje metodologiczne przeprowadzać można analizując graniczne przypadki. Może to być nauka in statu nascendi, mogą to być także koncepcje pretendujące do naukowości. Kontrowersja ewolucjonizm-kreacjonizm, jaka toczy się na marginesie nauki, niewątpliwie dotyczy granicznego przypadku. Dyskusyjne jest, czy jedną ze stron — kreacjonizm — można uznać za naukową i taki właśnie jest koronny argument ewolucjonistów w dyskusji z kreacjonistami. Rozwój refleksji metodologicznej na temat kryterium demarkacji stopniowo jednak pozbywał się złudzeń, że można w ten czy inny sposób przeprowadzić rozstrzygająco granicę między nauką a nienauką. Proponowane kryteria demarkacji zawsze okazywały się albo za szerokie (uwzględniały ewidentnie nienaukowe twierdzenia lub koncepcje), albo zbyt restryktywne (relegowały z zakresu nauki twierdzenia w oczywisty sposób naukowe). Patrząc z tego punktu widzenia można było podejrzewać, że demarkacjonistyczne argumenty ewolucjonistów z tych czy innych powodów okażą się wadliwe.

Rozdział niniejszy można potraktować jako potwierdzenie na materiale szczegółowym tej ogólnej metodologicznej konstatacji — że nie istnieje precyzyjne kryterium demarkacji, a w związku z tym że dyskusje między rywalizującymi ujęciami nie powinny być toczone na tym metodologicznym gruncie. I chyba słusznie, bo jeśli naukowi kreacjoniści mają pretensje do wypowiadania twierdzeń o otaczającej nas rzeczywistości, to istotne jest, czy te pretensje są prawdziwe względnie zbliżone do prawdy lub prawdopodobne, a nie czy są naukowe. [493] Metodologiczne pytanie o naukowość ma sens, jeśli prowadzi do wstępnej eliminacji jakichś propozycji, jeśli więc pomaga przyrodnikowi ujmując mu jego obowiązków. Zawsze jednak znacznie bardziej interesująca jest sprawa prawdziwości czy fałszywości tej propozycji niż jej naukowości bądź nienaukowości.

Mój cel był tu niewielki. Chodziło mi jedynie o to, że ewentualnych twierdzeń kreacjonistycznych nie można wykluczać tylko na tej podstawie, że mają nienaturalistyczny charakter. Naturalizm jest zasadną doktryną filozoficzną, doprowadził do wielu sukcesów w nauce, jest niewątpliwie składnikiem wielu teorii naukowych, ale narzucanie go całej nauce, czynienie z niego elementu kryterium demarkacji, jest bezpodstawne. To, co robią niektórzy ewolucjoniści, wykluczając kreacjonizm na podstawie metodologicznej, rugując wyjaśnienia nienaturalistyczne z nauki, jest próbą zapewnienia sobie łatwego zwycięstwa bez walki. Chcę powiedzieć, że w tym przypadku zwycięstwo może się pojawić jedynie na podstawie argumentów empirycznych. Od metodologii, jak zauważył to Popper, nie należy oczekiwać głębokich twierdzeń. Metodologia umożliwia, co prawda, wstępną eliminację, ale sito, jakie proponuje, ma duże oczka: jak już pisałem, najpowszechniej przyjmowane kryterium demarkacji, kryterium empirycznej falsyfikowalności, "przepuszcza" jako naukowe takie twierdzenie jak "Księżyc jest zbudowany z sera szwajcarskiego".

Z teoriami naukowymi stowarzyszone mogą być rozmaite koncepcje filozoficzne. Z teorią ewolucji, jak widzieliśmy z przytoczonych cytatów, naturalizm, z teoriami kreacjonistycznymi (jeśli takie istnieją lub jeśli takie zaistnieją) — teizm odrzucający naturalizm. Samych filozofii nie można, z definicji, bezpośrednio testować empirycznie. Można je natomiast krytycznie analizować (badać ich spójność, zdolność godzącą [consilience] czyli wiązanie oddalonych od siebie problemów i hipotez itd.), ale nie tylko w ten sposób.

J.O. Wisdom, a ostatnio także Michael Ruse, wskazali sposób pośredniego empirycznego testowania koncepcji filozoficznych.

Wisdom [494] argumentował, że wewnątrz nauki istnieje przenikająca ją ontologia, nie posiadająca empirycznej treści, a mimo to mówiąca o świecie. Ze względu na charakter więzi teorii naukowej i ontologii Wisdom tę ostatnią nazywa "wkopaną" (embedded). Istnieje szereg przekonujących przykładów istnienia wkopanej ontologii. Taki charakter ma chociażby ogólne prawo zachowania. Natomiast specyficzne, to znaczy obowiązujące na danym etapie, prawo zachowania może być odrzucone, czyli ma charakter empiryczny. Odrzucenie takiego konkretnego prawa nigdy nie prowadzi jednak do odrzucenia prawa ogólnego. Prawo konkretne jest zawsze modyfikowane zgodnie z prawem ogólnym, które tym samym nie może być odrzucone. Już Poincaré wykazał, [495] że nie może istnieć żadna obserwacja, która mogłaby odrzucić to prawo w jego najogólniejszej postaci. Nigdy bowiem rozpatrując prawo zachowania energii nie można zagwarantować, iż w przyszłości nie zostanie odkryta jakaś nowa postać energii, która doprowadzi do uzgodnienia ogólnego prawa z doświadczeniem, ratując to pierwsze od odrzucenia. Historia nauki wykazuje, że to przekonanie Poincarégo wielokrotnie się sprawdziło.

Do innych przykładów nieobalalnych zasad metafizycznych należy fizjologiczna teza, iż wszystkie cielesne zmiany są wywołane fizykalnymi przyczynami, a także zasady ciągłości klasycznej fizyki (ciągłości energii, materii, przestrzeni) oraz presupozycja absolutnej przestrzeni w fizyce Newtona.

Elementarna logika mówi, że jeśli koniunkcja dwu zdań jest fałszywa, to może to być wynikiem fałszywości któregokolwiek z jej członów. Jednak Wisdom zauważył, [496] że w przypadku niezgodności teorii (to jest komponentu empirycznego łącznie z wkopaną ontologią) z doświadczeniem odrzuceniu nie może ulec jedynie ontologia przy zachowaniu nietkniętej treści empirycznej. Innymi słowy, nie można wymyśleć alternatywnej ontologii, która w połączeniu z dawną treścią empiryczną zlikwiduje niezgodność z doświadczeniem. Natomiast może zajść sytuacja odwrotna — wskutek kolizji z obserwacją odrzuceniu ulec może treść teorii przy zachowaniu ontologii. Odrzuceniu ontologii musi zawsze towarzyszyć odrzucenie treści empirycznej, a ponieważ równoznaczne jest to z odrzuceniem całej teorii, więc przyjąć należy, iż ontologię może odrzucić jedynie inna teoria posiadająca odmienną ontologię. W przeciwieństwie do treści empirycznej odrzucanej przez doświadczenie, ontologia jest odrzucana przez teorie. [497]

Do przykładów odrzucenia "nieodrzucalnych praw" należy wyeliminowanie koncepcji absolutnej przestrzeni przez teorię względności oraz przekonania o ciągłości energii przez teorię kwantów. [498]

O wartości filozofii świadczy więc i decyduje wartość teorii naukowych, z którymi te filozofie są stowarzyszone. Można falsyfikować tę filozofię (w terminologii Wisdoma "wkopaną ontologię"), falsyfikując odpowiednią teorię naukową (oczywiście, falsyfikacja taka, podobnie jak w nauce, nie jest konkluzywna). [499]

Na sympozjum zatytułowanym "Nowy antyewolucjonizm", zorganizowanym w 1993 roku przez Amerykańskie Stowarzyszenie na Rzecz Postępu Nauki, Michael Ruse przyznał, co następuje: "na pewnym bardzo podstawowym poziomie ewolucjonizm jako teoria naukowa angażuje się po stronie pewnego rodzaju naturalizmu, tego mianowicie, że bez względu na cokolwiek będziemy wykluczali cudy i inne tego rodzaju rzeczy". Słowa "bez względu na cokolwiek" brzmią nieco dogmatycznie. Ale zdaniem Ruse'a postawę taką należy utrzymywać, gdyż daje ona dobre wyniki. Jednak Ruse przyznał, że "ewolucjonizm jest pokrewny religii w tym, że podejmuje pewne aprioryczne czy metafizyczne założenia, których na pewnym poziomie nie można empirycznie udowodnić". Ruse nie twierdził jednak, że ewolucjonizm jest religią. Wspomniane metafizyczne założenia nie są uzasadniane w izolacji, ale jako część całego systemu, "przy okazji" uzasadniania całości. [500]

Biologowie od dawna wskazują na teoretyczną falsyfikowalność teorii doboru naturalnego, sądząc, że wykazują w ten sposób jej empiryczną falsyfikowalność. Na przykład argumentu takiego używa Gould:

"Przeżycie najstosowniejszego" to nie tautologia. Nie jest to także jedyny wyobrażalny, czy też jedyny racjonalny, sposób odczytania zapisu ewolucyjnego. Jest to twierdzenie testowalne. Miało ono konkurentów, których obaliły sprzeczne z nimi dane i zmiany w poglądach na istotę życia. Ma ono konkurentów, którzy mogą odnieść sukces, przynajmniej w tym sensie, że ograniczą jego zakres. [501]

O jakich konkurentach tu mowa? Douglas Futuyma uważa, że neodarwinizm byłby sfalsyfikowany, gdyby prawdziwa okazała się teoria Lamarcka:

Neodarwinowska teoria ewolucji jest także wyraźnie falsyfikowalna, gdyż możemy postulować teorie, które, gdyby się okazały prawdziwe, uczyniłyby teorię neodarwinowską niepotrzebną. Najbardziej oczywistą alternatywną teorią jest teoria Lamarcka. Gdyby było prawdą, że modyfikacja nabyte podczas życia organizmu mogły się dziedziczyć, to wiele cech organizmów ewoluowałoby wskutek bezpośredniego wpływu środowiska, a dobór naturalny nie odgrywałby głównej kierowniczej roli w adaptacji. [502]

Podobnie konkurentów tych widzi John Maynard Smith, według którego uzasadnienie innego mechanizmu ewolucyjnego (wspomina efekty Lamarckowskie, inercyjne czy teleologiczne) mogłoby sfalsyfikować teorię doboru naturalnego. [503]

Futuyma i Maynard Smith nie mają racji sądząc, że wykazanie efektów Lamarckowskich obaliłoby Darwinowską teorię doboru naturalnego. Teoria doboru naturalnego zgodna jest zarówno z hipotezą Weismanna, jak i Lamarcka. [504] Nie należy też zapominać, że sam Darwin przecież przyjmował Lamarckowskie dziedziczenie cech nabytych: "(...) sądzę, iż nikt nie wątpi, że u naszych zwierząt domowych używanie narządów wzmocniło i zwiększyło niektóre części ciała, nieużywanie zaś je zmniejszyło oraz że takie zmiany są dziedziczne." [505] Jeśli sam Darwin akceptował dziedziczność Lamarckowską, to nie można uważać jej za antydarwinowską. Nawet Weismann nie uważał, by istniał konflikt między zasadą doboru naturalnego a Lamarckowską ideą dziedziczenia. [506]

Jeśli zgodzimy się, że rdzeń współczesnej darwinowskiej teorii ewolucji, ogólna teoria doboru naturalnego, ma charakter metafizyczny, to zgodnie z analizami Wisdoma może ona być sfalsyfikowana (teoretycznie, nie empirycznie) jedynie przez taką teorię, która stowarzyszona jest z niezgodną metafizyką. Metafizyką taką jest (a przynajmniej: może być) przekonanie kreacjonistów, że istnieją nieprzekraczalne granice dla naturalnej zmienności wewnątrz stworzonych typów. Przekonanie to jako zdanie egzystencjalne, podobnie jak ogólna zasada doboru naturalnego, również nie jest empirycznie falsyfikowalne. Ono także występuje (może występować) jako metafizyczny program badawczy generujący empirycznie testowalne podteorie. Ze względu na marginalny charakter współczesnego kreacjonizmu naukowego badania te mają fragmentaryczny i szczątkowy charakter. [507]

* * *

W dzisiejszej nauce kreacjoniści stanowią niewielką i pogardzaną grupkę, lokowaną na peryferiach nauki i często relegowaną poza jej granice. Olbrzymia większość uczonych akceptuje naturalizm jako istotny składnik swego rozumienia naukowości. W tym sensie nauki przyrodnicze mają charakter naturalistyczny — ponieważ tak chce je widzieć większość uczonych. Nie wydaje się, by istniało lepsze uzasadnienie tej cechy nauki, [508] zwłaszcza metodologiczne. Nie ulega wątpliwości, że z tego punktu widzenia naturalizm (przynajmniej w wersji metodologicznej, ale także i metafizycznej) obecnie bezapelacyjnie góruje nad nienaturalistycznym teizmem, nad teizmem chrześcijańskim.

 

Kazimierz  Jodkowski

Przypisy

* Prof. dr hab. Kazimierz Jodkowski, Instytut Filozofii Uniwersytetu Zielonogórskiego, Al. Wojska Polskiego 71A, 65-762 Zielona Góra.

[1] Por. Thomas S. Kuhn, Theory-Change as Structure Change: Comments on the Sneed Formalism, Erkenntnis 1976, vol. 10, s. 191 [179-199].

[2] Ludwik Fleck, O niektórych swoistych cechach myślenia lekarskiego, Archiwum Historii i Filozofii Medycyny oraz Historii Nauk Przyrodniczych 1927, t. 6, s. 63-64 [55-64]). Wspomina o tym T. Schnelle (Ludwik Fleck: Leben und Denken, Zur Entstehung und Entwicklung des soziologische Denkstils in der Wissenschaftsphilosophie, Universität Hamburg, Philosophisches Seminar, 1982, s. 11). Por. też Ludwik Fleck, Odpowiedź na uwagi Tadeusza Bilikiewicza, w: Ludwik Fleck, Powstanie i rozwój faktu naukowego. Wprowadzenie do nauki o stylu myślowym i kolektywie myślowym, Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1986, s. 201 [198-202] (oryginał: Przegląd Współczesny 1939, nr 8-9, s. 175-176).

[3] Patrz Jodkowski, Teza o niewspółmierności...; Jodkowski, Wspólnoty uczonych..., s. 308-432.

[4] Por. na przykład Wendell R. Bird, The Origin of Species Revisited. The Theories of Evolution and of Abrupt Appearance, vol. II: Philosophy of Science, Philosophy of Religion, History, Education, and Constitutional Issues, Philosophical Library, New York 1987, s. 79-165; Stephen C. Meyer, The Methodological Equivalence of Design & Descent: Can There Be a Scientific "Theory of Creation"?, w: J.P. Moreland (ed.), The Creation Hypothesis. Scientific Evidence for an Intelligent Designer, InterVarsity Press, Downers Grove, Illinois 1994, s. 67-112; Duane T. Gish, The Nature of Science and of Theories on Origins, Impact #262, Acts & Facts, April 1995, vol. 24, No. 4; tenże, Natura nauki i teorii pochodzenia, Na Początku... 1997, nr 8A (90), s. 207-215.

[5] Theodosius Dobzhansky, Nothing in Biology Makes Sense Except in the Light of Evolution, The American Biology Teacher 1973, vol. 35, s. 125-129 (przedruk. w: Zetterberg (ed.), Evolution Versus Creationism..., s. 18-28). Por. też jego wcześniejszą wypowiedź: "Wskutek całkowitego nieporozumienia niektórzy chrześcijanie zwalczali Darwinowską ewolucjonistyczną interpretację świata ożywionego, a w końcu i Wszechświata jako całości, chociaż linearna koncepcja czasu leży u podstaw chrześcijańskiej myśli religijnej. W każdym razie w biologii nic nie ma sensu, jak tylko w świetle ewolucji. Można opisywać organizmy żywe nie zadając pytań na temat ich pochodzenia. Jednak opisy te osiągają sens i spójność tylko wtedy, gdy widzi się je w perspektywie rozwoju ewolucyjnego" (Theodosius Dobzhansky, Genetics of the Evolutionary Process, Columbia University Press, New York, NY 1970, s. 5-6). W cytacie tym Dobzhansky błędnie źródło krytyki Darwinowskiego ewolucjonizmu ulokował w niewłaściwej nieliniowej koncepcji czasu, zamiast w materializmie Darwina i w kłopotach związanych z uznaniem makroewolucji.

Ostatnio dwaj autorzy kreacjonistyczni wykorzystali tytuł Dobzhansky'ego do nazwania swojej publikacji, argumentując, że "pewne sprawy w biologii nie mają sensu, jeśli nie zostaną zinterpretowane w świetle doświadczenia" (Paul Nelson and Jonathan Wells, Some Things in Biology Don't Make Sense in the Light of Evolution, Rhetoric and Public Affairs 1998, vol. 1, s. 563 [557-563]). Mimo jednak iż trafnie wskazali na liczne trudności ewolucjonizmu, należy podkreślić, że ich ogólna postawa filozoficzna wyrażona w cytowanym zdaniu niezgodna jest ze współczesnymi poglądami w filozofii nauki, które akcentują pierwotność teorii względem doświadczenia.

 

[6] Por. F. Darwin (ed.), The Life and Letters of Charles Darwin, 1903, vol. 2, s. 202-203.

[7] Dobzhansky, Ayala, Stebbins and Valentine, Evolution..., s. 9.

[8] Mayr, Evolution..., s. 47.

[9] Napisałem "w zasadzie", gdyż wypowiedź w tekście głównym jest nieco zbyt kategoryczna. Oczywiście, astronomowie zajmują się także losami materii pozostałej po "śmierci" pojedynczych gwiazd (np. po wybuchu supernowych) i odróżniają różne gwiezdne populacje. Nadal jednak, moim zdaniem, istnieje jakościowa różnica między rozumieniem ewolucji w biologii i w astronomii.

[10] "Ewolucja to proces dotyczący gatunku, a nie osobników. Nie sposób powiedzieć, że poszczególne organizmy ewoluują" (Dawkins, Ślepy zegarmistrz..., s. 417; por. też tamże, s. 84).

[11] Michał Heller, Pytania, jakie fizyka stawia ewolucji, w: Heller, Życiński, Dylematy ewolucji..., s. 50 [40-50].

[12] Michał Heller, Czas i historia Wszechświata, w: Heller i Życiński, Dylematy ewolucji..., s. 60 [60-68].

[13] Por. następującą wypowiedź: "autorzy nie chcą podawać czegoś w rodzaju definicji pojęcia ewolucji, lecz raczej pragną wniknąć w treść, jaką ono niesie" (Heller i Życiński, Dylematy ewolucji..., s. 51).

[14] Skowron, Ewolucjonizm..., s. 7 (podkreślenie moje - KJ).

[15] Berra, Evolution and the Myth of Creationism..., s. 118-119.

[16] George C. Williams, Światełko mydliczki. O planie i celowości w przyrodzie, Science Masters, Wydawnictwo CiS, Warszawa 1997, s. 10.

[17] Tamże, s. 24.

[18] Ewolucjoniści często utożsamiają świadectwo na rzecz sukcesji gatunków ze świadectwem na rzecz ich ewolucji. Porównaj na przykład następującą wypowiedź Hitchinga: "Jeśli będziecie przesuwać się wzdłuż śladów wiodących w dół, ku głębokościom w wielkich pęknięciach takich jak Wielki Kanion, to możecie ujrzeć przed swymi oczyma niektóre stadia ewolucji zilustrowane przez skamieniałości" (Hitching, The Neck of the Giraffe..., s. 12-13) i Macbetha: "Jednakże niech czytelnik zapamięta, że wielki i łatwy aspekt ewolucji - fakt, iż zmiana miała miejsce oraz że gatunki pojawiały się i znikały - pozostaje nietknięty, nawet jeśli klasyczny darwinizm odłoży się na półkę" (Macbeth, Darwin Retried..., s. 138); "Och, nie, nie występuję przeciwko ewolucji. Ta wydaje mi się wystarczjąco widoczna w warstwach geologicznych" (wypowiedź w: Did Darwin Get It Wrong?..., s. 8; cyt. za: Pearcey, Evolution...). Można jednak spotkać ewolucjonistów wypowiadających się w tej sprawie precyzyjniej. Rachel Flick, autorka artykułu przeglądowego aktualnych krytyk darwinizmu, uznała skamieniałości za argument tylko przeciwko kreacjonizmowi młodej Ziemi: "Ogólnie rzecz biorąc złożone formy życia pojawiają się później niż proste. Świadectwo to silnie świadczy przeciwko jednoczesnemu stworzeniu" (Rachel Flick, In the Beginning..., Policy Review, The Heritage Foundation, Winter 1985, No. 31, s. 58, cyt. za: j.w., podkr. moje - KJ). Prawdopodobnie jednak ona także nie zdaje sobie sprawy z istnienia kreacjonizmu starej Ziemi, gdyż sądzi, że przytoczony przez nią argument skierowany jest przeciwko kreacjonizmowi jako takiemu.

[19] Termin ukuł Phillip E. Johnson (Defeating Darwinism by Opening Minds, InterVarsity Press, Downers Grove, IL 1997, s. 63; por. też Jonathan Wells, Icons of Evolution. Science or Myth? Why Much of What We Teach About Evolution Is Wrong, Regnery Publishing, Inc., Washington 2000, s. 69). Analogię Berry stosowano wiele lat przed nim, ale raczej jako ilustrację trudności związanych z wnioskowaniem o związkach ewolucyjnych na podstawie zewnętrznych podobieństw (por. Rolf Sattler, Methodological Problems in Taxonomy, Systematic Zoology 1964, vol. 13, s. 19-27. Gafę Berry popełnia też Gary M. Feinman (por. Images of the Past, 2nd ed., Mayfield Publishing, Mountain View, CA 1997, s. 3), a także Ian Plimer (por. Creation science. Neither sciencenor religion, Australasian Sciences January/February 2001, s. 36 [36-37]), który uważa, że rezultatem ewolucji jest samolot i pułapka na myszy (dziękuję Stephenowi E. Jonesowi (sejones@iinet.net.au) z Perth w Australii, za dostarczenie mi tekstu tego ostatniego artykułu).

[20] Opis Arystotelesowskiej definicji gatunku znaleźć można w książce Marjorie Grene, A Portrait of Aristotle, Phoenix Books, University of Chicago Press 1963.

[21] Wildiers, Obraz świata..., s. 165.

[22] Jeszcze pół wieku temu Carl F.H. Henry twierdził, że stałość stopni bytu jest istotnym elementem biblijnej idei stworzenia: "Istotne dla biblijnej idei stworzenia są trzy elementy (1) suwerenny umysł i wola, (2) pochodzenie wskutek rozkazu typu fiat, (3) stałe stopnie bytu i życia. Bez względu na inne dodatki doczepiane do hebrajsko-chrześcijańskiej doktryny pochodzenia, te są jej pierwotnymi i określonymi składnikami" (Carl F.H. Henry, Science and Religion, w: Carl F.H. Henry (ed.), Contemporary Evangelical Thought: A Survey, Baker, Grand Rapids MI 1968 (1st ed. 1957), s. 251). Opis i historię idei Wielkiego Łańcucha Bytu znaleźć można w studium Arthura A. Lovejoya, The Great Chain of Being, Harvard University Press, Cambridge 1964.

[23] W sprawie pojęcia "baramin" por. uwagi w dalszej części artykułu.

[24] Ramm, The Christian View..., s. 191.

[25] Henry M. Morris, That You Might Believe, Good Books, Inc., Chicago 1946, s. 48-49.

[26] Na pierwszeństwo Blytha zwrócił uwagę Loren C. Eiseley, profesor antropologii i historii nauki na Uniwersytecie Pennsylvanii: "główne cele pracy Darwina - walka o byt, zmienność, dobór naturalny i dobór płciowy - wszystkie są w pełni wyrażone" w artykule Blytha z 1835 roku (Loren Eiseley, Darwin and theMysterious Mr. X, E.P. Dutton, New York 1979, s. 55). Eiseley stwierdził też, że "Darwin wykorzystał dzieło Blytha, nie przyznając się do tego" (tamże, s. 59). W tej sprawie por. Paul G. Humber, Natural Selection - A Creationist's Idea, Acts & Facts 1997, vol. 26, No. 1, Impact No. 283; tenże, Dobór naturalny to pomysł pewnego kreacjonisty, Na Początku... sierpień 1997, nr 8A (90), s. 201-207. Por. też opinię Gary'ego E. Parkera w: Morris and Parker, What Is Creation..., s. 48 oraz powtarzającego za nim tę opinię Mieczysława Pajewskiego, Darwin i natura zmiany biologicznej..., 1986, s. 10, tenże, Stworzenie czy ewolucja?..., s. 59, 66.

Jednak czołowy kreacjonista współczesny, Henry M. Morris, twierdzi, że koncepcję doboru naturalnego formułował już Erazm Darwin, dziadek Karola Darwina, w swojej książce Zoonomia (por. Morris, History of Modern Creationism..., s. 35; por. też C.D. Darlington, The Origin of Darwinism, Scientific American, May 1959, No. 201, s. 62-66 oraz A.G. Tilney, Erasmus Darwin: the True Father of Evolution, Evolution Protest Movement, pamphlet No. 88, July 1971). Brian J. Ford, który także uważa, że Karol Darwin spopularyzował jedynie znaną w jego czasach ideę, cytuje nawet Erazma Darwina dowodząc wtórności tego, o czym pisał jego wnuk (Brian J. Ford, Time to put Darwin back in his box, Boz magazine October 1998, vol. 54, No. 9;). Karol Darwin przyznał, że czytał dzieło swego dziadka, ale miało ono nie wywrzeć na niego żadnego wpływu, co Ford skomentował sarkastycznie: "Jeśli w to uwierzycie, to uwierzycie we wszystko".

Można sięgać nawet jeszcze wcześniej, bo sto lat przed Karolem Darwinem, do tego, o czym pisał francuski uczony Pierre Maupertuis (por. Morris, History of Modern Creationism..., s. 37). Ford zwraca też uwagę na książkę Patricka Matthew z 1831 roku pt. Naval Timber and Arboriculture. Jej autor, hodowca drzew, umieścił w niej rozdział poświęcony doborowi naturalnemu, który tak określił:

Istnieje uniwersalne prawo przyrody, które dąży do utrzymania każdego rozmnażającego się organizmu w postaci najlepiej dopasowanej do swoich warunków.

I tak kontynuował:

Organizmy, które nie posiadają wymaganej siły, szybkości, twardości czy sprytu giną przedwcześnie nie wydając potomstwa (...), a ich miejsce zajmują organizmy doskonalsze z jego własnego rodzaju.

Nie można przypuścić, by Darwin nie słyszał o tej książce, gdyż przyznał, że Matthew wyprzedził o wiele lat wyjaśnienie, jakie on sam zaofiarował pod nazwą doboru naturalnego. Dodał też obietnicę, że jeśli jego książka O powstawaniu gatunków zostanie wznowiona, doda odpowiednią notkę. Obietnicę tę złamał.

Ford dodał, że książka Matthew miała wpływ na ówczesne społeczeństwo, gdyż została wykluczona z wielu bibliotek. Patrząc z tego punktu widzenia Darwin upowszechniał już popularną myśl. Popiera to twierdzenie zdaniem, jakie znajduje się we Wstępie do innej książki Darwina O pochodzeniu człowieka: "Wniosek, że człowiek tak jak inne gatunki jest potomkiem jakiejś dawnej niższej i wymarłej formy, nie jest bynajmniej nowy" [PWRiL, Warszawa 1959, s. 2-3].

Nie kwestionuję tezy Forda, że Darwin upowszechniał już popularną w jego czasach myśl, jednak nie mogę się zgodzić, by powyższy cytat ze Wstępu do O pochodzeniu człowieka był dobrym argumentem. Darwin bowiem wymienia dalej szereg uczonych, w tym nie tylko poprzedników, ale i takich, którzy pisali w okresie między ukazaniem się O powstawaniu gatunków (1859) i ukazaniem się O pochodzeniu człowieka (1871).

Ford przypomina, że teorię doboru naturalnego Francisa Matthew rozwinął Alfred Russel Wallace w artykule "On the Tendency of Varieties to Depart Indefinitely from the Original Type" (O tendencji odmian do nieograniczonego odchylania się od początkowego typu), a słynna prezentacja w Towarzystwie Linneuszowskim w 1858 roku dotyczyła prac obu uczonych, Wallace'a i Darwina.

Jednak Peter J. Bowler broni honoru Darwina:

Jedna rzecz jest obecnie jasna: Darwin nie zapożyczył idei doboru naturalnego od żadnego wcześniejszego autora. Kilku przyrodnikom przypisywano antycypowanie odkrycia doboru naturalnego, głównie Williamowi Charlesowi Wellsowi, Patrickowi Matthew i Edwardowi Blythowi. Notatki [Darwina] potwierdzają fakt, że nie czerpał on niczego istotnego z tych źródeł i wątpliwe jest, czy którykolwiek z tych tak zwanych prekursorów selekcjonizmu antycypował prawdziwego ducha teorii Darwina.

(Peter J. Bowler, Evolution: The History of an Idea, University of California Press, Berkeley 1989, s. 165).

Bowler odrzuca zarzut o plagiat idei doboru naturalnego ze strony Darwina (mówiąc łagodnie o ewentualnej antycypacji wcześniej żyjących biologów), ale opiera się na notatkach samego Darwina, co w przypadku oskarżenia o plagiat nie jest mocnym argumentem. Pisze też wykrętnie o tym, że nie ma mowy o antycypowaniu "prawdziwego ducha teorii Darwina". Czytelnik tych słów może więc podejrzewać, że jednak jakieś antycypacje teorii Darwina były, tyle że nie jej "prawdziwego ducha", co jest oczywiste, bo inaczej cała teoria Darwina byłaby jednym wielkim plagiatem.

Honoru Darwina broni też Gould, wskazując, że chociaż o doborze naturalnym mówiono przed Darwinem, to jednak istota twierdzeń Darwina nie polega tylko na odwołaniu się do doboru:

Darwiniści nie mogą twierdzić po prostu, że dobór naturalny działa, gdyż każdy, w tym Paley i teologowie naturalni, bronili doboru jako mechanizmu odrzucania niedopasowanych jednostek w obu skrajnościach i zachowywania nietkniętego na zawsze stworzonego typu. Istota darwinizmu leży w twierdzeniu, że dobór naturalny jest główną siłą kierującą ewolucji, na tym, że stwarza on dopasowane fenotypu przez zróżnicowane zachowanie pokolenie za pokoleniem najlepiej przystosowanych organizmów z puli przypadkowych wariantów, która dostarcza tylko surowego materiału, a nie samego kierunku. Dobór naturalny jest stwórcą; buduje on stopniowo adaptację.

(Stephen Jay Gould, Darwinism and the Expansion of Evolutionary Theory, Science April 23, 1982, vol. 216, s. 380-382 [380-387]).

Eiseley nie uwzględnił tej roli doboru naturalnego i na tym polegał jego błąd:

Brak spostrzeżenia, że wszyscy kreacjoniści akceptowali dobór w tej negatywnej roli doprowadził Eiseleya do fałszywego wniosku, że Darwin "pożyczył" zasadę doboru naturalnego od swojego poprzednika, E. Blythe'a. Klasyczne dzieło czcigodnego Williama Paleya Natural Theology, opublikowane w 1803 roku, również zawiera wiele odnośników do selektywnej eliminacji.

(Gould, Darwinism..., s. 386, ods.).

 

[27] Erickson, Christian Theology..., s. 481-482.

[28] Por. Morris and Parker, What Is Creation..., s. 84-85; Pajewski, Zmienność..., s. 17; tenże, Stworzenie czy ewolucja?..., s. 91-92; Lane P. Lester, The History of Life, Creation Research Society Quarterly 1994, vol. 31, No. 2, s. 97 [95-97]. Dziwne, że Erickson przypisuje kreacjonistom typu fiat ideę stworzenia wszystkich istniejących gatunków (patrz wypowiedź Ericksona wyżej). Nie dziwi jednak fakt, że ewolucjoniści nagminnie przypisują kreacjonistom ideę stworzenia każdego gatunku z osobna (por. Dobzhansky, Mankind Evolving..., s. 6).

Zaskakujące jest, że kreacjonista Maciej Giertych utrzymuje, że istnieje stałość biologiczna na poziomie gatunku: "kwestionujemy przemienność jednego gatunku w drugi, czyli 'powstawanie gatunków', co postulował Darwin" (Giertych, W odpowiedzi..., w: Moczydłowski (red.), Pan Bóg czy dobór naturalny..., s. 36; jest to jeden z nielicznych znanych mi kreacjonistów głoszących taki pogląd, co może świadczyć o tym, że ten czołowy polski kreacjonista jest przynajmniej do pewnego stopnia odizolowany od głównych ośrodków kreacjonistycznych). Przez kreacjonistów uznawane jest to za "poważne niezrozumienie kreacjonizmu". Por. taką właśnie opinię kreacjonisty Gibsona w recenzji książki dwu ewolucjonistów utrzymujących o kreacjonistach podobny do Giertycha pogląd (L. James Gibson, Mysterious solutions. Review: M.A. Edey and D.C. Johanson, Blueprints: Solving the Mystery of Evolution, Little, Brown and Co., Boston, Massachusetts 1989, Origins 1993, vol. 20, No. 1, s. 41 [41-42]; Edey i Johanson przypisują błędnie kreacjonistom wiarę w stałość gatunków na s. 50 swojej książki). Giertych jednak zdaje sobie sprawę z płynności granic międzygatunkowych i z częściowo konwencjonalnego charakteru wyznaczania tych granic, co zbliża jego stanowisko do poglądów kreacjonistów amerykańskich i zmniejsza wspomniane "poważne niezrozumienie" (por. Giertych, W odpowiedzi..., s. 31-32, przedruk w: Moczydłowski (red.), Pan Bóg..., s. 35-36).

Przypuszczalnie ta płynność i konwencjonalność granic międzygatunkowych jest przyczyną twierdzenia Alana H. Lintona, emerytowanego profesora bakteriologii na Uniwersytecie w Bristolu, że nie zaobserwowano dotąd wyewoluowania jednego gatunku w drugi:

Ponieważ większość teorii, jeśli wykaże się ich fałszywość, jest odrzucana przez uczonych, Eldredge twierdzi, że po 150 latach nauce nie udało się obalić teorii ewolucji, a więc "ewolucjonizm zatryumfował". Innymi słowy, teoria ewolucji opiera się na niepowodzeniu nauki w próbach wykazania, że jest ona fałszywa. Mimo to wierzy on, że teorię tę można naukowo testować.

Ale gdzie jest świadectwo eksperymentalne? Żadne takie nie istnieje w literaturze, która twierdzi,że wykazano wyewoluowanie jednego gatunku w inny. Bakterie, najprostsza forma niezależnego życia, są idealne dla tego rodzaju badania, gdyż ich czas na pojawienie się nowego pokolenia wynosi od 20 do 30 minut, a całe populacje osiąga się po 18 godzinach. Ale w ciągu 150 lat istnienia bakteriologii nie pojawiło się żadne świadectwo, że jeden gatunek bakterii zmienił się w inny, pomimo faktu, że populacje ich wystawiano na działanie mocnych chemicznych i fizycznych mutagenów i że - co jest wyjątkowe - bakterie posiadają pozachromosomowe przekazywalne plazmidy. Ponieważ nie ma świadectwa na rzecz zmian gatunkowych między najprostszymi formami jednokomórkowego życia, nie jest niespodzianką, że nie ma świadectwa na rzecz ewolucji od komórek prokariotycznych do eukariotycznych, a co dopiero w całym zakresie wyższych wielokomórkowych organizmów.

(Alan Linton, Scant Search for the Maker [Review of: The Triumph of Evolution and the Failure of Creationism. By Niles Eldredge. Freeman, 223 pp, Pounds 18.99. IBSN 0 7 167 3638 1], The Times Higher Education Supplement, April 20, 2001, Section: Books; Biological Science; No. 1483, s. 29; http://www.jodkowski.pl/archiwum/).

Podobną opinię wyraża ewolucjonista Schwartz, choć nie wątpi w istnienie ewolucji: "(...) nadal jest faktem, że za wyjątkiem twierdzenia Dobzhansky'ego o nowych gatunkach muszki owocowej, formowania się nowych gatunków przy użyciu jakiegokolwiek mechanizmu, nigdy nie zaobserwowano" (Jeffrey H. Schwartz, Sudden Origins: Fossils, Genes, and the Emergence of Species, Wiley, New York 1999, s. 300).

Inny rzadki przypadek, by kreacjonista kwestionował ewolucyjne powstawanie nowych gatunków por. w artykule Joe Spearsa (Joe Spears, The Myth of Science versus Creation, TASC August 2001, http://members.aol.com/dwr51055/tasc/taschome.htm; http://www.jodkowski.pl/archiwum/).

 

[29] Eiseley, Darwin..., s. 54.

[30] Morris, Scientific Creationism..., s. 52.

[31] Gould, Ever Since Darwin, W.W. Norton, New York 1977, s. 11-12.

[32] George Gaylord Simpson, The Meaning of Evolution, Yale University Press, New Haven 1949, s. 224.

[33] Adam Łomnicki, Teoretyczne podstawy socjobiologii, Znak, styczeń 1991, t. 43, nr 428, s. 45 [43-52]). Tekst ten może ponadto sugerować utożsamianie przez jego autora teorii ewolucji z teorią doboru naturalnego, ale Łomnicki jest zbyt dobrym biologiem, bym nie mógł przypuszczać, że wrażenie takie powstaje tylko wskutek bądź nietrafnego doboru słów, bądź skrótowości wypowiedzi.

[34] Kozłowski, Ewolucja biologiczna..., s. 57.

[35] Por. Theodosius Dobzhansky, Genetics and the Origin of Species, Columbia University Press 1937, s. 12. Por. też D.A. Alexandrov, Filipchenko and Dobzhansky: Issues in Evolutionary Genetics in the 1920s, w: M.B. Adams (ed.), The Evolution of Theodosius Dobzhansky, Princeton University Press 1994 oraz John Wilkins, Macroevolution.

[36] Henryk Szarski, Makroewolucja, w: Krzanowska, Łomnicki, Rafiński, Szarski, Szymura (red.), Zarys mechanizmów..., s. 323 [323-348].

[37] Gould, Powrót obiecujących potworów..., s. 192 (tekst ten przytacza i komentuje kreacjonista Gary E. Parker; por. Morris, Parker, What Is Creation Science?..., s. 74 oraz Gary E. Parker, Creation: Facts of Life, Master Books, Colorado Springs, CO 1994, s. 104-105). Por. też Kazimierz Kloskowski, Kilka uwag na temat syntetycznej teorii ewolucji, Studia Philosophiae Christianae 1988, Rok 24, Nr 1, s. 195 [193-201]. Niektórzy ewolucjoniści zaprzeczają jednak, by mikro- i makroewolucja różniły się jakościowo (por. George Gaylord Simpson, The Major Features of Evolution, New York 1953, s. 339). Inni natomiast uważają, że problem ten jest otwarty:

Ogólnie rzecz biorąc w całej książce większy nacisk kładziemy na procesy i czynniki działające na poziomie mikroewolucyjnym (czyli w ramach pojedynczego gatunku, jak zdefiniujemy ten termin), niż na procesy i czynniki działające na poziomie makroewolucyjnym (czyli między takimi klasami jak ssaki i ptaki czy takimi wyższymi kategoriami jak kręgowce i bezkręgowce)

(I. Michael Lerner, William J. Libby, Heredity, Evolution, and Society, W.H. Freeman, San Francisco (1968) 1976, s. 4).

Debatę nad realnością czy prawdopodobieństwem ewolucji ogólnie rzecz biorąc toczono przy nieobecności uzgodnionej definicji ewolucji. Wśród biologów populacyjnych ogólnie przyjęta definicja ewolucji brzmiała następująco: zmiana w częstości genów. (Dokładniejsza definicja: "zmiana w częstości alleli". Allele są alternatywnymi stanami genu, wywołanymi przez mutacje, które zmieniają przesłanie genetyczne, a przez to zwykle zmieniają rodzaj, ilość lub moment produkowania polipeptydów. [...]). Jeśli przyjmie się tę definicję, to kontrowersja, gdzie nadal istnieje ewolucja, przyjmuje następującą postać: jakie poziomy ewolucji stanowią istotną ewolucję oraz czy wyższe poziomy ewolucji można wyjaśnić tymi samymi siłami i zasadami jak niższe poziomy. W następującej dyskusji będziemy rozważali głównie niższe poziomy ewolucji, czasami zwane mikroewolucją, gdzie "zmiana w częstości alleli" wyraźnie wystarcza jako adekwatna definicja.

(tamże, s. 66).

 

[38] Mayr, One Long Argument..., s. 182. Podobną definicję dał filozof Elliott Sober: "Ewolucjoniści używają terminu mikroewolucja, by opisać zmiany, jakie zachodzą w ramach trwałego gatunku i w wyższych taksonach" (Elliott Sober, Philosophy of Biology, 2nd edition, Westview Press, Boulder, Colorado 2000, s. 2).

Kreacjonista Wayne Frair przypomniał, że niektórzy ewolucjoniści używali też pojęcia megaewolucji oprócz mikro- i makroewolucji:

Makroewolucja jest tą formą ewolucji, o której zwykle naucza się dzisiaj w szkołach średnich, świeckich koledżach i na uniwersytetach (ods. 1). Brytyjski uczony, Kerkut, nazywa ją "ogólną teorią ewolucji". Stwierdza ona, że z substancji nieożywionej powstał pierwszy ożywiony materiał, który dalej reprodukował się i różnicował, tworząc wszystkie główne kategorie wymarłych i istniejących organizmów.

(Odsyłacz 1) Terminu "megaewolucja" niektórzy używają, gdy odnoszą się do ewolucji największych kategorii organizmów, a terminu "makroewolucja", gdy odnoszą się do nieco mniejszych kategorii. My jednak preferujemy używanie terminu "makroewolucja" w jego najwcześniejszym sensie, gdy odnosi się on do wszystkich tzw. dużych zmian i odróżniamy go tylko od mikroewolucji, która odnosi się do małych zmian. W tej broszurze zamiast używania terminu "mikroewolucja" używamy terminu "dywersyfikacja", który dotyczy małych zmian, mianowicie tych, które wytworzyły wielokształtność organizmów żywych z jednorodnego początkowego stworzenia.

(Wayne Frair, The Case for Creation, Moody Press, Chicago 1967, s. 22).

 

[39] Robert L. Carroll, Vertebrate Paleontology and Evolution, W.H. Freeman and Co., New York 1988, s. 576.

[40] Por. tamże, s. 576-581.

[41] Por. tamże, s. 577.

[42] Dobzhansky, Ayala, Stebbins and Valentine, Evolution...

[43] Nie są w tej sprawie odosobnieni: "Należy wszak podkreślić, że syntetyczna teoria ewolucji w odniesieniu do zdarzeń makroewolucyjnych, pomimo wspierania jej znaczącymi danymi z różnych dziedzin, pozostała w zasadzie nie udowodniona" (Solomon Eldra Pearl, Linda R. Berg, Diana W. Martin, Claude A. Villee, Biologia, Multico Oficyna Wydawnicza, Warszawa 1996, s. 445). Zwroty takie jak "pomimo wspierania jej znaczącymi danymi", "pozostała w zasadzie" świadczą, że wyznanie to nie przychodzi łatwo. Roger Lewin twierdzi natomiast, że czołowi darwiniści zebrani na konferencji w Chicago w 1980 roku, którzy zastanawiali się, "czy mechanizmy leżące u podstaw mikroewolucji można tak ekstrapolować, by wyjaśnić zjawiska makroewolucji", odpowiedzieli wyraźnie negatywnie na to pytanie (por. Lewin, Evolutionary Theory..., s. 883; wypowiedź Lewina cytował z wyraźnym zadowoleniem kreacjonista Parker; por. Morris, Parker, What Is Creation Science?..., s. 74-75; Parker, Creation: Facts of Life..., s. 105-106).

[44] L. Harrison Matthews, Introduction to Darwin's The Origin of Species, J.M. Dent & Sons Ltd, London 1971, s. xi. "Ćmy pieprzowe pozostały ostatecznie od początku do końca gatunkiem Biston betularia (...). Nic więc się nie zmieniło za wyjątkiem wzajemnego stosunku liczbowego" (Hitching, The Neck of the Giraffe..., s. 53). Dlatego Geisler uznał, że dobór naturalny nie może wyjaśnić pojawienia się nowych form życia, a jedynie przetrwanie już istniejących form (por. Geisler, Is Man the Measure..., s. 145). Por. też w tej sprawie Morris and Parker, What Is Creation..., s. 44-48; Pajewski, Darwin i natura zmiany biologicznej..., 1986, s. 7-11, 1987, s. 8-9; tenże, Stworzenie czy ewolucja?..., s. 58-59 oraz John D. Morris, Do Peppered Moths Prove Evolution?, Acts & Facts April 1994, vol. 23, No. 4, Back to Genesis No. 64.

[45] Na przykład Jeffrey Schwartz używając przykładu z ćmami Kettlewella mówi, że "ekstrapolacja polega na tym, że jeśli mamy wystarczająco dużo czasu, jakiś gatunek może ulec takiej modyfikacji, że stanie się odmiennym gatunkiem" (Schwartz, Sudden Origins..., s. 38). W tym kontekście mówi on też o "płetwach, które stają się kończynami zakończonymi stopami" (tamże, s. 38) oraz o mechanizmie wyłaniania się ludzi z małp, czyli o niewątpliwej makroewolucji. Bardzo mocno poglądu, iż procesy mikroewolucyjne w dłuższej perspektywie stają się procesami makroewolucyjnymi, broni Paul Ehrlich:

Te same procesy (...), które wywołują ewolucję w populacjach (mikroewolucję), również powodują, że populacje różnicują się i kształtują odmienne rodzaje organizmów. Stworzenie nowego gatunku jest, obok zmian ewolucyjnych w ramach gatunku, mechanizmem, który generuje większe wzorce ewolucyjne — takie jak dywersyfikację kręgowców na ryby, płazy, gady, ptaki, ssaki i tak dalej.

(Paul R. Ehrlich, Human Natures, Shearwater Books, Washington, D.C. 2000, s. 46).

 

[46] "To, czy procesy obserwowalne w istniejących populacjach i gatunkach (mikroewolucja) wystarczają do wyjaśnienia wielkoskalowych zmian widocznych w dłuższych okresach historii życia (makroewolucji), jest przedmiotem długotrwałego sporu w biologii ewolucyjnej. Nie znający tej bogatej literatury mogą być zaskoczeni, że nie istnieje powszechna zgoda w tej sprawie i że na obu krańcach utrzymywane są mocne stanowiska, przy czym wielu jest niezdecydowanych" (Sean B. Carroll, The Big Picture, Nature February 8, 2001, vol. 409, s. 668).

[47] "Makroewolucja nie ma związku z mikroewolucją” (Steven M. Stanley, Macroevolution: Pattern and Process, W.H. Freeman and Co., San Francisco 1979, s. 187).

[48] Por. na przykład w tej sprawie następujące opinie autorów niekreacjonistycznych:

"Zmienność, dziedziczność i procesy różnicowania się w ramach gatunku można badać eksperymentalnie, czego nie można robić z większymi zmianami ewolucyjnymi" (Simpson, The Meaning..., s. 237).

"Większe kroki ewolucyjne znajdują się nadal poza zasięgiem bezpośredniej obserwacji" (Theodosius Dobzhansky, Genetics and the Origin of Species, Columbia University Press, New York 1951, s. 94).

"Powstawanie nowych gatunków pozostaje problemem nie rozwiązanym, pomimo istnienia różnorakich teorii ewolucji (biochemicznych, chemicznych, biologicznych); najczęściej przyjmuje się bez dowodu, iż ewolucja zakłada powielanie się gatunków; w przyrodzie i w eksperymencie zauważa się zmiany mutacyjne w genach, garniturach chromosomów, w osobnikach, rasach i populacjach; nie stwierdzono jednak wykraczania mutacji poza granice gatunku (P. Overhage). (...) Badania laboratoryjne nad poliploidalnością roślin ukazują możliwość wytwarzania gatunków syntetycznych (uzyskana w 30-tych latach XX w. roślina synthetic galeopsis tetrahit miała stanowić nowy gatunek; okazało się jednak wkrótce, że nie różni się ona od dzikiego gatunku galeopsis tetrahit); wg L. von Bertalanffy'ego, poza niektórymi wypadkami u roślin poliploidów nie powstał nowy gatunek będący w zasięgu obserwacji, z wyjątkiem zmian 'mikroewolucyjnych'; w przyrodzie istnieją formy panchroniczne, czyli takie, które w ciągu długiego czasu nie uległy większym zmianom ewolucyjnym (np. triops cancriformis w ciągu 170 mln lat, lingula w czasie 400 mln lat uległy niewielkim przekształceniom); przyjmuje się trwałość biotypów (całokształt czynników zewnętrznych warunkujących trwanie życia) i stałość istotnych cech życia na różnych stopniach jego struktury morfologicznej i funkcjonalnej" (Ewolucja, w: Encyklopedia Katolicka, t. IV, Towarzystwo Naukowe Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, Lublin 1985, szp. 1448 [1442-1449]; autorem cytowanej opinii jest Julisław Łukomski).

I powtórzmy ważne i niezwykle rzadkie w literaturze ewolucjonistycznej wyznanie: "Należy wszak podkreślić, że syntetyczna teoria ewolucji w odniesieniu do zdarzeń makroewolucyjnych, pomimo wspierania jej znaczącymi danymi z różnych dziedzin, pozostała w zasadzie nieudowodniona" (Pearl, Berg, Martin, Villee, Biologia..., s. 445).

Oczywiście, intencją żadnego z wyżej cytowanych autorów nie jest, że większe zmiany ewolucyjne są fikcyjnej natury, jak chcieliby kreacjoniści, ale że wymykają się, jak dotąd, eksperymentalnej i obserwacyjnej kontroli.

 

[49] V.C. Wynne-Edwards, Animal Dispersion in Relation to Social Behaviour, Oliver and Boyd, Edinburgh 1962. Por. też Adam Łomnicki, Antoni Hoffman, Poziom działania doboru naturalnego: dobro gatunku, dobór gatunków i dobór grupowy, Kosmos 1987, nr 36, s. 433-455.

[50] W.D. Hamilton, The Genetical Evolution of Social Behaviour, Journal of Theoretical Biology 1964, vol.7, s. 1-52. Por. też Adam Łomnicki, Dobór krewniaczy, Wiadomości Ekologiczne 1989, nr 25, s. 23-40.

[51] Por. Adam Łomnicki, Strategia ewolucyjnie stabilna, Kosmos 1987, nr 36, s. 357-374.

[52] Na temat sensu słowa "rodzaj" patrz niżej.

[53] Por. Henry M. Morris, The Microwave of Evolution, Acts & Facts August 2001, Back to Genesis No. 152.

[54] Jak twierdzi na przykład Niles Eldredge (The Triumph of Evolution and the Failure of Creationism, W.H. Freeman and Co., New York 2000, s. 200).

[55] Por. na przykład: "Nie jest więc wykluczone, że 'rzędy' tego paleontologa odpowiadają 'rodzajom' Księgi Rodzaju. (...) To, czy rodzaje z Księgi Rodzaju odpowiadają dokładnie rzędom nauki, może nam powiedzieć tylko dalsze wyczerpujące badanie. Biblia po prostu przeprowadza podziały naturalne; zadaniem uczonego jest ich zlokalizowanie" (Edward J. Carnell, An Introduction to Christian Apologetics, Eerdmans, Grand Rapids, MI 1948, s. 239-240; Carnell był progresywnym kreacjonistą). Od Darwina dowiedzieć się można, że poglądy takie utrzymywano i w jego czasach: "Niektórzy wybitni przyrodnicy niedawno jeszcze utrzymywali, że wielka ilość domniemanych gatunków należących do różnych rodzajów nie stanowi prawdziwych gatunków, lecz że pozostałe stanowią rzeczywiste, tj. niezależnie stworzone gatunki". Darwin ostro poglądy takie krytykował:

Jest to, zdaje mi się, wniosek bardzo dziwny. Przypuszczają oni, że mnóstwo form — które sami uważali niedawno za istoty odrębnie stworzone (...), a które mają tym samym wszystkie zewnętrzne, charakterystyczne cechy prawdziwych gatunków — zostało wytworzonych przez zmienność, nie ośmielają się jednak poglądu tego zastosować i do innych form nieznacznie tylko się różniących. Pomimo to nie twierdzą oni jednak, aby mogli podać definicję czy też tylko jej próbę określającą, jakie organizmy zostały stworzone, jakie zaś powstały na skutek wtórnych praw. Dopuszczają oni w jednym przypadku przemianę, jako vera causa, a odrzucają ją dowolnie w innym, niewyjaśniając w żaden sposób różnic dzielących te przypadki. Nadejdzie dzień, kiedy będzie się to przytaczać jako szczególny przykład zaślepienia przez z góry powzięte poglądy.

(Darwin, O powstawaniu gatunków..., s. 508).

 

[56] Nie wszyscy o tym pamiętają. Por. na przykład następujące cytaty: "istniejący gatunek jest niezmienny w swojej istocie (fundamentalizm)" (Piotr Lenartowicz SJ, O Biblii, ewolucji i wiarygodności, Znak nr 428, styczeń 1991, s. 96 [93-99]); "nie ma absolutnie żadnych powodów, by Boże działanie stwórcze łączyć z doktryną o niezmienności gatunków" (Bp Józef Życiński, Bóg i ewolucja, Tygodnik Powszechny 1997, nr 1 (2478), s. 10 [1, 10]); "(...) kreacjonizm 'młodej Ziemi', przekonanie, że świat liczy sobie około 6 tysięcy lat i że każdy gatunek został oddzielnie stworzony przez Boga” (Peter Keating, God and Man in Oz, George Magazine October 2000, http://www.georgemag.com/xp6/George/Features/1000/Kansas.xml).

[57] Por. np. Eldredge, The Monkey Business..., s. 115-119; Kitcher, Abusing Science..., s. 151-155; F.T. Awbrey, Defining 'Kinds' — Do Creationists Apply a Double Standard?, w: Zetterberg (ed.), Evolution versus Creationism..., s. 278-284; J. Cracraft, Systematics, Comparative Biology, and the Case against Creationism, w: Godfrey (ed.), Scientists Confront Creationism..., s. 164-169 [163-191]; Futuyma, Science on Trial..., s. 187; I. Gepner, The Fallacy of Kinds, w: Pastner and Haviland (eds.), Confronting the Creationists..., s. 71; Strahler, Science and Earth History..., s. 361-363, 430, 474; L.R. Godfrey, Creationism and Gaps in the Fossil Record, w: Godfrey (ed.), Scientists Confront Creationism..., s. 208-209 [193-218].

[58] Por. Morris and Parker, What Is Creation... oraz Pajewski, Stworzenie czy ewolucja?...

[59] David J. Tyler, Herbivores, Carnivores and the Created Order, Creation Matters May/June 1996, vol. 1, No. 3, s. 1-2.

[60] Por. Lane P. Lester and Raymond G. Bohlin, The Natural Limits to Biological Change, Zondervan Publishing House/Probe Ministries 1984. Por. też Lane P. Lester, The History of Life, Creation Research Society Quarterly 1994, vol. 31, No. 2, s. 96-97 [95-97].

[61] Por. Frank L. Marsh, Evolution, Creation, and Science, 2nd edition, Review and Herald Publishing Association, Washington, D.C. 1947 (pierwsze wydanie 1944), s. 174; tenże, Studies in Creationism, Review and Herald Publishing Association, Washington, D.C. 1950, s. 237-251; tenże, Life, Man, and Time, Pacific Press Publishing Association, Mountain View, California 1957, s. 118; tenże, The Genesis Kinds in the Modern World, Creation Research Society 1964 Annual, s. 30-38; oraz tenże, Variation and Fixity in Nature, Pacific Press Publishing Association, Mountain View, California 1976, s. 36-37. Por. też Taylor, The Illustrated..., s. 28 i 83. Kreacjonista ReMine uważa jednak, że termin "baramin" cierpi na te same techniczne problemy, co "rodzaj" (por. Walter ReMine, The Biotic Message. Evolution versus Message Theory, St. Paul Science, Saint Paul, Minnesota 1993, s. 514).

[62] "Największa trudność związana z gatunkami polega na zdecydowaniu, czym one są. (...) Żadna definicja jak dotąd nie zadowoliła wszystkich przyrodników. (...) Pewien tekst dotyczący ewolucji dokonuje przeglądu siedmiu określeń znaczenia tego mitycznego słowa i — jak każdy wysiłek narzucenia porządku chaosowi życia — ponosi klęskę" (Steve Jones, Almost Like a Whale, Random House, New York 1999, s. 57); "Nie uważam, by zdolność do krzyżowania się była nieomylnym testem czy definicją gatunku. Nikomu się jeszcze nie udało stworzyć definicji gatunku, która obejmowałaby wszystkie przypadki" (Patterson, Evolution..., 2nd ed. 1999, s.3). Podczas gdy wielu biologów akceptuje gatunki jako rzeczywiste odrębne byty przyrody, np. Gould, Eldredge, Ridley, to inni, np. Dawkins, Maynard Smith, George Williams, podkreślając ciągłość życia, nie podkreślają samego istnienia gatunków, a w wielu przypadkach nie zwracają na nie szczególnej uwagi (por. Niles Eldredge, Reinventing Darwin: the great debate at the high table of evolutionary theory, Wiley, New York 1995, s. 7).

[63] Scherer ze współpracownikami zdefiniowali na podstawie badań nad hybrydyzacją 14 podstawowych typów (por. Siegfried Scherer (ed.), Typen des Lebens, Pascal-Verlag, Berlin 1993), ale jest to tylko niewielki ułamek wszystkich form żywych. W ten sposób przynajmniej niektóre zarzuty Darwina, przytoczone wyżej w ods. 55, zostały zneutralizowane. Por. też Siegfried Scherer, Basic Types of Life. Evidence for Design from Taxonomy?, w: William A. Dembski (ed.), Mere Creation. Science, Faith & Intelligent Design, InterVarsity Press, Downers Grove, Illinois 1998, s. 195-211.

[64] Darwin, O powstawaniu gatunków..., s. 511.

[65] Kreacjonista Parker odrzuca używanie terminu "mikroewolucja" nie z tego powodu, ale aby nie legitymizować pojęcia "ewolucja" (por. Parker, Life: Facts of Life..., s. 128).

[66] Paul K. Feyerabend, Changing Patterns of Reconstructions, The British Journal for the Philosophy of Science 1977, vol. 28, s. 363-364 [351-369].

[67] Jodkowski, Wspólnoty uczonych..., s. 329, ods. 60. Por. też Piotr Giza, Problem przedmiotów teoretycznych, w: Jodkowski (red.), Teoretyczny charakter wiedzy..., s. 288 ods. * [271-291].

[68] Por. wyżej odsyłacze 67-68 na s. 30.

[69] Delvin Lee Ratzsch, The Battle of Beginnings: Why Neither Side Is Winning the Creation-Evolution Debate, InterVarsity Press, Downers Grove, Ill. 1996, s. 187-188.

[70] Denton, Evolution: A Theory in Crisis..., s. 154-155.

[71] D.L. Wilcox, w: Jon Buell and Virginia Hearn (eds.), Darwinism: Science or Philosophy? Proceedings of a symposium entitled "Darwinism, scientific inference or philosophical preference?" held on the Southern Methodist University campus in Dallas, Texas, March 26-28, 1992, Foundation for Thought and Ethics, Richardson, Texas 1994, s. 195 (dziękuję Stephenowi E. Jonesowi z Perth w Australii za dostarczenie mi tego cytatu).

[72] Darwin, O powstawaniu gatunków..., s. 14 (podkr. moje — KJ).

[73] Por. Pierre Duhem, La théorie physique, son objet et sa structure, Chevalier et Riviere, Paris 1906; tłum. ang.: The Aim and Structure of Physical Theory, Princeton University Press, Princeton 1954 (Atheneum, New York 1962).

[74] Późniejsze lata, głównie za sprawą Quine'a, pokazały, że było to przekonanie złudne.

[75] Łatwo zauważyć, że tak rozumiane kryterium dotyczyło jedynie warunku koniecznego naukowości.

[76] Możliwość takiego porównywania teorii jest w ujęciu Poppera ograniczona. Dotyczy w zasadzie tylko takiego przypadku, gdy jedna teoria wynika z drugiej.

[77] Podział na zdania obserwacyjne i teoretyczne jest tu dydaktycznym uproszczeniem. W metodologii nauk przyrodniczych wskazuje się na teoretyczny charakter wszystkich twierdzeń oraz na to, że decyzja, czy mamy doczynienia z twierdzeniem obserwacyjnym (którego akceptacja na podstawie obserwacji jest względnienie problematyczna), zależy od stopnia wykształcenia i wytrenowania uczonego (jest to tzw. pragmatyczna teoria obserwacji).

[78] Zgodnie z tzw. tezą Duhema należy dodać, że ostatnie zdanie jest też pewnym uproszczeniem. W nauce nigdy nie testuje się wyizolowanych teorii, ale zawsze jakieś bardziej złożone układy twierdzeń — teorię i dodatkowe twierdzenia. W związku z tym można ratować teorię poddaną falsyfikacji wskazując na fałszywośćowych dodatkowych twierdzeń.

[79] Por. Karl R. Popper, Logika odkrycia naukowego, PWN, Warszawa 1977, s. 61-62.

[80] Patrz s. 303.

[81] W tej sprawie por. Imre Lakatos, Falsyfikacja a metodologia naukowych programów badawczych, w: Imre Lakatos, Pisma z filozofii nauk empirycznych, Biblioteka Współczesnych Filozofów, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1995, s. 160-168 [3-169].

[82] Por. Popper, Logika odkrycia..., s. 48-49. Faktu tego nie uwzględnia na przykład Laudan, gdy uważa, że poprawne "kryterium demarkacji musi być eksplikacją zwykłych sposobów oddzielania nauki od nienauki i ujawniać poznawczo ważne różnice istniejące między nauką i nienauką" (por. Larry Laudan, The Demise of theDemarcation Problem, w: R.S. Cohen and L. Laudan (eds.), Physics, Philosophy and Psychoanalysis, D. Reidel Publishing Company 1983, s. 118 [111-127]; przedruk w: Michael Ruse (ed.), But Is It Science?..., s. 337-350), albo gdy uważa, że "problem demarkacji — ten sam problem, który Popper nazwał 'centralnym zagadnieniem epistemologii' — jest nieautentyczny, gdyż zakłada istnienie [w nauce] (...) niezmienników [epistemicznych]" (tamże, s. 124). Stanowisko takie (że metodologia jest nauką empiryczną i bada faktyczne cechy nauki lub postępowania uczonych) Popper nazwał naturalistycznym, proponując zamiast niego metodologię konwencjonalistyczną. Popper ani nie odkrywa, ani nie zakłada istnienia w nauce niezmienników epistemicznych; on tylko proponuje, aby przez naukę rozumieć te formy aktywności intelektualnej, gdzie ten niezmiennik można znaleźć. "Odrzucam zatem stanowisko naturalistyczne. Jest ono stanowiskiem bezkrytycznym. Jego zwolennicynie umieją dostrzec, że tam, gdzie jak im się wydaje, odkryli jakiś fakt, zaproponowali jedynie konwencję" (Popper, Logika odkrycia..., s. 49).

[83] Omawiając zarzuty kreacjonistów w sprawie tautologiczności zasady doboru naturalnego opieram się głównie na następujących pracach: ReMine, Biotic Message..., s. 97-116; Johnson, Darwin on Trial..., s. 15-31, Johnson, Sąd nad Darwinem..., s. 30-49; Gish, Creation Scientists..., s. 38, 50, 53, 55, 58; Bird, The Origin of Species..., vol. II: Philosophy of Science..., s. 87-92.

[84] "Przypuśćmy, że przechodząc przez wrzosowisko potknąłem się nogą o kamień, i że spytano mnie, skąd wziął się ów głaz; być może powiedziałbym, iż gdybym nie wiedział, że jest inaczej, mógłby tam leżeć od zawsze; i zapewne nie byłoby bardzo łatwo wykazać mi absurdalność tej odpowiedzi. Ale przypuśćmy, że znalazłem na ziemi zegarek i że spytano mnie, w jaki sposób ów zegarek trafił w to miejsce; niełatwo byłoby mi wpaść na tę odpowiedź, którą dałem poprzednio, a mianowicie, iż wszystko, co wiem, wskazuje, że zegarek mógł tam być od zawsze. (...) [Ponieważ istnieje różnica między takimi naturalnymi obiektami fizykalnymi jak kamień i takimi zaprojektowanymi i wyprodukowanymi przedmiotami jak zegarek,] ten zegarek musiał mieć wytwórcę: (...) musiał kiedyś istnieć, w takim czy innym miejscu, producent, albo producenci, który ukształtował go dla zadania, jakie dziś rzeczywiście wypełnia; który zaplanował jego konstrukcję i przemyślał jego użycie." (William Paley, Natural Theology — or Evidence of the Existence and Atrributes of the Deity Collected from the Appearances of Nature 1802; cyt. za: Dawkins, Ślepy zegarmistrz..., s. 26).

[85] "Głównym celem jakiejkolwiek teorii ewolucji jest wyjaśnienie adaptacyjnej złożoności, wyjaśnienie tego samego zbioru faktów, których używał Paley jako świadectwa na rzecz Stwórcy" (John Maynard Smith, On Evolution, Edinburgh University Press 1972, s. 82); "Żadnej teorii ewolucyjnej nie można uznać za pomyślną, jeśli nie zawiera ona wyjaśnienia dla adaptacji" (E.C. Minkoff, Evolutionary Biology, Addison-Wesley Publishing Company 1983, s. 171).

[86] "Darwinowski ewolucjonizm wyjaśnił widziany u zwierząt projekt, który tak bardzo zdumiewał Paleya" (David B. Wilson, Shaping Modern Perspectives: Science and Religion in the Age of Darwin, w: Wilson (ed.), Did the Devil..., s. 15 [3-18]).

[87] "Tautologia to zdanie — jak na przykład 'Mój ojciec jest mężczyzną' — które nie zawiera w orzeczniku ('mężczyzna') żadnej informacji, która nie byłaby zawarta już w podmiocie ('ojciec')" (Stephen Jay Gould, Niewczesny pogrzeb Darwina, w: Gould, Niewczesny pogrzeb Darwina..., s. 142-143 [141-149]).

[88] "Tautologii można używać jako definicji, ale nie jako testowalnych twierdzeń naukowych — w twierdzeniu prawdziwym z definicji nie da się niczego przetestować" (Gould, Niewczesny pogrzeb Darwina..., s. 143).

[89] Por. A.L. Caplan, The Nature of Darwinian Explanation: Is Darwinian Evolutionary Theory Scientific?, w: Godfrey (ed.), Scientists Confront Creationism..., s. 25 [24-39].

[90] Gould, Niewczesny pogrzeb Darwina..., s. 142.

[91] Warto jednak pamiętać, że "przeżycie najstosowniejszego" pochodzi z broszury Spencera Theory of Population, którą Spencer opublikował siedem lat przed wydaniem O powstawaniu gatunków (por. Sunderland, Darwin's Enigma..., s. 19). Uwzględniając wspomniane już fakty, że długo przed Darwinem mówiono o ewolucji oraz że ideę doboru naturalnego wyraźnie formułował kreacjonista Edward Blyth w artykułach dla Magazine of Natural History w 1835 i 1837 roku, należy uznać, iż zasługi Darwina, aczkolwiek olbrzymie, nie są tak wielkie, jak to się powszechnie sądzi. Farrington uważa, że to pragnienie sławy spowodowało, że Darwin nie potrafił przyznać się do korzystania z osiągnięć innych: "Żaden czytelnik jednak nie mógłby odgadnąć z pierwszych stron O powstawaniu gatunków, że pochodzenie z modyfikacją miało długą historię, zanim Darwin sięgnął po pióro". Nie ma tam ani słowa o jego dziadku Erazmie, Lamarcku czy o kimkolwiek innym, jak Matthew, który pisał na ten temat w 1831 roku tak: "ci tylko dochodzą do dojrzałości (którzy przeżywają) próbę, jaką przyroda sprawdza ich przystosowanie do jej standardów doskonałości i stosowności, by kontynuować ich rodzaj przez reprodukcję" (Benjamin Farrington, What Darwin Really Said, Schocken Books, New York 1982, s. 110-111).

[92] Por. na przykład zwodniczą wypowiedź znakomitego skądinąd biologa: "Uszy i inne elementy żywych organizmów (...) były w toku ewolucji selekcjonowane i doskonalone w procesie doboru naturalnego, opisanego po raz pierwszy przez Karola Darwina w roku 1859. Uszy zachowują swą budowę, a nawet są ulepszane, gdyż osobniki z bardziej sprawnymi uszami łatwiej przeżywają, sprawniej wydają na świat potomstwo i przekazują swe geny kolejnym pokoleniom" (George C. Williams, Światełko mydliczki. O planie i celowości w przyrodzie, Science Masters, Wydawnictwo CiS, Warszawa 1997, s. 10). Nie można jednak ogólnie zadekretować, że każdy bez wyjątku organizm w każdym bez wyjątku środowisku będzie łatwiej przeżywał, jeśli będzie posiadał sprawniejsze uszy czy inne organy.

[93] Wypowiedzi Haldane'a, Mayra i Simpsona podaję za: Johnson, Darwin on Trial..., s. 20; Johnson, Sąd nad Darwinem..., s. 37, który z kolei podaje je za: Macbeth, Darwin Retried. An Appeal to Reason, Dell Publishing Co, Delta Books, New York 1971, s. 63-64 (por. Johnson, Darwin on Trial..., s. 20 i 175, Johnson, Sąd nad Darwinem..., s. 37 i 197). Por. też inną definicję w podobnym duchu: "(...) ewolucja jest rezultatem rywalizacjii zmian środowiskowych działających na zróżnicowaną populację. Populacja jest zawsze zróżnicowana i dlatego jednostki nie są jednakowo dostosowane do środowiska. Dobór naturalny polega na zwiększonej reprodukcji jednostek, u których zmienność doprowadziła do powstania strukturalnych i funkcjonalnych cech, zapewniających im oraz ich potomstwu statystyczną przewagę w adaptacji do zmian środowiskowych i w rywalizacji z jednostkami tego samego i innych gatunków. Relatywnie większa reprodukcja i dziedziczenie zwiększają prawdopodobieństwo, że cechy, które sprzyjają adaptacji, będą zachowane" (Gerald M. Edelman, Przenikliwe powietrze, jasny ogień. O materii umysłu, PIW, Warszawa 1998, s. 65-66; dziękuję Pawłowi Jurewiczowi za informację o definicji Edelmana).

W darwinowskiej teorii doboru naturalnego pojęcie fitness zajmuje centralną pozycję i miało być wskaźnikiem, wyznaczającym kierunek działania doboru. Miało oznaczać stopień stosowności organizmu najlepiej przystosowanego. Na język polski pojęcie to tłumaczy się jako "stosowność", "zdatność", "przystosowanie", "wartość przystosowawcza", "wartość adaptacyjna", "wartość selekcyjna". Czasami też pozostawia się oryginalny termin (por. Paweł Grieb, Pojęcie fitness w genetycznych teoriach ewolucji, w: Czesław Nowiński (red.), Ewolucja biologiczna. Szkice teoretyczne i metodologiczne, Ossolineum, Wydawnictwo Polskiej Akademii Nauk, Wrocław — Warszawa — Kraków — Gdańsk 1974, s. 125-126 [125-137]).

 

[94] Ruse, Darwinism Defended..., s. 331.

[95] Ernst Mayr, The Growth of Biological Thought: Diversity, Evolution, and Inheritance, The Belknap Press of Harvard University Press 1982, s. 519.

[96] "Niezdolność darwinistów do przekonującego opisania i obronienia ich teorii jako naukowej wiele się przyczyniła przez lata do zdyskredytowania tej teorii w oczach zarówno innych uczonych, jak i ogółu" (Caplan, The Nature of Darwinian Explanation..., s. 25).

[97] Por. Henryk Szarski, Tłumaczenie faktów przez nauki biologiczne oraz indeterminizm ewolucji, Kwartalnik Filozoficzny 2001, t. 29, z. 2, s. 83-84 [81-96].

[98] W oryginale "vacuous", puste, co byłoby lepszym tłumaczeniem niż „pozbawione sensu”, skoro mowa o tautologii.

[99] Gould, Niewczesny pogrzeb Darwina..., s. 141-142.

[100] "Dlatego wydaje mi się absurdalne argumentowanie, że teoria ta jest tautologiczna, chociaż chętnie przyznaję, że często ją formułowano tautologicznie" (Maynard Smith, On Evolution..., s. 88).

[101] R. Singleton, Jr., Creationists versus Evolution: A Paradigm of Science and Society Interaction, Perspectives in Biology and Medicine 1987, vol. 30, No, 3, s. 331 [324-344].

[102] Conrad H. Waddington, Evolutionary Adaptation, w: Tax (ed.), Evolution after Darwin..., s. 385 [381-402] (cyt. za: Johnson, Darwin on Trial..., s. 22, Johnson, Sąd nad Darwinem..., s. 38; ostatnie cytowane zdanie, nie najszczęśliwiej przetłumaczone, winno brzmieć: "dopiero wówczas, gdy została ona wyraźnie sformułowana, biologowie mogli uświadomić sobie nadzwyczajną moc tej zasady jako narzędzia wyjaśniania").

[103] Johnson, Darwin on Trial..., s. 22, Johnson, Sąd nad Darwinem..., s. 39.

[104] Karl R. Popper, Natural Selection and Emergence of Mind, Dialectica 1978, vol. 32, s. 344 [339-355] (przedruk w: Gerard Radnitzky and W.W. Bartley, III (eds.), Evolutionary Epistemology, Rationality, and the Sociology of Knowledge, Open Court, La Salle, Illinois 1987, s. 143-144 [139-155]).

[105] "Rzecz w tym, że darwinizm i dobór naturalny, choć ogromnie ważne, wyjaśniają ewolucję w terminach 'przetrwania najlepiej dostosowanego' (termin Spencera). Nie wydaje się jednak, aby twierdzenie, że 'ci, którzy przetrwali, są najlepiej przystosowani' bardzo różniło się od twierdzenia, że 'ci, którzy przetrwali, są tymi, którzy przetrwali'. Obawiam się bowiem, że nie mamy żadnego innego kryterium stopnia adaptacji jak tylko faktyczne przetrwanie, więc z faktu przetrwania pewnych organizmów musimy wnioskować, że są one najlepiej dostosowane" (Karl R. Popper, Wiedza obiektywna. Ewolucyjna teoria epistemologiczna, Biblioteka Współczesnych Filozofów, PWN, Warszawa 1992, s. 306).

[106] "Głównym problemem teorii ewolucyjnej jest następujące zagadnienie: według tej teorii zwierzęta, którenie są dobrze dostosowane do zmieniającego się wokół nich otoczenia, giną; zatem te, które przetrwały (do określonego momentu), muszą być dobrze dostosowane. To sformułowanie jest bliskie tautologii, ponieważ zwrot 'być chwilowo dobrze przystosowanym' znaczy tyle samo, co 'posiadać te cechy, które umożliwiły przetrwanie do chwili obecnej'. Innymi słowy, spory fragment teorii Darwina nie ma charakteru teorii empirycznej i jest logicznym truizmem" (Popper, Wiedza obiektywna..., s. 98-99).

[107] Por. np. J.G. Ollason, What Is This Stuff Called Fitness?, Biology and Philosophy 1991, vol. 6, s. 81-92; Ronald Brady, Natural Selection and the Criteria by Which a Theory Is Judged, Systematic Zoology 1979, vol. 28, s. 600-621; Ronald Brady, Dogma and Doubt, Biological Journal of the Linnean Society 1981, vol. 17, s. 79-96; Michael Bradie and Mark Gromko, The Status of the Principle of Natural Selection, Nature and System 1981, vol.3, s. 3-12; R.I.M. Dunbar, Adaptation, Fitness, and the Evolutionary Tautology, w: King's College Sociology Group (eds.), Current Problems in Sociobiology, Cambridge University Press, Cambridge 1982, s. 9-28; Costas Krimbas, On Adaptation, Neo-Darwinian Tautology, and Population Fitness, Evolutionary Biology 1984, vol. 17,s. 1-57; Richard Lewontin, Adaptation, Scientific American 1978, vol. 239, s. 212-230; G. Pierce and J.G. Ollason, Eight Reasons Why Optimal Foraging Theory is a Complete Waste of Time, Oikos 1987, vol. 49, s. 111-118; John Endler, Natural Selection in the Wild, Princeton University Press, Princeton 1986; Donn Rosen, Darwin's Demon, Systematic Zoology 1978, vol. 27, s. 370-373; Nicholas Thompson, Toward a Falsifiable Theory of Evolution, Perspectives in Ethology 1981, vol. 4, s. 51-73; Gerhard Wasserman, Testability of the Role of Natural Selection within Theories of Population Genetics and Evolution, The British Journal for the Philosophy of Science 1978, vol. 29, s. 223-242.

[108] Por. np. Gish, Evolution?..., s. 20; Wilder-Smith, The Natural Sciences..., s. 127; Morris, Scientific Creationism..., s. 6-7; Sunderland, Darwin's Enigma..., s. 26-39.

[109] Kitcher (Abusing Science..., s. 56) wymienia następujące pozycje: Karl R. Popper, Conjectures and Refutations, Routledge and Kegan Paul, London 1963; Macbeth, Darwin Retried...; R.H. Peters, Tautology in Evolution and Ecology, American Naturalist 1976, vol. 110, s. 1-12.

[110] Popper, Natural Selection..., s. 345-346.

[111] Karl R. Popper, Unended Quest. An Intellectual Autobiography, Open Court, La Salle and London 1982, s. 151; Karl R. Popper, Nieustanne poszukiwania. Autobiografia intelektualna, Wydawnictwo ZNAK, Kraków 1997, s. 210.

[112] Popper, Unended Quest..., s. 171; Popper, Nieustanne poszukiwania..., s. 238.

[113] "Jeżeli teoria doboru naturalnego zawiera niezależne kryterium dostosowania, nie jest tautologią" (Gould, Niewczesny pogrzeb Darwina..., s. 149).

[114] Newell, Creation and Evolution..., s. 167.

[115] Futuyma, Science on Trial..., s. 211.

[116] Robert H. Chapman, The Evolution of Life, w: Wilson (ed.), Did the Devil..., s. 109 [103-113].

[117] Kitcher, Abusing Science..., s. 20.

[118] http://www2.evansville.edu/evolutionweb/misconceptions2.html#anchor599931

[119] Kitcher, Abusing Science..., s. 59.

[120] Futuyma, Science on Trial..., s. 137-138.

[121] Warren D. Dolphin, A Brief Critical Analysis of Scientific Creationism, w: Wilson (ed.), Did the Devil..., s. 27 [19-36].

[122] Gould, Niewczesny pogrzeb..., s. 149.

[123] Darwin, O powstawaniu gatunków..., s. 85; podkr. moje — KJ.

[124] Darwin, O powstawaniu gatunków..., s. 87; podkr. moje — KJ.

[125] Darwin, O powstawaniu gatunków..., s. 88; podkr. moje — KJ, podkr. kursywą z oryginału.

[126] Darwin, O powstawaniu gatunków..., s. 111; podkr. moje — KJ.

[127] Darwin, O powstawaniu gatunków..., s. 132; podkr. moje — KJ.

[128] Zdaje się, że to właśnie miał na myśli Andrzej Joachimiak, gdy pisał: "Na pytanie bardziej zasadnicze, dlaczego [ewolucja] zachodzi, odpowiedź jest raczej ogólnikowa: bo zaistniały kiedyś jakieś konkretne, wskazane przez autora naciski środowiska. Jeśli nawet wskazane warunki nie miały znaczenia w wykształceniu się danej cechy, to zawsze znajdą się jakieś inne, którym można będzie przypisać decydujące znaczenie. Sprawia to, że hipotezy ewolucyjne budowane w ten sposób są w zasadzie niewywracalne" (Joachimiak, Kwestia doboru..., s. 134-135).

[129] Francisco J. Ayala, Population and Evolutionary Genetics. A Primer, Benjamin/Cummings Publishing Company, Inc. 1982, s. 88.

[130] Por. np.: "Dobór naturalny (...) jest tylko nazwą dla każdej spójnej różnicy przeżycia czy reprodukcji między genetycznie odmiennymi członkami gatunku" (Futuyma, Science on Trial..., s. 116); "W ujęciu Darwinowskim ewolucja jest przeniesieniem zmienności między jednostkami na zmienność między populacjami i gatunkami w czasie i przestrzeni" (Richard C. Lewontin, The Genetic Basis of Evolutionary Change, Columbia University Press 1974, s. 12).

[131] Nie wystarczy też ogólnie wspomnieć o kierunku, ale trzeba go określić. Por. np. "Dobór jest tutaj zdefiniowany jako każdy proces w populacji, który zmienia częstości genów w ukierunkowany sposób [bez mutacji czy imigracji]" (S. Wright, Evolution and the Genetics of Populations. vol. 2: The Theory of Gene Frequencies, University of Chicago Press 1969, s. 28).

[132] Minkoff, Evolutionary Biology..., s. 82.

[133] A. Riddiford and D. Penny, The Scientific Status of Modern Evolutionary Theory, w: J.W. Pollard (ed.), Evolutionary Theory. Paths into the Future, A Wiley-Interscience Publication 1984, s. 33 [1-37].

[134] Popper, Unended Quest..., s. 168; Popper, Nieustanne poszukiwania..., s. 235.

[135] "Darwinizm jest metafizyczny, ponieważ nie jest sprawdzalny" (Popper, Unended Quest..., s. 171; Popper, Nieustanne poszukiwania..., s. 238). Patrz też wcześniejszy cytat z tej książki przytoczony w głównym tekście.

[136] Popper, Unended Quest..., s. 171; Popper, Nieustanne poszukiwania..., s. 239. Zamiast "spośród wielu mutacji" winno być "spośród wielu mutantów".

[137] Za tym, że wycofanie się Poppera z zarzutu tautologiczności zasady doboru naturalnego nie oznacza wycofania się przezeń z kwalifikacji metafizyczności darwinizmu, opowiada się Radosław Kopeć w nieopublikowanej pracy magisterskiej pt. Karl R. Popper o naukowości darwinizmu, Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie, Lublin 1997.

[138] Nie chcę sprawiać wrażenia, że wypowiadając się po Popperowsku mam dokładnie na myśli to, o czym pisał Popper. Popper uważał, że darwinizm jako metafizyczny program badawczy generuje jedynie hipotezy na temat niewielkich zmian ewolucyjnych: "Jakkolwiek bowiem możemy wyjaśnić konkretne zaćmienie poprzez przewidzenie go, nie możemy przewidzieć ani wyjaśnić żadnej zmiany ewolucyjnej (być może z wyjątkiem pewnych zmian w populacji genów w ramach jednego gatunku); możemy co najwyżej powiedzieć, że jeżeli nie jest to mała zmiana, musiały wystąpić pewne pośrednie kroki — jest to ważna wskazówka do badań, czyli program badawczy" (Popper, Unended Quest..., s. 172-173; Popper, Nieustanne poszukiwania..., s. 241). Popper podejrzewał, że gradualizm był jedynym przewidywaniem darwinizmu (por. Popper, Unended Quest..., s. 172; Popper, Nieustanne poszukiwania..., s. 241). Nie przekreślając tej funkcji wspomnianego metafizycznego programu badawczego, mam na myśli raczej to, że ogólna i metafizyczna zasada doboru naturalnego generuje tysiące empirycznych hipotez dotyczących konkretnych przypadków pojawienia się organizmów bardziej stosownych (ptaków o odpowiednim kształcie dzioba, szybkich wilków, kwiatów wydzielających sok poszukiwany przez owady, bezskrzydłych owadów na wietrznych wyspach itd. itd.).

O istnieniu podteorii powiązanych z ogólną teorią ewolucji mówi się w literaturze przedmiotu (por. np. A.L. Caplan, Testability, Disreputability, and the Structure of the Modern Synthetic Theory of Evolution, Erkenntnis 1978, vol. 13, s. 261-278; R.W. Lewis, Evolution: A System of Theories, Perspectives in Biology and Medicine 1980, vol. 23, s. 551-572; J. Tuomi, Structure and Dynamics of Darwinian Evolutionary Theory, Systematic Zoology 1981, vol. 30, s. 22-31). Jednak autorzy ci nie negują naukowego charakteru samej ogólnej teorii ewolucji, a przez podteorię rozumieją taką teorię, która jest zgodna z nadteorią i która dodaje do tej ostatniej swoiste postulaty umożliwiające zastosowanie owej nadteorii w jakimś szczególnym ograniczonym zakresie. W tym sensie podteoriami teorii wspólnoty pochodzenia mogą być teorie występujące w paleontologii, anatomii porównawczej, taksonomii i w teorii geograficznego rozmieszczenia gatunków.

 

[139] Zagadnienie to omawiam pod koniec tego Rozdziału (patrz s. 378-379).

[140] Eldredge, The Monkey Business..., s. 83.

[141] Karol Sabath, List do redakcji, Duch Czasów 1992, t. 25, nr 1-3, s. 5.

[142] Karol Sabath, Ewolucjonizm wobec ataków kreacjonistów, w: Eugeniusz Moczydłowski (red.), Pan Bóg czy dobór naturalny, MEGAS, Białystok 1994, s. 53-54 [47-63].

[143] Sabath, Na bezdrożach..., w: Moczydłowski (red.), Pan Bóg czy dobór naturalny..., s. 76.

[144] Tamże, s. 81.

[145] Por. Adam Urbanek, Naukowy czy "tzw."?, w: Eugeniusz Moczydłowski (red.), Pan Bóg czy dobór naturalny, MEGAS, Białystok 1994, s. 26-27 [24-27].

[146] Asimov, Błądzący umysł..., s. 13.

[147] Tamże, s. 25.

[148] Tamże. Por. też na s. 15 fragment zatytułowany "Argument [kreacjonistów] z przeinaczeń i fałszerstw nauki".

[149] Gary Stix, Nauka popotopowa, Świat Nauki 1997, nr 3 (67), s. 76 [76-79].

[150] Willem J. Ouveneel, Developmental genetics of homoeosis, Advances in Genetics 1976, vol. 16, s. 179-248.

[151] Omówienie aktywności Gentry'ego por. w: Numbers, The Creationists..., s. 252-254 oraz w artykule Martina Gardnera, Robert Gentry's Tiny Mystery, Skeptical Inquirer, Summer 1989, No. 13, s. 357-361. Spis publikacji Gentry'ego znajduje się w jego książce Creation's Tiny Mystery, Earth Science Associates, Knoxville, TN 1986, s. 204-205. Patrz też wyżej ods. 223 na s. 69.

[152] Wg Acts & Facts 1991, vol. 20, No. 7.

[153] D.H. Kenyon and G. Steinman, Biochemical Predestination, McGraw-Hill Co., New York 1969. Książkę tę wydano także po rosyjsku ze wstępem A.I. Oparina w 1972 roku. Pełną bibliografię prac Kenyona do roku 1989 można znaleźć w wywiadzie, jakiego udzielił Nancy Pearcey (Nancy Pearcey, Up From Materialism: An Interview with Dean Kenyon, Bible-Science Newsletter, September 1989, s. 9 [6-9]).

[154] Stephen C. Meyer, A Scopes trial for the '90s, The Wall Street Journal, Dec. 6, 1993, s. A14 (dziękuję memu koledze, Zenkowi Obydzińskiemu z Kalifornii, za odbitkę tego i paru innych artykułów z amerykańskiej prasy). Artykuł Meyera został przedrukowany w Bible Advocate 1994, vol. 128, No. 4, s. 17-18.

[155] Patrz Jerry Bergman, The Professor Dean Kenyon Case, Creation Research Society Quarterly 1994, vol. 31, No. 3, s. 186-189; Meyer, A Scopes trial...; Thomas H. Jukes, Letter to editor, The Wall Street Journal, Dec.15, s. A17; The Dean Kenyon Case, Bible-Science News 1994, vol. 32. No. 1, s. 11-12; Phillip E. Johnson, What (If Anything) Hath God Wrought? Academic Freedom and the Religious Professor, Academe Sept/Oct 1995 oraz Johnson, Reason in the Balance..., s. 29-30. Patrz też artykuł Phillipa E. Johnsona, Głośna "herezja" w świątyni Darwina, w Części II prezentowanej książki.

[156] Dziesiątki przykładów mniejszych lub większych restrykcji zastosowanych wobec osób ujawniających sympatie kreacjonistyczne zebrał Jerry Bergman (A Case of Censorship, Bible-Science Newsletter 1983, vol. 21, No. 12, s. 6; tenże, The Scientists, Liberty 1983, vol. 78, No. 1, s. 7-10; tenże, Religious Discrimination in Academia, Christians in Education, Spring 1984, s. 16; tenże, The New Minorities to Hate, Contrast 1984, vol.3, No. 2, s. 1-5; tenże, The Criterion: Religious Discrimination in America, Onesimus Publishing, Richfield, MN 1984; tenże, Discrimination Against Creationists is Becoming More Insidious, The Christian News, February 1985, vol. 4, s. 7; tenże, Creationists in the Classroom: Endangered Species, Vision August-September 1985, s.3-4; tenże, Denial of Promotion, Creation Social Science and Humanities 1985, vol. 8, No. 1, s. 2; tenże, 'Creation Science' in US Supreme Court, Academe September-October 1986, s. 4; tenże, The Case for Responsible Censorship, Bible-Science Newsletter February 1987, s. 12; tenże, The Ray Webster Case, Contrast 1990, vol. 9, No. 1, s. 1-4; tenże, Opinion in 'Readers React to the Forrest Mims-Arthur Caplan Debate', The Scientist 1991, vol. 5, No. 9, s. 12; tenże, Contemporary Suppression of the Theistic World View, Creation Ex Nihilo Technical Journal 1995, vol. 9, No. 2, s. 267-275), który sam za podobne przestępstwo został usunięty z grona wykładowców Bowling Green State University (Numbers twierdzi jednak, że opisy Bergmana w The Criterion zostały co najmniej przesadzone, por. Numbers, The Creationists..., s. 269).

Por. też przypadek biologa Warwicka Collinsa, który studiował pod kierunkiem Johna Maynarda Smitha w Sussex University. Collins ujawniał wątpliwości na temat teorii darwinowskiej, co w konsekwencji zablokowało mu dalszą karierę tak, że w końcu porzucił biologię (por. Milton, Shattering the Myths..., s. 264). Milton przytacza też liczne przykłady redaktorów, na których wywierano nacisk, by nie publikowali artykułów autorów, którzy są ukrytymi kreacjonistami bądź sprzymierzeńcami kreacjonistów. Przypadek wyrzucenia z pracy w Scientific American znanego popularyzatora nauki, Forresta Mimsa III, autora ponad 60 książek popularnonaukowych, wydanych przez tak renomowane wydawnictwa jak Prentice-Hall i McGraw-Hill, omawia Jerry Bergman (Belief in a Creator: Politically Incorrect!, Bible-Science News 1992, vol. 30, No. 7, s. 6-8). Mimsa wyrzucono z pracy, chociaż w swoich publikacjach nigdy nie promował kreacjonizmu, za to jedynie, że przyznał się w rozmowie z redaktorem Scientific American, Jonathanem Pielem, że nie akceptuje Darwinowskiej teorii ewolucji.

Zwalnia się też lub przesuwa na inne stanowiska nauczycieli szkół średnich, którzy przemycają wątki kreacjonistyczne do programu nauczania lub choćby tylko sieją wątpliwości, czy teoria ewolucji jest jedyną naukową teorią pochodzenia życia i jego form. Ostatnio głośna była sprawa Rogera DeHarta, nauczyciela jednej zeszkół średnich w pobliżu Seattle, w stanie Waszyngton, za polecenie dodatkowej lektury na lekcjach biologii (podręcznika Of Pandas and People...), w związku z czym Amerykański Związek Swobód Obywatelskich oskarżył go o podważanie ewolucjonizmu i nauczanie kreacjonizmu. Uczniowie zaświadczyli, że DeHart jedynie przedstawiał różne opinie, nigdy nie mówił o Bogu czy religii i trudno było im się nawet zorientować, jakie sam zajmuje stanowisko. Szkoła pod groźbą uwikłania się w kosztowne rozprawy sądowe ograniczyła zakres materiału zalecanego uczniom. DeHart zastosował się do nakazu, by używać jedynie podręcznika, ale po dwóch latach został mimo to przesunięty na inne stanowisko (por. Nancy R. Pearcey, Creation Mythology: Defenders of Darwinism resort to suppressing data and teaching outright falsehoods, World Magazine June 24, 2000, vol. 15, no. 25; tłum. polskie: Nancy R. Pearcey, Mitologia stworzenia. Obrońcy darwinizmu posuwają się do tłumienia danych i nauczania jawnych fałszów, Na Początku... lipiec-sierpień 2001, nr 7-8 (144-145), s. 196-199; DeHart change points to issues beyond debate, Skagit Valley Herald, July 29, 2001, http://www.jodkowski.pl/archiwum/; Phillip E. Johnson, Roger DeHart, Na Początku..., październik 2001, nr 11-12A (148-149), s. 325-326; Todd C. Frankel, Survival of the fittest teacher?, The Herald (Everett, Washington) Sunday, August 19, 2001, http://www.jodkowski.pl/archiwum/).

Nic dziwnego, że niektórzy kreacjoniści kryją się za pseudonimami. Na przykład znany kreacjonistyczny geolog, Stephen A. Austin, aby uniknąć losu innych kreacjonistów i zdobyć doktorat z geologii na Pennsylvania State University, co mu się w końcu udało, teksty kreacjonistyczne pisał pod pseudonimem Stuart E. Nevins (por. Numbers, The Creationists..., s. 280). Oto charakterystyczny fragment krytyki Johna Woodmorappe'ego przeprowadzonej przez ewolucjonistę Stevena H. Schimmricha, w którym ten ostatni ujawnia swoje wysiłki dotarcia do "prawdziwej tożsamości" Woodmorappe'ego. Próba usprawiedliwiania się, dlaczego nie koncentrujesię wyłącznie na warstwie merytorycznej i zajmuje się też sprawami osobistymi, świadczy — moim zdaniem —o tym, że Schimmrich nie do końca jest przekonany, że motywy jego poszukiwań są czyste:

Na okładce książki John Woodmorappe uwiarygadnia się posiadaniem tytułu M.S. [magisterium] z geologii i B.A. [bakalaureat] z biologii. Reprint artykułu z Impact w książce stwierdza, że:

"John Woodmorappe ma stopnie bakałarza i magistra z geologii oraz stopień bakałarza z biologii. Jest on nauczycielem nauk przyrodniczych, a także badaczem związanym z pewnym uniwersytetem".

Uznałem za dziwne, że nigdzie w książce nie wskazano, gdzie Woodmorappe zdobył swoje stopnie albo aktualną pozycję zawodową (Gdzie uczy nauk przyrodniczych? Z którym uniwersytetem jest związany jako badacz?). Reprinty z Creation Research Society Quarterly pod tym względem wyglądają niezwykle, gdyż czasopisma naukowe głównego nurtu rutynowo drukują afiliację zawodową autora i adres kontaktowy.

Uważam za rozsądne przy ocenianiu czegoś, co chce uchodzić za artykuł naukowy, badanie, czy autor jest przygotowany do pisania na dany temat — zwłaszcza, gdy dostarczona istotna informacja jest tak niejasna. Niewielkie poszukiwania doprowadziły do odkrycia, że "John Woodmorappe" jest nom deplume, a nieco dalszych poszukiwań pozwoliły odkryć jego prawdziwą tożsamość (potwierdzoną przez dwa niezależne źródła). Posiada on bez wątpienia legalny stopień M.S. z geologii zdobyty na świeckim uniwersytecie, z którym jest nadal stowarzyszony oraz opublikował pod swoim prawdziwym nazwiskiem parę artykułów w czasopismach geologicznych głównego nurtu. W artykułach, które opublikował pod swoim prawdziwym nazwiskiem, podaje swój związek z wydziałem geologii na tym uniwersytecie, ale Directory of Geoscience Departments wydana w 1996 roku przez American Geological Institute nie wymienia go jako pracownika, nie byłem więc w stanie potwierdzić, że obecnie uczy on nauk przyrodniczych lub że jest badaczem związanym z jakimś uniwersytetem.

(Steven H. Schimmrich, Geochronology kata John Woodmorappe [Geochronology according to John Woodmorappe], last update: February 12, 1998).

Przyznam, że mnie również zaintrygowała tajemniczość Woodmorappe'ego i że ja także dotarłem do jego "prawdziwej tożsamości" (okazało się, że Woodmorappe jest polskiego pochodzenia i że mówi i czyta po polsku). Jednak jestem mocno przekonany, że swoje prywatne wysiłki ujawniania "prawdziwej tożsamości" osób, które krytykujemy, należy zachować dla siebie, a samą krytykę należy ograniczyć wyłącznie do warstwy merytorycznej; zwłaszcza w tej sytuacji, gdy się okazało, że Woodmorappe rzeczywiście posiada stopnie, jakie sobie przypisuje.

 

[157] Sharon Begley with Peter Burkholder, Heretics in the Laboratory: Can a creationist be a good scientist? And vice versa, Newsweek, September 16, 1996, s. 82.

[158] Por. Chandler Burr, The geophysics of God. A scientist embraces plate tectonics — and Noah's flood, U.S. News & World Report, June 16, 1997, s. 55-58 (dziękuję drowi Adamowi Drozdkowi z Dept. of Math. and Computer Science, Duquesne University, Pittsburgh, Pennsylvania, za odbitkę tego artykułu).

[159] Patrz też Carl Wieland and Don Batten, Probing the earth's deep places. Interview with Plate Tectonics Expert Dr John Baumgardner, Creation Ex Nihilo, June-August 1997, vol. 19 (3), s. 40-43.

[160] How a Supercontinent Went to Pieces, New Scientist, 1993, January 16, s. 19.

[161] Kilka dla przykładu publikacji Humphreysa w recenzowanych czasopismach: The 1/gamma velocity dependence of nucleon-nucleus optical potentials, Nuclear Physics 1972, vol. A182, s. 580-592; Uranium logging with prompt fission neutrons, International Journal of Applied Radiation and Isotopes 1983, vol. 34, No. 1, s. 261-268; Rimfire: a six megavolt laser-triggered gas-filled switch for PBFA II, Proceedings of the 5th IEEE Pulsed Power Conference (Arlington, VA June 10-12, 1985), s. 262-265; Progress toward a superconducting opening switch, Proceedings of the 6th IEEE Pulsed Power Conference (Arlington, VA June 19-July 1, 1987), s. 279-282; Inertial confinement fusion with light ion beams, International Atomic Energy Agency, 13th International Conference on Plasma Physics and Controlled Nuclear Fusion Research, Washington D.C., 1-6 October 1990; Comparison of experimental results and calculated detector responses for PBFA II thermal source experiments, Review of Scientific Instruments, October 1992, vol. 63, No. 10, s. 5068-5071.

[162] Por. John D. Morris, Tackling the Big Problems Dr. Russ Humphreys Joins ICR, Acts & Facts August 2001,vol. 30, No. 8, s. 1 [1-3].

[163] Patrz wyżej s. 245. Jego adres: Techniczny Uniwersytet w Monachium, Wydział Mikrobiologii, FML Voettingerstr. 67a, D — 85354 Freising, Niemcy; tel. (49) 08161-713-516; poczta elektroniczna: 100424/2340@compuserve.com

[164] Informacje na temat Wernera Gitta podaję na podstawie następujących publikacji: Gitt, 10 Dangers...; Werner Gitt, Did God Use Evolution?, Christliche-Verbreitung e.V., Postfach 11 01 35, 33661 Bielefeld 1993, s. 4 (nota o autorze); Werner Gitt, Information, Science and Biology, Creation Ex Nihilo Technical Journal 1996, vol. 10, No. 2, s. 181-187; Robert Doolan, Evolution? It Doesn't Add Up!, Creation Ex Nihilo, March-May 1996, vol. 18 (2), s. 41-43.

[165] Jonathan Wells, Haeckel's Embryos and Evolution: Setting the Record Straight, The American Biology Teacher May 1999, vol. 61, s. 345-349.

[166] Por. Wells, Icons of Evolution..., s. 81-109.

[167] Korespondencja prywatna z Jonathanem Wellsem z 22 stycznia 2001.

[168] David Schneider, Sylwetka: Raymond V. Damadian. Niesposkromiony wynalazca, Świat Nauki, Sierpień 1997, nr 8 (72), s. 19-21.

[169] Jeśli chodzi o kreacjonistyczne poglądy Damadiana, por. Super-scientist slams society's spiritual sickness!, Creation Ex Nihilo, June-August 1994, vol. 16, No. 3, s. 35-37. Sierpniowy numer Acts & Facts z 1997 roku donosi, że Damadian został członkiem technicznego zespołu doradców Instytutu Badań Kreacjonistycznych w El Cajon (Dr. Raymond V. Damadian Joins Technical Advisory Board, Acts & Facts, August 1997, vol. 26, No. 8, s. 3).

[170] Por. Ann Lamont, Great Creation Scientists: Wernher von Braun (1912-1977) Pioneer of Space Exploration, Creation Ex Nihilo 1994, vol. 16, No. 2, s. 26-30; Ann Lamont, 21 Great Scientists who Believed the Bible, Australia: Creation Science Foundation, 1995, s. 242-251 (ta ostatnia pozycja za: Jonathan D. Sarfati, Refuting Evolution, Master Books, Green Forest, AR 1999, s. 29).

[171] Por. na przykład Carl R. Froede Jr., Rhizolith evidence in support of a late Holocene sea-level highstandat least 0.5 m higher than present at Key Biscayne, Florida, Geology 2002, vol. 30, No. 3, s. 203-206. Kreacjonistyczne teksty Froede publikuje głównie w Creation Research Society Quarterly.

[172] Cyt. za: Begley, Burkholder, Heretics in the Laboratory...

[173] Michael Behe, Darwin's Black Box: The Biochemical Challenge to Evolution, The Free Press, New York — London — Toronto — Sydney — Singapore 1996. Patrz w II Części tej książki artykuł Behego, gdzie zarysowuje on swój argument.

[174] Eugenie Scott and Henry Cole, The Elusive Scientific Basis of Creation 'Science', Quarterly Review of Biology 1985, vol. 60, s. 25 [21-30].

[175] Tamże, s. 26.

[176] Por. Numbers, The Creationists..., s. 272-273 oraz Henry P. Cole and Eugenie C. Scott, Creation-Scienceand Scientific Research, Phi Delta Kappan 1981-1982, vol. 63, s. 557-558, 574.

[177] Siegfried Scherer, Basic Functional States in the Evolution of Light-driven Cyclic Electron Transport, Journal of Theoretical Biology 1983, vol. 104, s. 289-299.

[178] To, że identyfikacja taka jest bardzo trudna nawet po lekturze publikacji, przekonałem się osobiście. W 1995 roku korespondowałem z Nicolaasem A. Rupkem, Holendrem, kierownikiem Instytutu Historii Medycyny w Georg-August-Universität w Göttingen i otrzymałem od niego odbitki dwu publikacji na interesujący mnie temat, obu opublikowanych w renomowanym czasopiśmie (Richard Owen's Vertebrate Archetype, Isis 1993, vol. 84, s. 231-251; C.C. Gillispie's Genesis and Geology, Isis 1994, vol. 85, s. 261-270). Dopiero w trakcie przygotowywania niniejszej książki natrafiłem na wzmiankę, że Rupke jest kreacjonistą (por. Christopher Gregory Weber, Common Creationist Attacks on Geology, Creation/Evolution, Fall 1980, Issue 2, s. 14 [10-25]); a jeszcze później, że przestał on już być kreacjonistą (por. Numbers, The Creationists..., s. 279 i 419). Inne teksty Rupkego opublikowane przez renomowane wydawnictwa to dla przykładu: Nicholas A. Rupke, Deep Clastic Seas, w: H.G.Reading (ed.), Sedimentary Environments and Facies, Blackwell Scientific Publications, Oxford — London — Edinburgh — Melbourne 1978, s. 372-415; Nicholas A. Rupke, The Great Chain of History: William Bucklandand the English School of Geology, 1814-1849, Oxford 1983; Nicholas A. Rupke, The Apocalyptic Denominatorin English Cultures in the Early Nineteenth Century, w: M.R. Pollock (ed.), Common Denominators in Art and Science, Aberdeen 1983, s. 30-45; Nicholas A. Rupke, Caves, Fossils and the History of the Earth, w: Andrew Cunningham and Nicholas Jardine (eds.), Romanticism and the Sciences, Cambridge University Press, Cambridge — New York — Port Chester — Melbourne — Sydney 1990, s. 241-259.

[179] Scott and Cole, The Elusive Scientific Basis..., s. 27.

[180] Grant Lambert, Enzymic Editing Mechanisms and the Origin of Biological Information Transfer, Journal of Theoretical Biology 1984, vol. 107, s. 387-403.

[181] Tamże, s. 401.

[182] Prawdopodobnie jest to zniekształcona informacja podana w artykule Creationism in Schools: The Decision in McLean versus the Arkansas Board of Education, Science 1982, vol. 215, s. 939. Według opinii sędziego, żaden ze świadków ze strony kreacjonistycznej nie był autorem artykułu naukowego, który by został odrzucony w standardowych czasopismach. Opinia taka może być prawdą tylko w tym sensie, że artykuły takie nie zostały odrzucone, bo zostały przyjęte i wydrukowane (ostatecznie, jednym ze świadków po stronie kreacjonistycznej był fizyk Robert V. Gentry; por. Martin Gardner, Robert Gentry's Tiny Mystery, The Skeptical Inquirer, Summer 1989, vol. 13, s. 357 [357-361]). Sabath natomiast (powtarzam, jest to tylko przypuszczenie) zrozumiał tę opinię tak, że żaden z kreacjonistów powołanych na świadków nie opublikował i nie złożył do druku takiego tekstu, a na dodatek tę opinię rozszerzył na wszystkich kreacjonistów, nawet i na tych, którzy w rozprawie nie brali udziału. (W tej sprawie por. też Numbers, The Creationists..., s. 272 i 417).

[183] Por. na przykład: "Naukowe świadectwa przekonujące o wieku Ziemi i procesach ewolucyjnych są dla naukowców oczywiste i miażdżące” (Asimov, Błądzący umysł..., s. 11). "A być może żadna teoria nie jest lepiej zbadana, solidniej przeegzaminowana, krytyczniej przeanalizowana i powszechniej akceptowana niż teoria ewolucji" (tamże, s. 13). "Teorię ewolucji, mozolnie budowaną i rozwijaną przez ponad dwa stulecia w oparciu o badania naukowe, wspiera niezwykła ilość dowodów i argumentów. Wszyscy biolodzy bez wyjątku, niezależnie zupełnie od swoich pozycji, akceptują oczywistą prawdę, iż..." itd. (tamże, s. 24). Z drugiej strony "w tej chwili nie ma żadnych dowodów przemawiających za kreacjonizmem poza świadectwem Biblii" (tamże, s. 17). "Biblia mówi, że Bóg stworzył świat w sześć dni, a Biblia to słowo inspirowane przez samego Boga. Dla przeciętnego kreacjonisty to jest wszystko, co ma naprawdę jakiekolwiek znaczenie. (...) To religia, autentyczna żarliwość średniowiecznej pobożności, przysparza im zwolenników i wyznawców. Dziesiątki milionów Amerykanów, którzy nigdy nawet nie słyszeli i nie myśleli o argumentach za, czy nawet przeciw ewolucji, maszeruje w szeregach Armii Mroku z Bibliami trzymanymi wysoko nad głową. I stanowią oni potężną i przerażającą siłę, głuchą na argumenty i zabezpieczoną dobrze zbroją przed słabymi włóczniami czystego racjonalizmu" (tamże, s. 18-19).

[184] Numbers, The Creationists..., s. xv.

[185] Tamże, s. 251.

[186] Begley, Burkholder, Heretics in the Laboratory...

[187] Nawet najbardziej optymistyczna opinie, jakie udało mi się znaleźć w publikacjach kreacjonistów, nie mówią, że ewolucjoniści stanowią margines uczonych: "Podobne wyznania akceptacji ujęcia pochodzenia znajdowanego w Księdze Rodzaju pochodzą od tysięcy uczonych" (Taylor, The Illustrated Origins Answer Book..., s. 83); "tysiące pierwszorzędnych uczonych na całym świecie odrzuciło ewolucjonizm jako teorię naukową i zostało naukowymi kreacjonistami (...) Tysiące kreacjonistów mają stopień doktorski we wszystkich dyscyplinach naukowych, niektórzy uzyskali je w najbardziej prestiżowych uniwersytetach Ameryki i Europy. Zajmują stanowiska, uzyskują nagrody i wyróżnienia równe najlepszym swoim ewolucjonistycznym kolegom" (John Ankerberg & John Weldon, The Facts on Creation vs. Evolution, Harvest House Publishers, Eugene, Oregon 1993, s. 31; John Ankerberg i John Weldon, Fakty w sprawie „stworzenie czy ewolucja?” (część 9), Na Początku... 2000, nr 12A (136), s. 360 [356-363]). Jeśli się zważy, że uczonych są setki tysięcy, to wniosek jest jeden — marginesem są kreacjoniści. Por. w tej sprawie też inne wypowiedzi, wyraźniej już akcentujące rzeczywisty rozmiar ruchu kreacjonistycznego: "Chociaż większość uczonych może nadal być ewolucjonistami — szczególnie ci, którzy kontrolują naukowe towarzystwa i czasopisma — kreacjonistyczna mniejszość jest godna szacunku i rośnie liczbowo" (Morris, Creation and Its Critics..., s. 14); "Liczba uczonych uznających ewolucjonizm stale się zmniejsza, aczkolwiek nadal stanowią oni większość" (Mieczysław Pajewski, Kreacjonizm zaczyna odzyskiwać teren, Na Początku... 1994, nr 6 (32), s. 70 [69-71]); "Przed Darwinem kreacjoniści dominowali wśród biologów i geologów. Później sytuacja uległa diametralnej zmianie, ale kreacjoniści nigdy nie znikli, choć stanowili istanowią nadal margines życia naukowego. Pewne ożywienie nastąpiło w latach sześćdziesiątych naszego stulecia i od tej pory notuje się powolny, ale stały wzrost liczebny kreacjonistów" (Rękas, Wywiad z Przewodniczącym..., s. 256). Por. też Mieczysław Pajewski, Odpowiedź [na list Karola Sabatha], Duch Czasów 1992, t. 25, nr 103, s. 7 [5-7, 10-11]. Warto zauważyć, że twierdzenia te — choć oddające stan rzeczy — są przesadnie dla kreacjonistów optymistyczne. Właściwie ujął to obecny przewodniczący Polskiego Towarzystwa Kreacjonistycznego, dr Eugeniusz Moczydłowski, który poparcie naukowców dla kreacjonizmu nazwał mikroskopijnym (por. Eugeniusz Moczydłowski, Neutralizm, Na Początku... 2000, nr 5-6 (129-130), s. 179 [174-179]).

[188] Por. Mieczysław Pajewski, Drugie Moskiewskie Międzynarodowe Sympozjum Kreacjonistyczne, Na Początku... nr 19 (45), 19 września 1994, s. 225-226 [225-228]. Dane na temat Kuźniecowa podałem na podstawie Acts & Facts, November 1991, vol. 20, No. 11 oraz December 1992, vol. 21, No. 12. Patrz też Giertych, O uczciwą polemikę..., w: Moczydłowski (red.), Pan Bóg czy dobór naturalny..., s. 91 oraz Kosmos 1993, vol. 42, s. 679.

[189] Por. np. Dmitri A. Kouznetsov, Modern concepts of Species: Do We Come Back to Fixism?, Creation Ex Nihilo Technical Journal 1991, vol. 5, Part 2, s. 123-129.

[190] Dmitrii A. Kuznetsov, In vitro studies of interactions between frequent and unique MRNAS and cytoplasmic factors from brain tissue of several species of wild timber voles of Northern Eurasia, Clethrionomys glareolus, Clethrionomys frater and Clethrionomys gapperi: A new criticism to a modern molecular-genetic concept of biology evolution, Journal of Neuroscience 1989, vol. 49, s. 43-59. Artykuł ten został później przedrukowany w nieco zmodyfikowanej postaci i pod zmienionym tytułem w czołowym piśmie kreacjonistycznym: A Neurochemical Creationist Concept Based On In Vitro Studies of Brain MRNAS of Three Lumber Vole Species: Clethrionomys glareolus, Clethrionomys frater and Clethrionomys gapperi, Creation Research Society Quarterly 1991, vol. 27, s, 128-135.

[191] Dan Larhammar, Lack of experimental support for Kuznetsov's criticism of biological evolution, Journal of Neuroscience 1994, vol. 77, s. 200 [199-201]. Swoje zarzuty Larhammar opublikował w dwu czasopismach prowadzących antykreacjonistyczną batalię: Severe Flaws in Scientific Study Criticizing Evolution, Skeptical Inquirer, March/April 1995, s. 30-31; Severe Flaws in a Scientific Study by D. Kuznetsov Criticizing Evolution, Creation/Evolution 1994, vol. 14, s. 1-3.

[192] Larhammar, Lack of experimental support..., s. 201.

[193] Kuznetsov Papers Called into Question: Two Articles May Contain Fictitious References, Bible-Science News, March 1995, vol. 33, No. 3, s. 15-16.

[194] Stephen Jay Gould, Ewolucja jako fakt i teoria, w: Gould, Niewczesny pogrzeb Darwina..., s. 137-138 [129-140].

[195] Cyt. za: John R. Cole, Misquoted Scientists Respond, Creation/Evolution Fall 1981, Issue 6, s. 35 [34-44]. Oprócz Lewontina i Goulda Cole cytuje jeszcze wypowiedzi Nilesa Eldredge'a, Davida M. Raupa, Lauriego Godfreya, Isaaca Asimova i Ashleya Montagu.

Kilka lat później Parker, omawiając tę samą sprawę, poprawił się, nie wspominając jednak ani słowem o reprymendzie udzielonej mu przez Lewontina: "Najjaśniejszym i najprostszym świadectwem stworzenia jest 'cudowne dopasowanie organizmów do ich środowiska'. W książce Evolution wydanej przez Scientific American harvardzki ewolucjonista Richard Lewontin mówi, iż '(...) cudowne dopasowanie organizmów do ich środowiska (...) było [a ja mówię: jest nadal] głównym świadectwem Najwyższego Projektanta'" (Morris and Parker, What Is Creation Science?..., s. 34; wszystkie nawiasy okrągłe i kwadratowe oraz podkreślenia za Parkerem).

 

[196] Whitcomb and Morris, The Genesis Flood..., s. 187. Cytują oni następującą pracę: C.P. Ross and Richard Rezak, The Rocks and Fossils of Glacier National Monument, U.S. Geological Survey Professional Paper 294-K,1959.

[197] Ross and Rezak, op. cit.; cyt. za: Weber, Common Creationists..., s. 21-22. Por. też w tej sprawie Hayward, Creation and Evolution..., s. 156.

[198] Bogatym źródłem danych ilustrujących ten ostatni zarzut są wszystkie teksty tych kreacjonistów, którzy uważają, że druga zasada termodynamiki wyklucza ewolucję. Por. w tej sprawie np. artykuły zebrane w: Emmett L. Williams (ed.), Thermodynamics and the Development of Order, Creation Research Society Monograph Series, No. 1, Creation Research Society Books, 1981 (third printing 1992).

[199] Cole, Misquoted Scientists..., s. 34.

[200] Por. np. Martin Gardner, Wielkie oszustwa nauki, w: Martin Gardner, Nauka, pseudonauka, szarlataneria, Wydawnictwo Pandora 1997, s. 166-175. O oszustwach fizyków por. np. książkę Andrzeja K. Wróblewskiego, Prawda i mity w fizyce, Iskry, Warszawa 1987. O tym, jak sam Darwin zwodził współczesnych sobie (i nie tylko współczesnych!) ostatnim zdaniem książki O powstawaniu gatunków..., patrz dalej s. 391-392. Tam też porównaj przychylną opinię Kitchera dla takich praktyk.

[201] Por. np. D. James Kennedy, "Pomyłki” ewolucjonizmu, w: Pajewski (red.), Stworzenie czy ewolucja?..., s. 172-181. Por. też dalej s. 363-363.

Znany XIX-wieczny ewolucjonista niemiecki, Ernst Haeckel, twórca tzw. prawa rekapitulacji (ontogeneza, rozwój embrionu, jest powtórzeniem filogenezy, historii ewolucyjnej) lub, jak je nazywał, prawa biogenetycznego, popełnił oszustwo, starając się swoje prawo uzasadnić i został zmuszony do przyznania się do tego. W książce Natürliche Schöpfungsgeschichte opublikowanej w 1868 roku Haeckel użył rysunku 25-dniowego embrionu psa z pracy T.L.W. Bischoffa (Entwicklungsgeschichte des Hunde Eies, F. Vieweg, Braunschweig 1845 r.) oraz 4-tygodniowego embrionu ludzkiego z pracy A. Eckera (Icones Physiologicae, L. Voss, Leipzig 1851-1859). Jednak Wilhelm His, znany ówczesny specjalista z embriologii porównawczej i profesor anatomii na Uniwersytecie w Lipsku, odkrył oszustwo. W 1874 roku ujawnił on, że Haeckel powiększył o 3,5 mm głowę embrionu psa z książki Bischoffa, pomniejszył o 2 mm głowę ludzkiego embrionu z książki Eckera, podwoił długość kości ogonowej w embrionie człowieka i w istotny sposób zmienił szczegóły ludzkiego oka. Tak spreparowane rysunki mogły dopierostanowić empiryczne potwierdzenie dla prawa rekapitulacji. Podobną technikę Haeckel zastosował w serii 24 rysunków opublikowanych po raz pierwszy w 1866 roku w Generalle Morphologie der Organismen i powtórnie opublikowanych w 1874 roku w bardziej popularnej książce Anthropogenie. Pokazywały one embriony ryby, jaszczurki, żółwia, kurczęcia, świni, krowy, królika i człowieka w trzech stadiach rozwoju.

Rysunkami tymi zajął się ostatnio Michael Richardson, wykładowca embriologii w Szkole Medycznej Szpitala Św. Jerzego w Londynie. Ponieważ rysunki Haeckla niezgodne były z jego rozumieniem tempa, w jakim ryby, gady, ptaki i ssaki rozwijają charakterystyczne dla siebie cechy i ponieważ nie znał żadnych badań porównujących embriony różnych gatunków, zorganizował międzynarodowy zespół badający i fotografujący zewnętrzną postać embrionów szerokiego zakresu kręgowców. Zespół Richardsona zbadał 39 różnych organizmów, w tym torbacze z Australii, żaby nadrzewne z Puerto Rico, węże z Francji i embrion aligatora z Anglii. Okazało się, że embriony tych różnych gatunków różniły się tak znacznie, że należy wywnioskować, iż rysunki Haeckla nie były dokonane na podstawie rzeczywistych okazów (por. artykuł Michaela Richardsona et al. opublikowany w Anatomy and Embryology 1997, vol. 196, No. 2, s. 91-106 omówiony potem w Science [Elizabeth Pennisi, Haeckel's Embryos: Fraud Rediscovered, Science 1997, September 5, vol. 277, No. 5331, s. 1435] oraz w New Scientist [Embryonic fraud lives on, New Scientist 1997, September 6, vol. 155, No. 2098, s. 23]; por. też Michael Richardson, J. Hanken, L. Selwood, G.M. Wright, R.J. Richards, C. Pieau, A. Raynaud, Haeckel, Embryos, and Evolution, Science May 15, 1998, vol. 280, s. 983-984). Zespół Richardsona wykazał, że Haeckel nie uwzględniał pewnych cech, takich jak pączkujące kończyny, a jednocześnie dodawał inne cechy do swoich rysunków. Zmieniał on także skalę rysunków, nawet dziesięciokrotnie, aby zwiększyć podobieństwo między gatunkami. Pod wpływem krytyki Hisa Haeckel w liście do Münchener Allgemeine Zeitung, międzynarodowego tygodnika poświęconego nauce, sztuce i technologii, z 9 stycznia 1909 roku przyznał się, choć pokrętnie, że "niewielka ilość moich rysunków embrionu (6 czy 8 na 100) zostały rzeczywiście (...) 'sfałszowane'", tłumacząc to tym, że niedostateczny materiał obserwacyjny musiał być uzupełniony hipotezami i rekonstrukcją. Jednak mimo tego jego rysunki, lub podobne, powtarzano przez lata w wielu podręcznikach biologii, na co zwracał uwagę Richardson w liście do Science (por. Michael Richardson, Haeckel's Embryos, Continued, Science August 28, 1998, vol. 281, s. 1289; por. w tej sprawie np. Scott Gilbert, Developmental Biology, Sinauer Associates, Massachusetts, fifth ed. 1997, s. 254 i 900; George B. Johnson, Biology, Mosby-Year Book, St. Louis 1992, s. 396; Mahlon Hoagland and Bert Dodson, The Way Life Works, Ebury Press, London 1995, s. 174; Richard Leakey, Illustrated Origin of Species, Faber and Faber, London 1986, s. 213, Leakey nazywa tam jednak pogląd Haeckla "mylnym"; w jęz. polskim por. na przykład Solomon, Berg, Martin, Villee, Biologia..., s. 404-405). Wzajemne podobieństwo różnych embrionów przyciągało uwagę zoologów jeszcze przed Haecklem, np. J.F. Meckela (1781-1883), M.H. Rathkego (1793-1860) oraz Etienne'a R.A. Serresa (1786-1868), którzy sądzili, że embriony wyższych zwierząt przechodzą stadia porównywalne z formami dorosłymi zwierząt niższych, a także K. von Baera (1792-1876). Haeckel jednak spopularyzował tę ideę chwytliwym zwrotem "ontogeneza jest powtórzeniem filogenezy”.

Niektórzy ewolucjoniści zdawali sobie sprawę, że teoria rekapitulacji jest fałszywa. Według Jane Oppenheimer dzieło Haeckla "było kulminacją skrajnej przesady, jaka wystąpiła po Darwinie" (Jane Oppenheimer, Essays in the History of Embryology and Biology, MIT Press, Boston MA 1967, s. 150). Embriolog Erich Blechschmidt uznał prawo Haeckla za jeden z najpoważniejszych błędów w historii biologii (por. Erich Blechschmidt, The Beginnings of Human Life, Springer-Verlag, New York 1977, s. 32). Prawo to krytykował też Arthur Keith uznając, że embriologia nie dostarcza poparcia hipotezie ewolucyjnej (por. Sir Arthur Keith, The Human Body, Thornton and Butterworth, London 1932, s. 94). Paul Ehrlich zauważył, że na wady prawa Haeckla powszechnie zwracano uwagę, a mimo to zajmuje ono wybitne miejsce w mitologii biologicznej (por. Paul R. Ehrlich and Richard W. Holm, The Process of Evolution, McGraw-Hill, New York 1963, s. 66). Por. też George Gaylord Simpson, C.S. Pittendrigh, and L.H. Tiffany, Life: An Introduction to Biology, Harcourt, Brace, New York 1957, s. 352 (cyt. za: Berth Thompson, The Implications of Evolution, Reason & Revelation October 1997, vol. 17, No. 10, s. 77-78 [73-78]); George Gaylord Simpson and W.S. Beck, Life: An Introduction to Biology, Harcourt, Brace & World, second edition, New York 1965, s. 241; Stephen J. Gould, Dr Down's Syndrome, Natural History April 1980, vol. 89, s. 144, cyt. za: Morris, The Long War Against God..., s. 139.

Kreacjoniści od dawna przypominali o oszustwie Haeckla (patrz Wilbert H. Rusch Sr., Ontogeny Recapitulates Phylogeny, Creation Research Society, June 1969, vol. 6, No. 2, s. 27-34; Ian Taylor, In the Minds of Men, TFE Publishing, Toronto 1984, s. 276, 469, 472, 475; Bird, The Origin..., vol. I: Science..., s. 178, 196-197, 273-274; John D. Morris, Does the Human Embryo Go Through Animal Stages?, Acts & Facts August 1989, vol. 18, No. 8; Trevor Major, Ernst Haeckel: The Legacy of a Lie, Reason and Revelation September 1994, vol. 14, No. 9, s. 68-69, ; Russell Grigg, Ernst Haeckel: Evangelist for evolution and apostle of deceit, Creation Ex Nihilo 1996, vol. 18, No. 2, s. 33-36; Embryonic Fraud Lives On, Creation Perspective, November 1997, vol. 35, No. 2, s. 11; Russell Grigg, Fraud Rediscovered, Creation Ex Nihilo March-May 1998, vol. 20, No. 2, s. 49-51; Brad Harrub, Haeckel's Hoax — Continued!).

 

[202] Por. Michael Ruse, Creation Science Is Not Science, Science, Technology and Human Values 1982, vol. 7, No. 40, s. 72-78 (przedruk w: La Follette (ed.), Creationism..., s. 150-160); Michael Ruse, They're Here!, Bookwatch Reviews 1989, vol. 2, No. 1, s. 4; Stephen Jay Gould, Creationism: Genesis vs. Geology, w: Montagu (ed.), Science and Creationism..., s. 126-135; Gunther S. Stent, Scientific Creationism: Nemesis of Sociobiology, w: Montagu (ed.), Science and Creationism..., s. 136-141; Futuyma, Science on Trial..., s. 161-174. Krytykę tych zabiegów por. w: Philip L. Quinn, The Philosopher of Science as Expert Witness, w: Ruse (ed.), But Is It Science?..., s. 367-385 oraz Larry Laudan, Science at the Bar — Causes for Concern, w: La Follette (ed.), Creationism..., s. 161-166 (przedruk w: Ruse (ed.), But Is It Science?..., s. 351-355). Na tę ostatnią krytykę Michael Ruse odpowiedział w: Michael Ruse, Response to Laudan's Commentary: Pro Judice, w: La Follette (ed.), Creationism..., s. 167-173.

[203] Kunicki-Goldfinger, Znikąd donikąd..., s. 140.

[204] Sabath, Jak zostałem fundamentalistą..., s. 689.

[205] Ruse, Darwinism Defended..., s. 182.

[206] Richard C. Lewontin, Introduction, w: Godfrey (ed.), Scientists Confront Creationism..., s. xxvi [xxiii-xxvi].

[207] W związku z tym Mazierski podaje następującą definicję cudu: "cud jest to ingerencja czynnika pozaempirycznego (zewnętrznego) w przyrodę wywołująca zjawisko zmysłowo poznawalne bądź niezgodne z aktualnymi prawami przyrody, bądź zgodne z nimi, ale wprowadzające do normalnego biegu zdarzeń dodatkowe zjawiska, które przyroda asymiluje" (Stanisław Mazierski, Elementy kosmologii filozoficznej i przyrodniczej, Księgarnia św. Wojciecha, Poznań — Warszawa — Lublin 1972, s 386). O możliwości cudów respektujących prawa przyrodnicze pisali też Clive Staples Lewis: "Jest więc nieścisłością definiować cud jako coś, co łamie prawa natury" (Cudy. Wprowadzenie ogólne, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1958, s. 90; por. też Clive Staples Lewis, God in the Dock, Collins, London 1979, s. 51-55), Richard Swinburne, The Concept of Miracle, Macmillan London 1970, s. 23-32, Gary Colwell, On Defining Away the Miraculuous, Philosophy 1982, vol. 57,s. 327-337 oraz Kirsten Birkett, Unnatural Enemies, Matthias Media, Sydney 1997, s. 70-73.

[208] Por. W. Courtenay, The Dialectic of Omnipotence in the High and Late Middle Ages, w: T. Ruduvsky (ed.), Divine Omnipotence and Omnipotence in Medieval Philosophy, D. Reidel Publishing Company 1985, s. 243-269.

[209] Michael Ruse, Witness Testimony Sheet: McLean v. Arkansas, w: Ruse (ed.), But Is It Science?..., s. 301; Michael Ruse, A Philosopher's Day in Court, w: Ruse (ed.), But Is It Science?..., s. 26 (przedruk z: Montagu (ed.), Science and Creationism..., s. 311-342).

[210] Por. McLean v. Arkansas. Opinion of William R. Overton, U.S. District Judge, Eastern District of Arkansas, Western Division (Dated 5 January 1982), w: La Follette (ed.), Creationism..., s. 60 [45-73]; Bird, The Origin of Species..., vol. II. Philosophy of Science..., s. 20-21.

[211] Por. Michael Scriven, Truisms as the Grounds for Historical Explanations, w: P. Gardiner (ed.), Theories of History, Free Press, Glencoe, Ill. 1959, s. 450 [443-475].

[212] William P. Alston, The Place of the Explanation of Particular Facts in Science, Philosophy of Science 1971, vol. 38, s. 13-34; Michael Scriven, Causation as Explanation, No_s 1975, vol. 9, s. 14 [3-15]; Peter Lipton, Inference to the Best Explanation, Routledge, London 1991, s. 47-81.

[213] Por. Ernest Nagel, Struktura nauki. Zagadnienia logiki wyjaśnień naukowych, PWN, Warszawa 1970, s. 31.

[214] Kreacjoniści Norman L. Geisler i J. Kerby Anderson wprowadzają w związku z tym pojęcie nauki o osobliwościach (singularity science), przeciwstawiając ją nauce o regularnościach (regularity science) (Geisler and Anderson, Origin Science...). Wprowadzanie takiego rozróżnienia wydaje się przesadne, ale obrazuje, jaką rolę dla kreacjonistów odgrywa istnienie zdarzeń unikalnych i wyjaśnień genetycznych.

[215] Por. Alston, The Place of the Explanation..., s. 17-24.

[216] Quinn, Philosopher of Science..., s. 367-385.

[217] Laudan, Science at the Bar..., s. 351-355.

[218] Laudan, Science at the Bar..., s. 354.

[219] Gerald Skoog, A View from the Past, Bookwatch Reviews 1989, vol. 2, s. 1-2; Robert Root-Bernstein, On Defining a Scientific Theory: Creationism Considered, w: Montagu (ed.), Science and Creationism..., s. 74 [64-95].

[220] Kitcher słusznie zauważa, że "nawet postulowanie nieobserwowanego Stwórcy nie musi być bardziejnie naukowe niż postulowanie nieobserwowalnych cząstek" (Kitcher, Abusing Science..., s. 125). Kitcher zarzuca kreacjonistom głównie to, że nie proponują strategii rozwiązywania problemów.

[221] Por. Kitcher, Abusing Science..., s. 82; A. David Kline, Theories, Facts and Gods: Philosophical Aspects of the Creation-Evolution Controversy, w: Wilson (ed.), Did the Devil..., s. 42 [37-44]; Gould, Ewolucja jako fakt..., s. 133; Root-Bernstein, On Defining..., s. 72.

[222] Gould, Creationism..., s. 129-130; Ruse, Witness..., s. 305; Ebert et al., Science and Creationism..., s. 8-10; Niles Eldredge, The Triumph of Evolution and the Failure of Creationism, W.H. Freeman 2000 (wg Michael Roberts, Not created equal [Review: Eldredge, The Triumph of Evolution...], New Scientist, June 17, 2000, s. 54). Por. wypowiedź Eugenie C. Scott: "Jeśli mam rozumieć świat przyrody, to muszę tak uprawiać naukę, jak gdyby na przedmiot moich badań oddziaływały jedynie siły przyrodnicze. (...) Gdy tylko kreacjoniści wymyślą 'teometr', to może wtedy będziemy potrafili testować cudowne interwencje” (Keep Science Free from Creationism, Insight, 21 February 1994, s. 30 [26-31]). Powiedziawszy, że kreacjonizm jest nietestowalny, Scott spróbowała jednak go stestować i wskazała na niedoskonałe struktury biologiczne jako na "więcej niż wystarczający powód, by zwątpić w to, iż organizmy zostały oddzielnie specjalnie zaprogramowane".

[223] Gould, Creationism..., s. 130.

[224] Futuyma, Science on Trial..., s. 168-170.

[225] George B. Johnson and Peter H. Raven, Biology: Principles and Explorations, Holt, Rinehart & Winston, Austin, Texas 1998, s. 226 (dziękuję prof. Davidowi K. DeWolfowi, ddewolf@lawschool.gonzaga.edu, za informację na temat tej wypowiedzi).

[226] McCollister zebrał rezolucje, stwierdzenia i stanowiska od 30 naukowych i 23 edukacyjnych organizacji. Stwierdzenia te energicznie potępiają kreacjonizm sprzed lat 1990-tych (McCollister (ed.), Voices for Evolution...; poparcie dla testowalności ujawnia się na stronach 4, 7, 9, 11-12, 14, 17, 18, 19, 25, 32, 34-36, 42, 47-48, 50-51,52, 100, 103, 117, 125, 126-127, 128, 131, 137, 138 i 140).

[227] "Życie jest taką formą organizacji materii, która w pewnym momencie została nałożona z zewnątrz w akcie stwórczym i nie może powstać inaczej. Znaczy to, że fenomenu życia nie da się inaczej otrzymać, jak tylko z już istniejącego życia” (Kazimierz Jodkowski, Polskie Towarzystwo Kreacjonistyczne. Wywiad z Mieczysławem Pajewskim, Na Prawo. Pismo Konserwatywno-Liberalne Lublin 1995, nr 1 (11), s. 9 [8-9]; przedruk w: Na Początku... 1995, nr 3, s. 69 [66-72]).

[228] "To stanowisko (...) umożliwia obalenie go środkami fizyczno-chemicznymi przez stworzenie na nowo życia i ewolucji w laboratorium" (William P. Riemen, The Non-Material Hypothesis and Its Implications for Modern Science, Creation Research Society Quarterly 1987, vol. 23, No. 4, s. 143 [141-145]); "Teoria, która stwierdza, że cudy są możliwe, jest falsyfikowalna, gdyż jeśli nauka wywoła rzekomy cud, to okaże się, że nie jest to prawdziwy cud" (William P. Riemen, Reply to Allen, Creation Research Society Quarterly 1988, vol. 25, No. 1, s. 58 [57-58]); "Jeśli więc jacyś uczeni w laboratorium otrzymają życie z materii nieożywionej, to będzie to empiryczne obalenie kreacjonizmu. Ale znaczy to, że już teraz kreacjonizm jest empirycznie falsyfikowalny czyli naukowy” (Jodkowski, Polskie Towarzystwo..., j.w. [wypowiedź M. Pajewskiego]). Por. też artykuł Plesa, Naukowa religia człekokształtnych... (Znaki Czasu, s. 12, Na Początku..., s. 200), w którym autor niepoprawnie sądzi, że kreacjonizm stanie się naukowy dopiero po jego empirycznym sfalsyfikowaniu.

[229] Brzytwa Ockhama mówi, że nie należy mnożyć bytów ponad konieczność. Skoro teoria ewolucji wyjaśnia pochodzenie życia i jego form przyczynami naturalnymi, to uznanie, iż ewolucja jest Boską metodą stwarzania, ze strony empirycznej niczego nie zmienia. Z empirycznego punktu widzenia Bóg w teistycznym ewolucjonizmie jest "bytem ponad konieczność".

[230] Kunicki, Znikąd donikąd..., s. 140-141. Por. też podobną wypowiedź znanego autora zagranicznego: "Każdy układ 'ożywiony' musiał zaistnieć albo w konsekwencji długiego procesu ewolucyjnego, albo cudu. (...) Ponieważ jako uczeni nie możemy postulować cudów, musimy przypuszczać, że pojawienie się 'życia' z konieczności było poprzedzone pewnym okresem ewolucji" (Leslie E. Orgel, The Origins of Life, John Wiley and Sons, Inc., New York 1973, s. 192).

[231] Niektórzy kreacjoniści przyjmują, że nadnaturalne interwencje Boga mogą również prowadzić do występowania zdarzeń, które mogą się także pojawić wskutek zwykłej działalności przyrody bez Boskiej interwencji, ale które na przykład są mało prawdopodobne. Tę, komplikującą nieco rozważania, koncepcję rozważę później.

[232] Dokładniej: kreacjoniści nie muszą być witalistami, kreacjonizm i witalizm są odmiennymi (choć niewykluczającymi się) doktrynami. Większość kreacjonistów rzeczywiście nie głosi poglądów witalistycznych, ale istnieje wśród nich mniejszość, która uważa, że jest to błąd. Na temat relacji kreacjonizm-witalizm por. H.L. Armstrong, Vitalism: A Neglected Weapon?, Creation Research Society Quarterly 1984, vol. 21, s. 78; Samuel T. Wolfe, Dooyeweerd on Mechanism vs. Vitalism, Creation Research Society Quarterly 1985, vol. 22, s. 48-49; H.L. Armstrong, Reply to Wolfe, Creation Research Society Quarterly 1985, vol. 22, s. 49; Frederick Edwords [wybitny antykreacjonista, pierwszy redaktor Creation/Evolution], Problem with Creationism?, Creation Research Society Quarterly 1985, vol. 22, s. 95; H.L. Armstrong, Reply to Edwords, Creation Research Society Quarterly 1985, vol. 22, s. 95-96; Lester J. McCann, Is More Than Gene Action Required to Account for Variation?, Creation Research Society Quarterly 1991, vol. 27, s. 151-153; Robert E. Kofahl, Is the Genome Sufficient, WhereIs the Design Information and What Limits Variation?, Creation Research Society Quarterly 1992, vol. 28, s. 146-148; Lester J. McCann, Dr. McCann's Response, Creation Research Society Quarterly 1992, vol. 29, s. 69-70; Lester J. McCann, Reply by McCann, Creation Research Society Quarterly 1993, vol. 30, s. 68-69; David A. Kaufmann, Physiological Evidence for Creation, Creation Research Society Quarterly 1995, vol. 31, s. 239-247. Krytykę witalizmu z pozycji kreacjonistycznych znaleźć można w następujących pracach: Richard D. Lumsden, Paul C. Anders and Jeffrey R. Pettera, Genetic Information and McCann's Dual Factor Paradigm for Development and Variation, Creation Research Society Quarterly 1992, vol. 29, s. 63-69; Richard D. Lumsden and Gaynell M. Lumsden, Alleged Informational Insufficiency of the Genome: A Rebuttal, Creation Research Society Quarterly 1992, vol. 29, s. 102-104; Richard D. Lumsden, Paul C. Anders, Cell Biology or "Cellular Intelligence"? A Reply to Dr. McCann's Rejoinder, Creation Research Society Quarterly 1993, vol. 30, s. 64-68. Krytycy ci bronią filozofii mechanicystycznej, w której każdy układ biologiczny widzą jako stworzoną "ożywioną maszynę", niezwykle skomplikowaną i złożoną z czynników fizycznych i chemicznych, ale nie posiadającą żadnego "witalnego ducha".

[233] Sabath, Jak zostałem fundamentalistą..., s. 689-690.

[234] Pisząc "nauki ścisłe" Sabath miał chyba na myśli nauki przyrodnicze, nie — matematyczne.

[235] Sabath polemizując z Giertychem ma jednak rację, że naukowo nie sposób weryfikować zdań o cudach, jeśli weryfikację rozumie się jako całkowitą, bezpośrednią i konkluzywną.

[236] Częsty błąd wśród uczonych, patrz np. poglądy Goulda omawiane na s. 299-300.

[237] Nowsze przykłady z bardzo wielu tego typu: Bassil I. Dahiyat and Stephen I. Mayo, De Novo Protein Design: Fully Automated Sequence Selection, Science 1997, vol. 278, s. 82-87; Robert F. Service, Creation's Seventh Day, Science 2000, vol. 289, s. 232-235.

Na odbywającym się w Anaheim w Kalifornii w styczniu 1999 roku zjeździe Amerykańskiego Towarzystwa Krzewienia Nauki Craig Venter, biolog molekularny, ogłosił, że można stworzyć życie, żywy organizm z martwych molekuł organicznych. Pierwszym skonstruowanym przez człowieka organizmem może być nie istniejąca w przyrodzie bakteria. Venter badał geny Mycoplasma genitalium — mikroorganizmu bytującego w ludzkich drogach płciowych i oddechowych. Ma ona znikomą liczbę genów — 470 (dla porównania: człowiek ma ich 80 tysięcy). Venter badał, czy mykoplazma będzie zdolna do życia po pozbawieniu jej kolejnych genów. Kiedy doszedł do 300, stwierdził, że jest już tak prosta, iż dałoby się ją zbudować od podstaw w laboratorium. Venter oświadczył, że jednak nie będzie tego próbował, jeśli wcześniej nie otrzyma zezwolenia od komisji etycznych. (Por. Stworzymy nowe życie?, Gazeta Wyborcza 26 stycznia 1999).

 

[238] Predykcja kreacjonistyczna ma tu dziwny charakter. Przewiduje się niepowodzenie przyszłych badań nad abiogenezą. Jednak i w literaturze głównego nurtu można znaleźć podobnie dziwne przewidywania. Freeland i Knight z Princeton wysunęli niedawno hipotezę, że tzw. świat RNA nie mógł prowadzić bezpośrednio do DNA, jak się powszechnie przypuszcza, ale że przed pojawieniem się DNA musiały wyewoluować białka (Stephen J. Freeland, Robin D. Knight, Do Proteins Predate DNA?, Science, October 22, vol. 286, issue 5440, s. 680-682). "Konkretnym przewidywaniem wynikającym z tego rozumowania jest to, że przyszłe badanie nie osiągnie sukcesu w produkowaniu prebiotycznie wiarygodnego rybozymu zdolnego do redukcji rybonukleotydów" (tamże).

[239] Cytowane w odsyłaczu 958 (na s. 291 słowa Pajewskiego są więc, jak się wydaje, zbyt skrajne (ale ma tę zaletę, że łatwiej falsyfikowalne).

[240] Morris, Scientific Creationism..., s. 46. Morris, jak się zdaje, nie uwzględnia faktu, że gdyby dzisiaj życie ewoluowało z materii nieożywionej, to natychmiast ginęłoby "w starciu" z już istniejącymi i zaawansowanymi formami życia.

[241] Por. np. Johnson, Na bezdrożach..., s. 145-149; Pajewski, Stworzenie czy ewolucja?..., s. 27-34; Kenyon, The Creationist..., s. 29-30; Morris and Parker, What is Creation..., s. 7-8; Taylor, The Illustrated Origins..., s. 22; Thaxton, Bradley, Olsen, The Mystery..., s. 18-41; A.E. Wilder-Smith, The Natural Sciences Know Nothing of Evolution, Master Books, San Diego 1981, s. 9-32; Rene Evard and David Schrodetzki, Chemical Evolution, Origins 1976, vol. 3, No. 1, s. 9-37; John N. Moore, Teaching About Origin Questions: Origin of Life on Earth, Creation Research Society Quarterly 1985, vol. 22, s. 20-25; Kevin L. Anderson, Prebiotic Formation of the First Cell, Creation Research Society Quarterly 1989, vol. 26, s. 55-60; David A. Kaufmann, Functional Proteins: Chaos or Logos, Creation Research Society Quarterly 1991, vol. 28, s. 64-66.

[242] Kenyon, The Creationist...

[243] Darwin, O powstawaniu gatunków..., s. 178-179.

[244] Książka Znikąd donikąd Kunickiego-Goldfingera korzysta częściowo z wcześniej opublikowanych artykułów. Nie zawsze autor jednak dokonał uzgodnienia wszystkich swoich poglądów wypowiadanych w tych artykułach. Na s. 70 stwierdza na przykład: "Jedyna teoria ogólnej biologii, teoria ewolucji, nie daje się ani weryfikować, ani falsyfikować", co pozostaje w jaskrawej niezgodzie z prowadzonymi gdzie indziej rozważaniami.

[245] Patrz wyżej, s. 252.

[246] Książka Kunickiego-Goldfingera wypowiada bardzo wiele twierdzeń filozoficznych niezgodnych ze stanem współczesnej filozofii. Na przykład na s. 47 przypisuje filozofii poglądy indukcjonistyczne odnośnie natury nauki, a charakterystyka współczesnej filozofii nauki ze s. 52 jest, mówiąc eufemistycznie, bardzo ale to bardzo niedokładna. Ciekawe, że fizycy lub biologowie reagują nerwowo, kiedy ktoś z zewnątrz wypowiada się na temat ich problematyki, ale nie mają żadnych zahamowań, kiedy sami zaczynają "uprawiać" filozofię. Znikąd donikąd jest przykładem tego, że do uprawiania filozofii nie wystarczą same tylko dobre chęci.

[247] Gould, Ewolucja jako fakt..., s. 133. Również Ruse i Stent uważają, że wyrażenie "naukowy kreacjonizm" jest oksymoronem lub jest wewnętrznie sprzeczne (por. Ruse, Darwinism Defended..., s. 322-324; Stent, Scientific Creationism..., s. 137).

[248] Gould nie podaje pełnych danych bibliograficznych cytowanej wypowiedzi Gisha. W dostępnym mi wydaniu książki Duane'a T. Gisha, Evolution? The Fossils Say No!, Creation-Life Publishers, San Diego 1973, znajduje się ona na s. 25. Podobnie jak Gish wypowiada się wielu kreacjonistów (por. Henry M. Morris, Scientific Creationism..., s. 46; patrz wyżej s. 296).

[249] Gould, Ewolucja jako fakt..., s. 133-134.

Ten sam fragment wypowiedzi Gisha przytacza też Futuyma (Science on Trial..., s. 174) i tak go komentuje: "Dokładnie dlatego, że nie można naukowo badać procesów nadnaturalnych, kreacjoniści nie są wstanie przedstawić obecnie żadnego dodatkowego świadectwa na rzecz stworzenia od roku 1859. Po prostu powtarzają te same argumenty, jakich używali przez stulecia — nie mają żadnych nowych idei, nie dają nowych informacji. Gdzie nauka uwalnia i ćwiczy ludzki intelekt, kreacjonizm twierdzi, iż intelekt jest bezsilny. Gdzie nauka ofiarowuje optymizm współgrający ze zrozumieniem, kreacjonizm zaprzecza temu. Gdzie nauka wzrasta, kreacjonizm pozostaje w fazie stagnacji. Gdzie nauka ofiarowuje metodę testowania hipotez, by uzasadnić swoje twierdzenia, kreacjonizm ofiarowuje ślepą wiarę w autorytet jednej książki i jej najmniej elastycznych interpretatorów" (tamże).

Podobnie Eldredge cytuje wspomnianą wypowiedź Gisha i ośmiesza stanowisko kreacjonistyczne. Jak kreacjoniści mogą twierdzić, że ich teorie są naukowe, a jednocześnie przyznawać, że procesy stworzenia nie mogą być poznane ani stestowane? Ponieważ Stwórca użył "praw już nie istniejących", kreacjonizm "ostatecznie znajduje się poza zakresem nauki" (The Monkey Business..., s. 82).

 

[250] Patrz wyżej s. 296.

[251] Harold Armstrong, The Possibility of the Artificial Creation of Life, Creation Research Society Quarterly, 1965, vol. 1, No, 3, s. 11. Armstrong daje jeszcze kilka następnych argumentów mających uodpornić wiarę chrześcijańską przed spodziewanym sukcesem laboratoryjnym ewolucjonistów. Po pierwsze, wiara w spontaniczne powstawanie życia trwała przez całe stulecia i znikła mniej więcej dwieście lat temu. Nie przeszkadzało to jednak wierzącym uznawać pierwotne powstanie życia za coś wyjątkowego, dlaczego więc — mówi Armstrong — ma to nam przeszkadzać? Po drugie, Biblia wspomina, iż magowie egipscy tworzyli żaby, a więc nie powinniśmy się martwić tym, że współcześni utworzą życie w laboratorium.

[252] Wieland, Stones and Bones..., s. 4.

[253] Thaxton, Bradley, Olsen, The Mystery of Life's Origin..., s. 186.

[254] Por. Geoffrey F.W. Allen, Philosophy of Science?, Creation Research Society Quarterly 1988, vol. 25, No. 1, s. 55 [55-57].

[255] Patrz wyżej s. 90-94 oraz 95.

[256] Moore and Slusher (eds.), Biology..., s. 422.

[257] Odmienność obserwowana w przyrodzie "jest po prostu wyrazem pragnienia Stwórcy, by pokazać tak wiele piękna kwiatów, odmian śpiewu ptaków czy interesujących typów zachowania się zwierząt, na ile to było możliwe. Gdyby wszystkie róże wyglądały podobnie albo gdyby wszystkie ptaki śpiewały jak skowronek, byłby to monotonny świat (...)" (tamże, s. 147).

[258] Futuyma, Science on Trial..., s. 62.

[259] Karol Sabath, Przetasowania w systematyce ssaków, Wiedza i Życie 1996, nr 5, s. 8.

[260] Tamże.

[261] Niektóre z nich wymieniał Giertych w przytoczonym niżej cytacie (patrz s. 308).

[262] Analizy na temat naukowości kreacjonizmu i geologii Potopu przeprowadził m.in. Leonard R. Brand w artykule pt. Can Science and Religion Work Together?, Origins 1985, vol. 12, No. 2, s. 71-88.

[263] Root-Bernstein, On Defining a Scientific Theory..., s. 73; Ruse, A Philosopher's Day..., s. 28; Ebert et al., Science and Creationism..., s. 8-10.

[264] Przypomnę cytowane już słowa Goulda: "Łańcuchy i sieci wydarzeń historycznych są tak splątane, tak przepełnione czynnikami losowymi i chaotycznymi, tak niepowtarzalne i zawierające tyle jednostkowych (i swoiście powiązanych) podmiotów, że modele prostego przewidywania i powtarzalności wyników do nich się nie stosują" (Gould, Ewolucja życia na Ziemi..., s. 61).

[265] Kreacjonista Hugh Ross od dawna przewiduje znalezienie życia na Marsie, ale ma to być życie ziemskie przeniesione tam w ciągu ostatnich czterech miliardów lat z Ziemi przez wiatr słoneczny i meteoryty (por. Hugh Ross, Life on Mars as Proof of Evolution?, Facts & Faith 1988, vol. 2, No. 3, s. 1-2; tenże, Life on Mars Revisited, Facts & Faith 1989, vol. 3, No. 2, s. 2; tenże, The Creator and the Cosmos..., s. 154-155; tenże, Mars-Life Speculations Run Wild, Facts & Faith 1996, vol. 10, No. 3, s. 10-11).

[266] Por. Thaxton, Bradley and Olsen, The Mystery of Life's Origin..., s. 42-66; Hugh Ross, Questionable Success for Life Synthesis Diehards, Facts & Faith 1995, vol. 9, No. 3, s. 4-5; John D. Morris, How Did Life Originate?, Acts & Facts, August 1996, vol. 25, No. 8. Por. też w tej sprawie autora niekreacjonistycznego: Robert Shapiro, Origins: A Skeptic's Guide to the Creation of Life on Earth, Simon & Schuster, New York 1986, s. 98-99.

[267] Ewolucjoniści polemizujący z kreacjonistami stwierdzają ironicznie, że kreacjoniści dla celów swej propagandy wykorzystują nawet znajdowanie tzw. ogniw pośrednich: bowiem zamiast o dotychczasowej jednej luce w zapisie kopalnym mówią teraz o dwu (por. Robert S. Dietz, Gish's Law, Geotimes 1983, vol. 28, No. 8, s. 11-12; cyt. za: Strahler, Science and Earth History..., s. 400). Por. też uwagę Lernera (Good Science, Bad Science...): "Inne twierdzenie kreacjonistów młodej Ziemi głosi, że nie ma form przejściowych w sekwencjach kopalnych. W pewnym sensie jest to niepoprawne; istnieje wiele sekwencji, w których ewolucja od jednej formy do drugiej jest bardzo widoczna. Dobrze znanym przykładem jest ewolucja konia. W innym sensie znalezienie kopalnej formy pośredniej między dwiema już znanymi skamieniałościami tworzy po prostu dwie 'luki' tam, gdzie przedtem istniała jedna". Por. odpowiedź na tę ewolucjonistyczną krytykę w artykule Johna Woodmorappe'ego, Does a 'transitional form' replace one gap with two gaps?, Creation Ex Nihilo Technical Journal 2000, vol. 14, No. 2, s. 5-6; tłum. polskie: Czy "forma przejściowa" zamienia jedną lukę w dwie?, Na Początku..., lipiec-sierpień 2000, nr 7-8, (131-132), s. 240-243.

[268] Kitcher, Abusing Science..., s. 126-127, 176-177.

[269] Przyznaje to nawet przewodniczący Polskiego Towarzystwa Kreacjonistycznego: "Należy zwrócić uwagę,że w literaturze kreacjonistycznej istnieje przerost argumentów negatywnych — znacznie więcej uwagi poświęcają oni obalaniu ewolucjonizmu niż rozwijaniu własnej koncepcji" (Mieczysław Pajewski, Istota kreacjonizmu, Na Początku..., 1995, nr 1 (53), s. 7-8 [3-9]); "Ewolucjonizm po Darwinie jest czymś więcej niż tylko jedną z wielu teorii. Ze względu na popularność można powiedzieć, że jest jedyną, choć w kilku odmianach, teorią naukową. Wprawdzie na marginesie świata naukowego istnieją także kreacjoniści, ale większość swoich wysiłków poświęcają na zwalczanie poszczególnych tez ewolucjonizmu (osiągając tu czasami spore sukcesy), niewiele natomiast jest z ich strony propozycji teoretycznych. Niewielka liczba tych propozycji jest piętą achillesową współczesnego kreacjonizmu" (Rękas, Wywiad z Przewodniczącym..., s. 252).

[270] Futuyma, Science on Trial..., s. 176.

[271] "Kreacjonizm i ewolucjonizm wyczerpują możliwe wyjaśnienia pochodzenia organizmów ożywionych. Organizmy te albo pojawiły się na Ziemi w pełni rozwinięte, albo nie. Jeśli nie, to musiały rozwinąć się z wcześniej istniejących gatunków na drodze jakiegoś procesu modyfikacji. Jeśli pojawiły się w pełni rozwiniętym stanie, to musiały faktycznie być stworzone przez jakąś wszechmocną inteligencję" (Futuyma, Science on Trial..., s. 197). Podobnie uważał inny ewolucjonista, laureat nagrody Nobla, biolog z Uniwersytetu Harvarda, George Wald: "Wiara w spontaniczne powstanie życia była racjonalnym poglądem: jedyną alternatywą jest wiara w pojedynczy pierwotny akt nadnaturalnego stworzenia. Nie ma trzeciego stanowiska" (George Wald, The Origin of Life, w: Scientific American: The Physics and Chemistry of Life, Simon & Schuster, New York 1959, s. 9; cyt. za: Ankerberg & Weldon, The Facts..., s. 15-16; Ankerberg i Weldon, Fakty w sprawie... (część 4), Na Początku... 2000, nr 3-4 (127-128), s. 78 [76-79]).

[272] "Kreacjonizm i ewolucjonizm pod pewnymi względami implikują zaplecze tak odmienne, jak tylko można sobie wyobrazić. W tym znaczeniu, w jakim kreacjonizm jest alternatywą dla ewolucjonizmu w każdej konkretnej kwestii, argument przeciwko stworzeniu jest argumentem na rzecz ewolucji i vice versa" (Richard D. Alexander, Evolution, Creation, and Biology Teaching, w: Zetterberg (ed.), Evolution versus Creationism..., s. 91 [90-111]).

Dla kreacjonistów twierdzenie to jest oczywiste: "Ostatecznie rzecz biorąc istnieją tylko dwie możliwości co do pochodzenia wszelkiego wzorca porządku. Albo materia (masa — energia) jest jedyną rzeczywistością, a wszelki porządek pochodzi od czasu i przypadku działających na wewnętrzne własności materii (ewolucja), albo w grę wchodzi nie tylko materia i istnieją nieredukowalne własności organizacji, które są rezultatem projektu istworzenia" (Pajewski, Stworzenie czy ewolucja..., s. 158). "Albo Bóg zapoczątkował życie, albo pojawiło się ono z niekierowanych procesów przyrodniczych. Jakie jeszcze inne opcje mogą istnieć? Dlatego argumenty skierowane przeciwko przypadkowym procesom przyrodniczych są argumentami na rzecz Boga" (Robert DiSilvestro, Are We Arguing For or Arguing Against?, Facts & Faith 1998, vol. 12, No. 1, s. 10 [10-11]).

Niektórzy zapalczywi antykreacjoniści nie potrafią jednak tego dostrzec: "jeżeli idea ewolucji byłaby rzeczywiście nieodpowiednia, nie dawałoby to mimo wszystko żadnych podstaw do przyjęcia poglądu, że każdy oddzielny gatunek został stworzony przez 'Stwórcę'. Może istnieje faktycznie jakaś alternatywa, lecz wybór winien zależeć od faktów i dowodów. Przecież jeśli po dokładnych badaniach okazałoby się, że nasza fizjologia reprodukcji nie jest całkowicie słuszna, nie znaczyłoby to jeszcze wcale, że dzieci przynoszone są przez bociany. Równie dobrze mogą być przecież znajdywane w główkach kapusty lub przynoszone w czarnej lekarskiej torbie. Chcąc ustanowić kreacjonizm jako racjonalny pogląd na świat, kreacjoniści musieliby znaleźć ważne naukowo świadectwa wspierające ich wierzenia, a nie jedynie szukać dziury w całym w poglądach innych" (Asimov, Błądzący umysł..., s. 25). Należy docenić zmysł humoru Asimova, ale jeśli odrzucał pogląd, że ewolucjonizm i kreacjonizm są dwoma wzajemnie wykluczającymi się i zarazem dopełniającymi stanowiskami (czyli jedynymi możliwymi), to powinien to uzasadnić.

 

[273] Ich omówienie por. na przykład w artykułach J.P. Moreland, Conceptual Problems and the Scientific Status of Creation Science, Perspectives on Science & Christian Faith 1994, vol. 45, No. 1, s. 1-13; Stephen C. Meyer, The Use and Abuse of Philosophy of Science: A Response to Moreland, Perspectives on Science & Christian Faith 1994, vol. 45, No. 1, s. 14-18; Richard H. Bube, Is Creation Science An Oxymoron? A Response to Moreland, Perspectives on Science & Christian Faith 1994, vol. 45, No. 1, s. 19-21; J.P. Moreland, Response to Meyer and Bube, Perspectives on Science & Christian Faith 1994, vol. 45, No. 1, s. 22-25.

[274] Patrz w tej sprawie s. 7.

[275] Sabath, Na bezdrożach..., s. 159 (także w: Moczydłowski (red.), Pan Bóg..., s. 76).

[276] I nie tylko kreacjonistów: W 1924 roku Oparin zaproponował ciąg wydarzeń, który miał doprowadzić do pojawienia się życia. Zdaniem Dysona pogląd Oparina był przyjmowany przez pół stulecia nie dlatego, że istniało jakieś empiryczne poparcie dla niego, ale raczej dlatego, ponieważ wydawał się on być jedyną alternatywą dla biblijnego kreacjonizmu (por. Freeman Dyson, Początki życia, Biblioteka Myśli Współczesnej, PIW, Warszawa 1993, s. 45). Podobnie twierdzi prof. Józef Kaźmierczak, kierownik Zakładu Biogeologii Instytutu Paleobiologii Polskiej Akademii Nauk: koncepcja Oparina była "idealnie zgodne ze światopoglądem materialistycznym" oraz "Od dłuższego czasu teza Oparina wydawała się podejrzana, brakowało jednak dowodów na jej odrzucenie" (cyt. za: Marcin Jamkowski, Zachował się cień. Początki życia na Ziemi, Gazeta Wyborcza 9 czerwca 2000, s. 16).

[277] Giertych, W odpowiedzi obrońcy teorii ewolucji..., w: Moczydłowski (red.), Pan Bóg czy dobór naturalny..., s. 40.

[278] Tamże, s. 42-43.

[279] Por. Karl R. Popper, Status poznawczy nauki i metafizyki, Znak 1978, nr 3 (285), s. 367-387 (oryginał: On the Status of Science and of Metaphysics, Ratio 1957-1958, vol. 1, s. 97-115; przedrukowany w: Popper, Conjectures..., s. 184-200; inne tłum. polskie w: Popper, Droga do wiedzy..., s. 313-339).

[280] Jodkowski, Jak powstają teorie naukowe?... Za opracowanie to otrzymałem w 1983 roku wyróżnienie honorowe w zorganizowanym przez miesięcznik popularnonaukowy Problemy konkursie pod hasłem "Szukamy popularyzatorów wiedzy".

[281] Uproszczenie, jakiego dokonałem, nie jest jednak tak wielkie, jak by się mogło wydawać. Kanonom Milla słusznie stawia się zarzut, że przyroda jest zbyt złożona, by można je było do niej stosować (zarzut W. Whewella cytowany w: John Stuart Mill, System logiki, t. I, Warszawa 1962, s. 665-666). Kotarbiński z kolei twierdził, że kanony te sprowadzić można do dedukcji, indukcji przez proste wyliczenie oraz obserwacji (Tadeusz Kotarbiński, Wykłady z dziejów logiki, Łódź 1957, s. 242).

[282] Por. np. Evaldas Nekrašas, Analiza krytyczna pojęcia "indukcjonizm", Studia Filozoficzne 1978, nr 7, s. 113-124; tenże, Wiedza prawdopodobna, Wyd. Naukowe PWN, Warszawa 1992, s. 185-212.

[283] Patrz też cytowane wyżej wypowiedzi Sabatha i Giertycha na s. 307-308.

[284] Paszewski, Czy teoria..., w: Moczydłowski (red.), Pan Bóg..., s. 15.

[285] Asimov, Błądzący umysł..., s. 13; zwrot "jeśli to tylko możliwe" wskazuje, że potwierdzenie eksperymentalne nie jest konieczne, wystarczy wniosek z długotrwałych obserwacji.

[286] McGowan, In the Beginning..., s. 3. Christ McGowan jest profesorem na Wydziale Zoologii Uniwersytetu Toronto w Kanadzie i — oczywiście — ewolucjonistą.

[287] Richard Rothstein, Separating Fact and Theory, The New York Times, June 7, 2000, Section B, s. 1, dziękuję prof. Phillipowi E. Johnsonowi za dostarczenie mi tekstu tego artykułu.

[288] Wysong, The Creation/Evolution Controversy..., s. 40-41.

[289] Giertych, Wokół ewolucji..., s. 75.

[290] Ankerberg and Weldon, The Facts..., s. 9.

[291] Webster, Czy koniecznie ewolucja?..., s. 10.

[292] Anthony Standen, Science is a Sacred Cow, Dutton, New York 1950, s. 27-28; cyt. za: Paul B. Gosselin, Myths of Origin and the Theory of Evolution, Creation Social Science and Humanities Society Quarterly, Spring 1981, vol. 3, no. 3, s. 7-13; .

[293] Denton, Evolution: A Theory in Crisis..., s. 341.

[294] Isaac Newton, Principia, Księga III, General Scholium, cyt. za: Alan Musgrave, Wpływ Einsteina na filozofię, w: Kazimierz Jodkowski (red.), Na czym polega racjonalność nauki?, Realizm. Racjonalność. Relatywizm t. 7, Wydawnictwo UMCS, Lublin 1991, s. 82 [79-105]. Andrzej Siemianowski twierdzi jednak, że Newton indukcję rozumiał szerzej, niż to dzisiaj robią logicy: "dla Newtona indukcja to tyle, co proces myślowy wiodący do postawienia empirycznej hipotezy na podstawie zdań przyjętych, bądź zdań obserwacyjnych (zatem jednostkowych), bądź zdań ogólnych" (Andrzej Siemianowski, O filozofii nauki I. Newtona, Edukacja Filozoficzna 2000, nr 30, s. 15 [5-15]). Por. też Popper, Droga do wiedzy..., s. 315.

[295] Max Born, Natural Philosophy of Cause and Chance, Oxford 1949, s. 7 (cyt. za: Popper, Droga do wiedzy..., s. 95).

[296] Por. J.P. Moreland, Christianity and the Nature of Science: A Philosophical Investigation, Baker, Grand Rapids, MI 1989, s. 21.

[297] Patrz w tej sprawie moje artykuły: Kazimierz Jodkowski, Problem uteoretyzowania faktów naukowych, Zagadnienia Naukoznawstwa 1983, t. 19, z. 4, s. 419-445; tenże, Spór o kryterium teoretyczności pojęć, Studia Filozoficzne 1980, nr 3, s. 59-77. Tam też znaleźć można szczegółowsze rozważania na temat obserwowalności i podziału terminów.

[298] "Ujęcie Ramseya i Craiga ma charakter całkowicie ogólny, i nie ogranicza się bynajmniej tylko do obszaru nauk empirycznych. (...) Metody przez nich proponowane stosują się do wszystkich teorii, w których językach dają się wyodrębnić dwie grupy terminów. Podstawa dokonania podziału nie ma przy tym znaczenia" (Tomasz Dąbrowski, Quae nocent, docent, Studia Filozoficzne 1983, nr 11-12, s. 306 [305-310]).

[299] "W czasie studiów we Włoszech Kopernik znalazł się pod wpływem neoplatonizmu. (...) Wielu neoplatoników uważało, że najbardziej odpowiednim symbolem twórczej zdolności Boga jest Słońce, którego światło i ciepło umożliwia istnienie wszystkich żywych istot na Ziemi. W ten sposób neoplatonizm wiązał się zpewnego rodzaju mistycyzmem Słońca. Podczas gdy Arystoteles nauczał, że Ziemia jest środkiem Wszechświata, to niektórzy neoplatońscy autorzy argumentowali, że środkiem Wszechświata musi być Słońce, gdyż tylko to położenie zgodne było z jego godnością jako boskiego symbolu" (Nancy R. Pearcey and Charles B. Thaxton, The Soul of Science. Christian Faith and Natural Philosophy, Crossway Books, Wheaton, Illinois 1994, s. 64). Zdaniem Kearneya kontakt Kopernika z neoplatonizmem równoważny był religijnemu nawróceniu (por. Hugh Kearney, Science and Change: 1500-1700, World University Library, McGraw-Hill, New York 1971, s. 98. "U Kopernika wyraźnie neoplatońskie jest ujęcie Słońca i problemu prostoty matematycznej. Neoplatonizm stanowi zasadniczy element atmosfery intelektualnej, która zrodziła tę wizję Wszechświata" (Thomas S. Kuhn, Przewrót kopernikański. Astronomia planetarna w dziejach myśli, PWN, Warszawa 1966, s. 202). Warto zacytowaćwypowiedź samego Kopernika: "A w środku wszystkich [planet] ma swą siedzibę Słońce. Czyż bowiem w tej najpiękniejszej świątyni moglibyśmy umieścić ten znicz w innym albo lepszym miejscu niż w tym, z którego on może wszystko równocześnie oświetlać? Wszakże nie bez słuszności nazywają go niektórzy latarnią świata, inni rozumem jego, jeszcze inni władcą. Trismegistos zwie je widzialnym bogiem, Sofoklesowa Elektra — wszystkowidzącym. Tak więc zaprawdę słońce, jakby na tronie królewskim zasiadając, kieruje rodziną planet krzątającąsię dokoła" (Mikołaja Kopernika O Obrotach. Księga pierwsza, Zakład Narodowy im. Ossolińskich. Wydawnictwo, Wrocław — Warszawa — Kraków — Gdańsk — Łódź 1987, s. 56). Owen Gingerich uważa, że istotnym źródłem koncepcji Kopernika były dwie wzajemnie niezależne idee estetyczne. Jedna z nich — ruch ciał niebieskich winien odbywać się po orbitach kołowych — była do gruntu fałszywa. Druga — układ heliocentryczny planet — okazała się prawdziwa, ale dopiero po wielu latach (por. Owen Gingerich, Copernicus and the Aesthetic Impulse, APS News, July 2000 ). Por. też Jodkowski, Wspólnoty uczonych..., s. 255-256.

[300] Warto tu zauważyć, że owa prostota nie polega na braku daty w hipotezie. Zdanie "wszystkie szmaragdy są zielone", czy dokładniej: "wszystkie szmaragdy są zawsze zielone", równoważne jest zdaniu "wszystkie szmaragdy są zielone do 1997 roku włącznie, a potem także są zielone".

[301] Patrz wyżej, s. 307.

[302] Ruse, Darwinism Defended..., s. 59; Ruse, Witness..., s. 305; Gould, Ewolucja..., s. 133-134; Root-Bernstein, On Defining..., s. 74.

[303] Por. Mario Bunge, Phenomenological Theories, w: tenże (ed.), The Critical Approach to Science and Philosophy, The Free Press of Glencoe, London 1964, s. 234-254. Podobne rozróżnienie — teorii abstrakcyjnych, fenomenologicznych lub makroskopowych z jednej strony oraz hipotetycznych, transcendentnych lub mikroskopowych z drugiej — wprowadził W.J.M. Rankine (por. Nagel, Struktura nauki..., s. 118-119).

[304] Gish, Evolution. The Fossils Say No!..., s. 25. Por. też: "Proces, w którym powstało życie, był więc procesem nadnaturalnym i nie można go wyjaśnić procesami naturalnymi i naturalnymi prawami obecnie działającymi na planecie Ziemi" (Gish, A Consistent Christian-Scientific..., s. 185; cyt. za: Taylor, The Illustrated..., s. 78) oraz: "Stworzenie dokonało się na mocy unikalnych procesów dziś już nie występujących. Procesy przyrodnicze, jakie dzisiaj obserwujemy, raczej konserwują, zachowują życie niż je stwarzają" (Morris, Scientific Creationism..., s. 46).

[305] Eldredge, The Monkey Business..., s. 82. Do zacytowanej wypowiedzi Gisha odnosiła się także krytyka Goulda (por. Gould, Ewolucja jako fakt..., s. 133-134) i Futuymy (Science on Trial..., s. 174).

[306] Gish, Natura nauki..., s. 207-208.

[307] Morris and Parker, What Is Creation..., s. xiv.

[308] Por. Lester, Skąd wiemy..., s. 359.

[309] Por. np. Henry M. Morris, Evolution is Religion, not Science, Answers Digest 1986, s. 12-13; Henry M. Morris, Evolution is Religion — Not Science, Acts & Facts February 2001, vol. 30, No. 2, Impact #332; Ken Ham, The Lie: Evolution, Master Books, Green Forest, AR 1987, s. 15-21 (Chapter Two — Evolution Is Religion) i s. 23-33 (Chapter Three — Creation Is Religion); Pajewski, Stworzenie czy ewolucja?..., s. 203.

[310] Por. Bolton Davidheiser, What is "Creation Science"?, Creation Research Society 1994, vol. 31, s. 8.

[311] Morris, Scientific Creationism..., s. iv.

[312] Gish, Natura nauki..., s. 209-210.

[313] Por. też cytowaną już opinię Wielanda: "Prawdziwa [real] nauka polega na mierzeniu, czy obserwowaniu czegoś, co się wydarza i na potwierdzaniu tego. Na przykład, nawet jeśliby gady rzeczywiście zmieniły się w ptaki miliony lat temu — jak to utrzymują ewolucjoniści — to i tak naukowo nie można by uznać czegoś takiego za fakt, gdyż nie podlegało to obserwacji" (Wieland, Stones and Bones..., s. 4).

[314] Luther D. Sunderland, Darwin's Enigma. Fossils and Other Problems, Master Book Publishers, San Diego 1984, s. 26-27. Cytowana przez Sunderlanda wypowiedź wybitnego biologa angielskiego pochodzi z: Patterson, Evolution..., s. 145-146.

[315] Karl Popper, Letters — "Evolution", New Scientist, August 1980, vol. 87, No. 1215, s. 611.

[316] Pajewski, Stworzenie czy ewolucja?..., s. 201.

[317] Morris, Evolution is Religion..., s. 12. Por. też następującą opinię: teistyczny ewolucjonizm "błędnie zakłada, że naturalistyczna ewolucja jest częścią nauk przyrodniczych, nawet chociaż nie można jej zaobserwować czy empirycznie stestować" (Clement A. Butel, Theistic evolution: A tragic misunderstanding and grave error).

[318] Por. Morris, Evolution is Religion...; Ken Ham and Paul Taylor, The Genesis Solution, Films For Christ Association, Mesa, Arizona 1992, s. 10-14; Wieland, Stones and Bones..., s. 4; Henry M. Morris, Evolution and the New Age, Acts & Facts March 1987, vol. 16, No. 3, Impact No. 165.

[319] Por. Geisler, Is Man the Measure..., s. 137-138; N.L. Geisler and J.K. Anderson, Origin Science...; Thaxton, Bradley, Olsen, The Mystery of Life's Origin..., s. 6-8, 202-214. Lane P. Lester twierdzi, że autorem tego rozróżnienia jest Richard Bliss (Lane P. Lester, How Do We Know What We Know?, Creation Research Society Quarterly 1995, vol. 32, No. 2; tenże, Skąd wiemy to, co wiemy?, Na Początku... 1997, nr 11B (96), s. 358 [352-359]).

[320] Por. Moore, Methods of Teaching Origins...; Pearcey, Response to the Critics..., s. 6-8.

[321] Por. Meyer, The Methodological Equivalence..., s. 88-98.

[322] Por. Pearcey, Response to the Critics..., s. 7.

[323] Por. Carol Cleland, Historical science, experimental science, and the scientific method, Geology, Nov. 2001, vol. 29, No. 11, s. 987-990.

[324] Por. np. Karl Popper, Nędza historycyzmu, Wydawnictwo KRĄG, Warszawa 1984, s. 84.

[325] Por. Richard Dawkins, Samolubny gen, Prószyński i S-ka, Warszawa 1996, s. 35.

[326] Darwin, O pochodzeniu człowieka..., s. 117.

[327] Darwin, O powstawaniu gatunków..., s. 457.

[328] Patrz wyżej ods. 943 na s. 289. W metodologii biologii rozróżnia się czasami wyjaśnianie genetyczne ihistoryczne oraz analizuje rozmaite rozumienia tych wyjaśnień. Te subtelne analizy nie są jednak istotne w kontekście prezentowanego opracowania. Patrz w tej sprawie np. Elżbieta Mickiewicz-Olczyk, Wyjaśnienie genetyczne i historyczne w biologii, w: Czesław Nowiński (red.), Ewolucja biologiczna. Problemy informacjii rozwoju. Szkice teoretyczne i metodologiczne, Zakład Narodowy Imienia Ossolińskich, Wydawnictwo Polskiej Akademii Nauk, Wrocław — Warszawa — Kraków — Gdańsk 1976, s. 239-257. Mickiewicz-Olczyk, podobnie zresztą jak Nagel, uważa, że wyjaśnianie genetyczne i historyczne podpada pod schemat wyjaśniania nomologiczno-dedukcyjnego Hempla.

[329] Eldredge, The Monkey Business..., s. 82.

[330] Tamże, s. 87.

[331] Tamże, s. 88.

[332] Używanie przez Darwina argumentów metodologicznych jest dobrze udokumentowane. Por. np. D. Recker, Causal Efficacy: The Structure of Darwin's Argument Strategy in the Origin of Species, Philosophy of Science 1987, vol. 54, s. 173; David Hull, Darwin and the Nature of Science, w: David Bendall (ed.) Evolution from Molecules to Men, Cambridge University Press, Cambridge, U.K. 1985, s. 63-80.

[333] Darwin, O powstawaniu gatunków..., s. 198; podkr moje — KJ.

[334] Darwin, O pochodzeniu człowieka..., s. 24; podkr moje — KJ.

[335] Stephen J. Gould, The Senseless Signs of History, w: tenże, The Panda's Thumb, Norton, New York 1984, s. 118; por. też: "'Kreacjonizm naukowy' to wyrażenie sprzeczne wewnętrznie i nonsensowne" (Gould, Ewolucja jako fakt..., s. 133).

[336] Basil Wiley, Darwin's Place in the History of Thought, w: M. Banton (ed.), Darwinism and the Study of Society, Quadrangle Books, Chicago 1961, s. 15.

[337] Christian de Duve, The Beginning of Life on Earth, American Scientist, September-October 1995, vol. 83,s. 428 [428-437], podkr. moje — KJ.

[338] Cyt. za: Paszewski, Czy teoria..., s. 21.

[339] Michał Heller, Stworzenie a ewolucja, Communio. Międzynarodowy Przegląd Teologiczny 1982, nr 4 (10), s. 62 [58-66] oraz tenże, Nowa fizyka..., s. 119; podkr. moje — KJ.

[340] Raymond Grizzle, Some Comments on the 'Godless' Nature of Darwinian Evolution, and a Plea to the Philosophers Among Us, Perspectives on Science and the Christian Faith 1993, vol. 45, s. 175-176 [175-177]; podkr. moje — KJ. Dziwne, ale niektórzy ewolucjoniści uważają, że metodologiczny naturalizm "jest tylko opisem faktu, że nauka jest ograniczona do badań naturalnych przyczyn dla naturalnych zjawisk" (Lerner, Good Science...). Przypomina się tu sarkastyczna uwaga Poppera, że zwolennicy naturalizmu "nie umieją dostrzec, że tam, gdzie jak im się wydaje, odkryli jakiś fakt, zaproponowali jedynie konwencję" (Popper, Logika odkrycia..., s. 49).

[341] Nancy Murphy, Phillip Johnson on Trial: A Critique of His Critique of Darwin, Perspectives on Science and Christian Faith 1993, vol. 45, no. 1, s. 33 [26-36]; podkr. moje — KJ.

[342] Karl Giberson, Worlds Apart, The Unholy War Between Religion and Science, Bacon Hill Press, Kansas City, MO 1993, s. 201.

[343] Tamże, s. 179.

[344] W referacie wykorzystałem kilka spostrzeżeń Waltera ReMine'a (The Biotic Message. Evolution versus Message Theory, St. Paul Science, Saint Paul, Minnesota 1993).

[345] Philip Kitcher, Abusing Science: The Case Against Creationism, MIT Press, Cambridge, Massachusetts — London, England 1982, s. 79.

[346] Stephen Jay Gould, Wonderful Life. The Burgess Shale and the Nature of History, W.W. Norton & Company, New York 1989, s. 297.

[347] Karol Darwin, Dzieła wybrane, tom II, O powstawaniu gatunków drogą doboru naturalnego czyli o utrzymaniu się doskonalszych ras w walce o byt, Państwowe Wydawnictwo Rolnicze i Leśne, Warszawa 1959, s. 201.

[348] Douglas J. Futuyma, Science on Trial: The Case for Evolution, Pantheon Books, New York 1983, s. 123.

[349] Futuyma, Science on Trial..., s. 127.

[350] Futuyma, Science on Trial..., s. 127.

[351] Co jest doskonale zgodne z twierdzeniami współczesnej filozofii nauki (por. Thomas S. Kuhn, Logic of Discovery or Psychology of Research?, w: Imre Lakatos and Alan E. Musgrave (eds.), Criticism and the Growth of Knowledge, Cambridge University Press, Cambridge 1970, s. 5 [1-23]; tenże, Dwa bieguny. Tradycja i nowatorstwo w badaniach naukowych, Biblioteka Myśli Współczesnej, PIW, Warszawa 1985, s. 376.

[352] Por. William G. Eberhard, Spider manipulation by a wasp larva. A parasitic wasp forces its host to weave a special web for its own ends, Nature 20 July 2000, vol. 406, No. 6793, s. 255-256.

[353] Kitcher, Abusing Science..., s. 73-74.

[354] A. Riddiford and D. Penny, The scientific status of modern evolutionary theory, w: J.W. Pollard (ed.), Evolutionary Theory: Paths into the Future, A Wiley-Interscience Publication 1984, s. 25 [1-37].

[355] Znane są takie formy symbiozy. Na przykład bąkojad czerwonodzioby (Buphagus erythrorhynchus), afrykański gatunek szpaka, siada na grzbietach bawołów afrykańskich, nosorożców czy zebr, żywi się kleszczamii i nnymi pasożytami, przymocowanymi do skóry gospodarza, który sam nie może się ich pozbyć. Oprócz tego szybkimi uderzeniami skrzydeł i nawoływaniem ostrzega go na czas przed niebezpieczeństwem.

[356] Michael Ruse, Darwinism Defended: A Guide to the Evolution Controversies, Addison-Wesley Publishing Company 1982, s. 137.

[357] Steven D. Schafersman, Fossils, Stratigraphy, and Evolution: Consideration of a Creationist Argument, w: Laurie R. Godfrey (ed.), Scientists Confront Creationism, W.W. Norton and Company, New York — London 1983, s. 228 [219-244].

[358] Schafersman uznawał niepowtarzalność tylko dla złożonych sekwencji przy konstruowaniu związków i historii ewolucyjnych, takich jak genealogie i filogenezy (por. tamże, s. 229).

[359] Richard Dawkins, Ślepy zegarmistrz czyli, jak ewolucja dowodzi, ze świat nie został zaplanowany, Biblioteka Myśli Współczesnej, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1994, s. 352.

[360] Pomijam banalną we współczesnej metodologii sprawę nieistnienia definitywnych czyli niewątpliwych obaleń (por. Popper, Logika odkrycia..., s. 47).

[361] Można je znaleźć na przykład w książce Michaela A. Cremo i Richarda L. Thompsona, Ukryta historia człowieka. Zakazana archeologia, Wydawnictwo Arche, Wrocław 1998. Randy L. Wysong wymienia co najmniej 15 takich przykładów, w tym osławione ślady dinozaurów i człowieka (por. R.L. Wysong, The Creation-Evolution Controversy, Inquiry Press, Midland, Michigan 1976, tenth printing 1997, s. 370-381). Najnowszy przykład to doniesienie, że dr Steven Austin odnalazł w Wapieniu Redwall Wielkiego Kanionu szacowane na miliard lat i długie na 24 cale łodziki (nautiloidy) (por. John D. Morris, A Thankful Look Back at 2000, Acts & Facts January 2001, vol. 30, No. 1, s. 1 [1-2]).

[362] Warto może wspomnieć, że w XIX wieku stopniowy postęp życia w zapisie kopalnym uważano za ideę chrześcijańską:

(...) duchowieństwo pragnęło stwórczej progresji jako znaku, że Bóg stale rozwijał życie. Ukierunkowanyzapis kopalny był dowodem, że od początku miał On na myśli człowieka. Potwierdzało to marsz naprzód,od pierwszego Dnia Stworzenia do ostatniego Dnia Sądu.

(Adrian Desmond, Huxley: From Devil's Disciple to Evolution's High Priest, [1994], Perseus, Reading MA 1999, s. 154).

Aldous Huxley jako zaciekły antykreacjonista mocno wierzył, że w zapisie kopalnym da się znaleźć resztki garnków paleozoicznych, używanych niegdyś przez "ludzi paleozoicznych" (por. tamże, s. 204-205). Łatwo zauważyć, że dążył do odkrycia czegoś, co zdaniem Dawkinsa obaliłoby teorię ewolucji. Dziś kreacjoniści i antykreacjoniści zamienili się miejscami. Kreacjoniści (młodej Ziemi) marzą o znalezieniu czegoś takiego, jak garncarstwo paleozoiczne i nie uważają progresji zapisu kopalnego za świadectwo Bożej opatrzności.

 

[363] Prototypem były drzewa rodowe, jakie rysowano od czasów Odrodzenia. Wszystkie organizmy systematycznie ułożone w postaci drzewa po raz pierwszy przedstawił niemiecko-rosyjski przyrodnik, Peter Simon Pallas, w 1776 roku. W ten sam sposób świadectwo kopalne uporządkował Heinrich Bronn w 1861 roku. Ale to Ernst Haeckel w monumentalnej Generalle Morphologie (1866) po raz pierwszy przedstawił historię życia na Ziemi w postaci drzewa. "Drzewa filogenetyczne są powszechne w dzisiejszych czasopismach naukowych, ale rzadko kiedy uświadamiamy sobie, jak bardzo są one spekulatywne, gdyż wyglądają tak realnie" (Geir Hestmark, Temptations of the tree, Nature 2000, vol. 408, s. 911).

[364] Niles Eldredge, Do Gaps in the Fossil Record Disprove Descent with Modifications?, Creation/Evolution 1981, Issue 4, s. 17-18 [17-19]. Eldredge uważa nawet, że Linneuszowska hierarchia gatunków jest "konieczną konsekwencją" ewolucjonizmu (por. Niles Eldredge, The Triumph of Evolution and the Failure of Creationism, W.H. Freeman 2000, s. 27).

[365] Niles Eldredge, The Monkey Business: A Scientist Looks at Creationism, Washington Square Press 1982, s. 36-38.

[366] Stephen Jay Gould, Drabiny i stożki: jak kanoniczne przedstawienia narzucają wizję ewolucji, w: Oliver Sacks, Jonathan Miller, Stephen Jay Gould, Daniel J. Kevles, R.C. Lewontin, Ukryte teorie nauki, Wydawnictwo ZNAK, Kraków 1996, s. 48 [30-53]. Na uznanie zasługuje to, że Gould — inaczej niż wielu naiwnych ewolucjonistów — nie twierdzi, iż teoria ewolucji jest rezultatem "logiki i faktów" i widzi wpływ historycznie zmiennych czynników kulturowych (por. np. Stephen Jay Gould, Niewczesny pogrzeb Darwina. Wybór esejów, Biblioteka Myśli Współczesnej, PIW, Warszawa 1991, s. 184, 186, 189).

[367] Por. np. Carl R. Woese and G.E. Fox, Phylogenetic Structures of the Prokaryotic Domain: The primary Kingdoms, Proceedings of the National Academy of Science 1977, vol. 74, s. 5088-5090.

[368] Carl R. Woese, The Universal Ancestor, Proceedings of the National Academy of Science 1998, vol. 95,s. 6854-6859.

[369] E. Pennisi, Genome Data Shake Tree of Life, Science 1998, vol. 280, No. 5364, s. 672-673.

[370] M.C. River, R. Jain, J.E. Moore and J.A. Lake, Genomic Evidence for Two Functionally Distinct Gene Classes, Proceedings of the National Academy of Science 1998, vol. 95, s. 6239-6244.

[371] Stephen Jay Gould, Linnean Limits, Natural History 1986, vol. 95, No. 8, s. 18 [16-23].

[372] "Główny argument przemawiający przeciw wysokiej częstości [poziomego transferu] jest stwierdzeniem prostego zdrowego rozsądku — oczywistym i mocnym. Mamy dość solidną klasyfikację Linneuszowską, przynajmniej dla zwierząt. Poziomy transfer nie może być wyrażony w hierarchicznym systemie nazewnictwa Linneuszowskiego. Gdyby poziomy transfer był rozpowszechniony u zwierząt, nigdy nie moglibyśmy skonstruować funkcjonalnej klasyfikacji dla nich na podstawie kryteriów Linneusza" (Gould, Linnean Limits..., s. 23).

[373] Piotr Kossobudzki, Oto człowiek!, Wiedza i Życie kwiecień 2001, s. 17 [14-17]; podkr. moje — KJ.

[374] "Podczas gdy oczy kałamarnicy i kręgowca różnią się wieloma szczegółami, rozwiązują te same podstawowe problemy i każde nadzwyczajnie skorzystałoby z wymiany fragmentów planów. Ciągły przepływ i wymiana aprobowanych części genów wyjaśniałyby i ułatwiały ewolucję równoległą” (N. Anderson, Evolutionary Significance of Virus Infection, Nature 1970, September 26, vol. 227, s. 1346 [1346-1347]).

[375] Są też głosy, że prokarionty pochodzą od eukariontów (por. Hervé Philippe, Patrick Forterre, The Rooting of the Universal Tree of Life Is Not Reliable, Journal of Molecular Evolution 1999, vol. 49, s. 509-523 oraz Matt Ridley, The Search for LUCA, Natural History November 2000, vol. 109, No. 9, s. 82-85, http://www.jodkowski.pl/archiwum/"). Trzeba też zwrócić uwagę, że w literaturze przedmiotu można znaleźć opinie, że idea drzewa filogenetycznego jest niezależna od teorii doboru naturalnego: "Sama w sobie ta teoria [doboru naturalnego] nie wyjaśnia rozbieżnego, podobnego do drzewa przebiegu ewolucji. Był on [Darwin] dobrze świadomy tego, że ewolucja biegła takim torem; hierarchiczna struktura, grupy wewnątrz grup w klasyfikacji, została ustalona jako fakt na początku dziewiętnastego stulecia” (Mark Ridley, Evolution, Blackwell Scientific 1993, section 14.8); "To, że organizmy można klasyfikować, niekoniecznie implikuje ewolucję. Ani Arystoteles, ani Linneusz nie żywili żadnej koncepcji ewolucji. Faktycznie Linneusz, zgodnie z religijnymi poglądami swych czasów, uważał każdy gatunek za specjalnie stworzony. Ale z pewnością jest prawdą, że możliwość klasyfikowania organizmów pasowała bardzo dobrze do idei ewolucji, gdy ideę tę zaczęto rozważać" (George S. Carter, A Hundred Years of Evolution, Sidgwick and Jackson, London 1957, s. 15).

[376] Ich przystępny opis por. w artykule Roberta V. Millera, Wymiana genów bakteryjnych w przyrodzie, Świat Nauki, marzec 1998, nr 3 (79), s. 43-47.

[377] W. Ford Doolittle, Filogeneza na rozstajach, Świat Nauki, maj 2000, nr 5 (105), s. 70 [66-71].

[378] E. Keller, One woman and her theory, New Scientist, July 3, 1986, s. 48 [46-50].

[379] George B. Johnson and Peter H. Raven, Biology: Principles and Explorations, Holt, Rinehart & Winston, Austin, Texas 1998, s. 226.

[380] Tak właśnie Karl Popper postrzegał ewolucjonizm: "Nie istnieje żadne prawo ewolucji, a tylko fakty świadczące, że rośliny i zwierzęta ulegają zmianom, a dokładniej — że ulegały. Koncepcja prawa wyznaczającego kierunek i charakter ewolucji jest typowym dziewiętnastowiecznym złudzeniem mającym swe źródło w przypisywaniu 'Prawu Natury' funkcji tradycyjnie przyznawanych Bogu" (Karl Popper, Droga do wiedzy. Domysły i refutacje, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1999, s. 567). Jeśli jednak nie ma prawa ewolucji, to trudno chyba mówić o teorii ewolucji.

[381] Tę zdolność ewolucjonistów do wyjaśniania nawet wzajemnie sprzecznych faktów znakomicie obrazuje wypowiedź J.C. Fentressa: "Gdy byłem w Cambridge, zajmowaliśmy się dwoma gatunkami brytyjskich nornic. Przeprowadzaliśmy niewielki test, w którym poruszaliśmy pewien przedmiot nad ich głowami. Wówczas jeden gatunek uciekał, a drugi zastygał w miejscu. Tak się zdarzyło, że drugi żył w lasach, a pierwszy — na polach. Zabawne, bo nie będąc naprawdę zoologiem, odwiedziłem kiedyś moich przyjaciół-zoologów i zamieniłem dane. Zapytałem ich po prostu, dlaczego gatunek, który żył na polach zastygał w miejscu, a ten, który żył w lasach, uciekał (faktycznie było odwrotnie). Szkoda, że nie zanotowałem ich wyjaśnień, ponieważ naprawdę były bardzo przekonujące" (w: P.S. Moorhead and M.M. Kaplan (eds.), Mathematical Challenges to the Neo-Darwinian Interpretation of Evolution, Wistar Institute Press, Philadelphia 1967, s. 71).

[382] Por. Popper, Logika odkrycia..., s. 47-49.

[383] Jerzy Giedymin, Problemy — założenia — rozstrzygnięcia, PWN, Poznań 1964, s. 149. Z obszernej literatury na temat sporu naturalizm-antynaturalizm por. np. Edmund Mokrzycki, Metodologiczny dogmat naturalizmu, Studia Filozoficzne 1975, nr 7, s. 67-81.

[384] Por. następującą definicję: "Naturalizm w nowszym użyciu jest rodzajem filozoficznego monizmu, według którego cokolwiek istnieje lub się zdarza, jest naturalne w tym sensie, że jest podatne na wyjaśnienie metodami, które chociaż paradygmatycznie uszczegółowione w naukach przyrodniczych, są ciągłe dla wszystkich dziedzin przedmiotów i zdarzeń. Dlatego naturalizm polemicznie określa się jako pogląd odrzucający istnienie lub możliwość istnienia jakichkolwiek przedmiotów lub zdarzeń, leżących w zasadzie poza zakresem naukowego wyjaśniania" (A. Danto, Naturalism, w: P. Edwards (ed.), Encyclopedia of Philosophy, The Macmillan Companyand the Free Press, New York — Collier-Macmillan Limited, London 1967, vol. 5, s. 448).

[385] B. Wilshire, Metaphysics, w: Encyclopedia Britannica: Macropaedia, 15th ed., 1974, vol. 12, s. 26 (cyt. za: Bird, The Origin..., vol. II: Philosophy of Science..., s. 67).

[386] Gillespie, Charles Darwin and the Problem of Creation..., s. 3.

[387] D. Oldroyd, Darwinian Impacts: an Introduction to the Darwinian Revolution, Humanities Press, Atlantic Highlands, N.J. 1980, s. 254. Por. też George Gaylord Simpson, The World Into Which Darwin Led Us, Science 1960, vol. 131, s. 966-969.

[388] Charakterystyczna wypowiedź: "Pomiędzy myślą metafizyczno-teologiczną a sprawdzonymi osiągnięciami m.in. kosmologii, antropologii i biologii nie ma i nie może być sprzeczności, ponieważ jedne i drugie traktują wprawdzie o tych samych przedmiotach, ale z całkowicie różnych punktów widzenia" (Szczepan W. Ślaga, Przedmowa, w: Kloskowski, Między ewolucja a kreacją..., s. 6). Autor tych słów najwyraźniej utrzymuje tzw. koncepcję teologii opancerzonego bunkra (bomb-shelter theology), jak ją nazwał Brian W. Harrison. Patrz wyżej na s. 57 uwagi na temat tego typu eskapistycznej teologii. Por. też Robert T. Pennock, Tower of Babel. The Evidence against the New Creationism, A Bradford Book, The MIT Press, Cambridge, Massachusetts — London, England 2000 (1st ed. 1999), s. 191.

[389] Por. Gould, Drabiny i stożki... s. 47.

[390] Gillespie, Charles Darwin and the Problem of Creation..., s. 1-18.

[391] "Chociaż twierdził, że jego praca nie ma żadnych innych celów oprócz naukowych, to na podstawie jego prywatnych dzienników jasne jest, że jego motywy były nie mniej metafizyczne niż tych duchownych, którzy go atakowali" (George Sim Johnston, The Genesis Controversy, Crisis May 1998, s. 12 [12-18]).

[392] Patrz też Darwin, O pochodzeniu człowieka..., s. 1.

[393] Gould, Ever Since Darwin..., s. 24-26.

[394] Darwin, O pochodzeniu człowieka..., s. 117-118.

[395] "Przez wiele lat gromadziłem notatki dotyczące powstania, czyli pochodzenia człowieka, nie zamierzając czegokolwiek publikować na ten temat, a raczej z postanowieniem niepublikowania niczego z obawy, aby nie potęgować jeszcze uprzedzeń co do moich poglądów. Zdawało mi się, że wystarczyło zaznaczyć w pierwszym wydaniu mojej pracy 'O powstawaniu gatunków', że "mogłaby ona rzucić pewne światło na pochodzenie człowieka i jego historię', co zawiera w sobie myśl, że rozpatrując zagadnienie, w jaki sposób człowiek pojawił się na ziemi, musi się uwzględnić wszystkie ogólne wnioski dotyczące innych istot żywych" (Darwin, O pochodzeniu człowieka..., s. 1).

[396] Charles Hodge, What Is Darwinism?, Baker Books 1995, s. 155 (oryginał ukazał się w 1874 roku).

[397] Por. w tej sprawie Jonathan Wells, Charles Hodge's Critique of Darwinism: An Historical-Critical Analysis of Concepts Basic to the 19th Century Debate, Studies in American Religion, vol. 27, The Edwin Mellen Press, Lewiston, NY 1988.

[398] Por. Robert E.D. Clarke, Darwin Before and After, Paternoster Press, London 1950, s. 96.

[399] Mayr, One Long Argument..., s. 99.

[400] Simpson, The Meaning..., rev. ed. 1967, s. 344-345.

[401] Dawkins, Ślepy zegarmistrz..., s. 28.

[402] Tamże, s. 27.

[403] Tamże, s. 47.

[404] Cyt. za: Ravi Zacharias, Can Man Live Without God, Word Pub., Dallas 1994, s. 31. Patrz też cytowane wcześniej wypowiedzi Goulda na ten temat (s. 30-31 ).

[405] Kunicki-Goldfinger, Znikąd donikąd..., s. 50.

[406] Tamże, s. 63.

[407] Tamże, s. 85-86.

[408] Tamże, s. 187.

[409] Tamże, s. 202.

[410] Tamże, s. 203.

[411] Monod, Chance and Necessity..., s. 110 (cyt. za: Denton, Evolution: A Theory in Crisis..., s. 43).

[412] Monod, Chance and Necessity..., s. 170.

[413] Monod, Chance and Necessity..., s. 112 (cyt. za: Theodore Roszak, Where the Wasteland Ends: the aquarian frontier and the evolution of consciousness, Harper & Row, New York 1972, s. 249).

[414] Por. Steven D. Schafersman, Fossils, Stratigraphy, and Evolution: Consideration of a Creationist Argument, w: Godfrey (ed.), Scientists Confront Creationism..., s. 243 [219-244].

[415] Cyt. za: Kaku, Hiperprzestrzeń..., s. 384; Kaku te słowa Russella cytuje z kolei za: Heinz Pagels, Perfect Symmetry: The Search for the Beginning of Time, Bantam, New York 1985, s. 382.

[416] Asimov, Błądzący umysł..., s. 21.

[417] Cyt. za: John Marks Templeton (ed.), Evidence of Purpose: Scientists Discover the Creator, Continuum, New York 1994, s. 30.

[418] George Liles, The Faith of an Atheist, "MD" magazine, March 1994, s. 60.

[419] Philip E. Johnson, Reason in the Balance, InterVarsity Press, Downers Grove, ILL. 1995, s. 189. Podobnie twierdzi Milton (Shattering the Myths..., s. 276).

[420] Futuyma, Science on Trial..., s. 12-13.

[421] Futuyma, Science on Trial..., s. 12-13.

[422] Cyt. za: Edward J. Larson i Larry Witham, Naukowcy a religia w USA, Świat Nauki 1999, nr 11 (99), s. 78 [72-78].

[423] Ebert et al., Science and Creationism..., s. 26.

[424] Stephen C. Stearns and Rolf F. Hoekstra, Evolution: An Introduction, Oxford University Press, London — New York 2000, s. 332.

[425] Tamże.

[426] Por. Daniel C. Dennett, Darwin's Dangerous Idea: Evolution and the Meanings of Life, Simon & Schuster 1995; tenże, Darwin's Dangerous Idea, The Sciences May/June 1995, s. 34-40.

[427] Por. Dennett, Darwin's Dangerous Idea..., s. 21.

[428] Tamże, s. 18.

[429] Por. tamże, s. 520.

[430] Patrz np. wypowiedź Kloskowskiego (Między ewolucją a kreacją..., s. 114).

[431] Ernst Mayr, Ideological Resistance, s. 131 (cyt. za: Templeton (ed.), Evidence..., s. 26).

[432] John Maddox, Defending science against anti-science, Nature, March 17, 1994, vol. 368, s. 185.

[433] P.J. Darlington, Evolution for Naturalists, J.W. 1980, s. 15, 233 (cyt. za: John Woodmorappe, An Anthology of Matters Significant to Creationism and Diluviology Report 2, Creation Research Society Quarterly 1982, vol. 18, s. 205 [201-224]).

[434] Por. Phillip E. Johnson, Darwinism's Rules of Reasoning, Paper at Plenary Session, Annual Meeting, Southwestern Anthropological Association, Berkeley, California, April 1992; patrz też Część II tej książki.

[435] John Leslie, Universes, Routledge and Kegan Paul, London and New York 1989, s. 181 (cyt. za: Duncan MacIntosh, Could God Have Made the Big Bang? (On Theistic Counterfactuals), Dialogue 1994, vol. 33, s. 16-17 [3-20]). Podobnie Dennett (Darwin's Dangerous Idea...) uważał, że "istniała ewolucja światów (w sensie całych Wszechświatów), a świat, w którym sami się znajdujemy, jest po prostu jednym spośród niezliczonych innych światów, jakie istniały w ciągu całej wieczności".

[436] James Lovelock, The Ages of Gaia. A Biography of Our Living Earth, W.W. Norton and Co., New York 1988, s. 236. Do twórców pojęcia Gai należy też Lynn Margulis (The Symbiotic Planet: A New Look at Evolution, Weidenfeld & Nicolson; według Chris Boyce, Yes, life's a bitch, The Herald (Glasgow), January 21, 1999, s. 20; dziękuję prof. Ph.E. Johnsonowi za tekst tego artykułu).

[437] Por. Rupert Sheldrake, The Rebirth of Nature: The Greening of Science and of God, Bantam Books, New York 1991.

[438] Por. Tim Beardsley, Gaia, Scientific American, December 1989, vol. 261, s. 35.

[439] Por. Hoyle, The Intelligent Universe...

[440] Por. Paul Davies, The Creative Cosmos, New Scientist, Dec. 17, 1987, vol. 116, s. 42.

[441] Por. Sheldrake, The Rebirth..., s. 95 i 151.

[442] Dawkins, Ślepy zegarmistrz..., s. 491. Podobne argumenty wysuwali także inni antykreacjoniści: "Dlaczego Bóg miałby stwarzać wzorzec, który wydaje się być wynikiem ewolucji?" (J. Cracraft, Systematics..., s. 174); "czy Stwórca próbuje oszukać nas, byśmy uwierzyli w ewolucję?" (Futuyma, Science on Trial..., s. 199); "Czy staliśmy się ofiarami Boskiego psikusa?" (Steven M. Stanley, The New Evolutionary Timetable: Fossils, Genes, and the Origin of Species, Basic Books, Inc., Publishers, New York 1981, s. 176).

"Jeżeli Bóg stworzył każdy z pół tuzina gatunków człowieka odkrytych w skałach, to dlaczego stworzył je w nieprzerwanej sekwencji czasowej stopniowo coraz bardziej współczesnych cech: wzrastająca objętość mózgu, zredukowana twarz i zęby, większy rozmiar ciała? Czy stwarzał po to, by imitować ewolucję i w ten sposób sprawdzić naszą wiarę?" (Gould, Ewolucja jako fakt..., s. 136).

"Bóg, mówią [kreacjoniści], stworzył świat około dziesięciu tysięcy lat temu takim jakim jest, od razu ze wszystkimi świadectwami o trwających całe ery procesach ewolucyjnych. Skamieniałości, czas połowicznego rozpadu i wynikające z niego pomiary oraz oddalające się galaktyki zostały stworzone w tej właśnie obecnej postaci, a wszystko inne jest iluzją. (...) Należałoby jedynie zapytać, po co Stwórca miałby stwarzać wszechświat wypełniony taką masą powikłanych iluzji. (...) Czy Stwórcy sprawia przyjemność wprowadzanie nas w błąd? Czybawi Go, że gonimy w piętkę? Czy jest to częścią jakiegoś testu mającego sprawdzić, czy istoty ludzkie postradają swoje zmysły i swoją świadomość na tyle, aby uwierzyć w mity? Czy ma to dać Mu usprawiedliwienie dla posłania wszystkich do piekła tylko dlatego, że nie postradaliśmy zmysłów i zdolności do myślenia? Miałby Stwórca być tak okrutnym i złośliwym kawalarzem ze zjadliwym i jednocześnie niedojrzałym poczuciem humoru? Jeśli tak, to kreacjoniści mają zapewne rację" (Asimov, Błądzący umysł..., s. 17-18). Asimov mówił wprawdzie o kreacjonizmie młodej Ziemi, ale ten typ argumentu stosuje się do każdej koncepcji głoszącej, iż Bóg jest jakoś uwikłany w funkcjonowanie świata.

 

[443] Poglądy takie explicite głoszą na przykład Walter L. Bradley ("Bóg jest bezpośrednio odpowiedzialny za wszystko, co się wydarza. Bóg po prostu działa przeważnie w ustrukturowany sposób (praw przyrody z uniwersalnymi stałymi i własnościami materii)", w: J.P. Moreland and John Mark Reynolds (eds.), Three Views on Creation and Evolution, Zondervan Publishing House, Grand Rapids, MI 1999, s. 225) i Richard Bube ("Wdziedzinie nauki 'prawa przyrody' są ludzkimi opisami Boskiej regularnej twórczej i podtrzymującej aktywności. Prawa nie są przyczyną żadnego zdarzenia; mają one charakter deskryptywny, nie zaś preskryptywny"; w: j.w., s. 263), a z opiniami tymi zgadza się Sam Conner (Review: J.P. Moreland and John Mark Reynolds, Three Viewson Creation and Evolution, Facts for Faith 2000, vol. 1, No. 1, s. 52 [50-52]).

[444] "Jeśli ewolucja jest naprawdę sposobem, jaki Bóg wybrał do stwarzania, to odpowiedzialność za niedoskonałości, cierpienia i śmierć nieodłączne od procesu ewolucyjnego należy Jemu przypisać. Są to części Jego planu, sposoby osiągania celu. Za tę właśnie cenę Stworzenie rozwija się w czasie i może osiągnąć swoje ostateczne stadium — 'hominizację'" (Boulet, Theistic Evolution..., s. 8).

[445] Z cytowanej wcześniej (patrz ods. 1114 na s. 347) definicji naturalizmu podanej przez A. Danto wynika, że naturalizm ontologiczny uznaje tylko jeden rodzaj naukowego wyjaśniania, wyjaśnianie nauk przyrodniczych. Ponieważ jednak w naukach przyrodniczych może istnieć wiele odmian (modeli) wyjaśniania i ponieważ nie można wykluczyć spośród nich wyjaśnień odwołujących się do świadomych aktów rozumnych istot (patrz dalej tekst tego paragrafu), wolałem naturalizm ontologiczny zdefiniować czysto ontologicznie, bez odwoływania się do metodologii, jako pogląd, że poza przyrodą nie istnieją żadne przedmioty ani nie zachodzą żadne zdarzenia. Idę tym samym śladem C.S. Lewisa: "Tych, którzy sądzą, że poza naturą nic nie istnieje, nazywam naturalistami. Inni uważają, że oprócz natury coś jeszcze istnieje; tych nazywam nadnaturalistami" (Lewis, Cudy..., s. 17). Lewis zdaje sobie jednak sprawę, że ze względu na kłopoty ze zdefiniowaniem natury i nadnatury, nadnaturalizm trudno zdefiniować jako negację naturalizmu (patrz tamże, s. 18). Ostatecznie Lewis następująco definiuje oba przeciwstawne stanowiska: "Naturalista wierzy, że ostatecznym faktem, poza który wyjść już nie można, jest zachodzący sam z siebie jakiś ogromny proces w przestrzeni i czasie. Wewnątrz tego wszechogarniającego układu każde poszczególne zjawisko (...) zachodzi dlatego, że uprzednio miało miejsce jakieś inne zjawisko, a ostatecznie dlatego, że odbywa się ów wszechogarniający proces" (tamże, s. 19). Według nadnaturalisty rzeczy rozpadają się na dwie kategorie. W pierwszej kategorii znajdujemy (...) Jedną Rzecz, podstawową i pierwotną, która istnieje samoistnie. W drugiej kategorii znajdujemy rzeczy, które po prostu pochodzą od tej Jednej Rzeczy — ta Jedna Rzecz jest przyczyną ich istnienia” (tamże, s. 20). Jednak i te definicje są niezadowalające ze względu na swój "newtonowski" charakter: Lewis mówi o naturze "zanurzonej" w czasie i przestrzeni, a tymczasem niektórzy współcześni uczeni mówią o różnych pojęciach czasu (np. rzeczywistego i urojonego) i nie zawsze jakieś zjawisko zachodzi dlatego, że uprzednio miało miejsce inne. Poza tym mówi się też o wszechświatach niemowlęcych (Stephen Hawking) lub równoległych (Michio Kaku), które mogą być zamknięte w sobie i nie mieć z naszym Wszechświatem żadnego kontaktu.

[446] Jodkowski, Kreacjonizm a naturalizm... (patrz wyżej, s. 348—356).

[447] Por. Jodkowski, Wspólnoty uczonych..., s. 330.

[448] Scott C. Todd, A view from Kansas on that evolution debate, Nature, 30 September 1999, vol. 401, s. 423. Scott C. Todd jest profesorem na Wydziale Biologii, Kansas State University.

Wcześniej wskazywał na to kreacjonista Phillip E. Johnson: "ewolucjonistom nie udało się przede wszystkim zrozumieć, że konflikt dotyczy nie 'faktów', ale sposobów myślenia. Problem nie dotyczy jedynie jakiejś konkretnej doktryny darwinizmu, ale naturalistycznych reguł myślenia, przy pomocy których uczeni-darwiniści dochodzą do swoich doktryn” (Phillip E. Johnson, Głośna "herezja" w świątyni Darwina, ten tom, s. 92); "Richard Dawkins nazywa ten proces oparty na mutacjach i selekcji 'ślepym zegarmistrzem', przez co chce on zaznaczyć, że bezcelowa, materialistyczna siła konstrukcyjna jest substytutem boskiego 'zegarmistrza' z teologii naturalnej. Siła stwórcza tego ślepego zegarmistrza jest poparta jedynie nieznaczną ilością argumentów, takich jak ta słynna populacja ciem, w której procent przedstawicieli ciemnej odmiany zwiększył się w czasie, kiedy ptaki były w stanie lepiej widzieć jasne ćmy na tle drzew ściemniałych od dymu. Przykład ten może wskazywać, że dobór naturalny jest w stanie coś zrobić, ale nie to, że może stworzyć coś, co do tej pory nie istniało. Jednak tak słabe świadectwo jest bardziej niż wystarczające, ponieważ coś, co jest oczywiste samo przez się, nie potrzebuje żadnych dowodów. Istnienie skutecznego ślepego zegarmistrza wynika dedukcyjnie z filozoficznego założenia, że natura musiała sama dokonać stworzenia. Możemy się spierać o detale, ale jeśli usuniemy Boga z pola widzenia, to coś takiego jak darwinizm musi być po prostu prawdą niezależnie od dowodów" (Phillip E. Johnson, What Is Darwinism?, w: Bauman (ed.), Man and Creation..., s. 180-181 [177-190]).

 

[449] Art or Lump?, Discover, July 1998, vol. 19, No. 7, s. 18;

[450] Heller, Stworzenie a ewolucja..., s. 63; tenże, Nowa fizyka..., s. 120.

[451] Nie pretenduję do pierwszeństwa w zauważeniu analogii między pracą detektywa a pracą historyka: "Ocena historycznych wątków jest podobna do rekonstruowania przez detektywa przebiegu przestępstwa na podstawie świadectw pośrednich" (Newell, Creation and Evolution..., s. 57).

[452] Nawet logiczni pozytywiści, akceptujący wymóg empirycznej weryfikowalności, poglądu takiego nie utrzymywali — przyjmowali szersze bądź luźniejsze rozumienie weryfikowalności (por. Herbert Feigl, New Reflections on Empiricism, w: Herbert Feigl, Wilfrid Sellars and Keith Lehrer (eds.), New Readings in Philosophical Analysis, Century Philosophy Series, Appleton-Century-Crofts, Educational Division, Meredith Corporation, New York 1972, s. 11 [1-12]; Hans Reichenbach, Bertrand Russell's Logic, w: Paul A. Schilpp (ed.), The Philosophy of Bertrand Russell, The Library of Living Philosophers, vol. 5, Evanston, Ill. 1946, s. 43 [23-54]; w tej sprawie por. też Artur Koterski, Weryfikacjonistyczne kryteria demarkacji w filozofii nauki Koła Wiedeńskiego (nieopublikowana praca doktorska), Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej, Wydział Filozofii i Socjologii, Lublin 1997, s. 71-73).

[453] Ronald H. Pine, But Some of Them Are Scientists, Aren't They?, Creation/Evolution 1984, No. 14, s. 10 [6-18].

[454] Por. Witalij Łariczew, W poszukiwaniu przodków człowieka, PIW, Warszawa 1986, s. 64-98, 211-241. Gould twierdzi, że oszustem był Pierre Teilhard de Chardin (por. Gould, Niewczesny pogrzeb Darwina..., s. 246), a z opinią tą zgadza się Louis Leakey i Malcolm Bowden (por. Malcolm Bowden, Ape-Men: Fact or Fallacy, Sovereign Publications, Bromley, Kent 1977, s. 3-43). Jednak Frank Spencer sugeruje, że oszustem był antropolog Sir Arthur Keith (por. Frank Spencer, Piltdown: A Scientific Forgery, Oxford University Press, NYC 1990), Ronald W. Millar uważa, że oszustem był australijski antropolog Grafton Smith (Ronald W. Millar, The Piltdown Men, St. Martin's Press, New York 1972), natomiast Joseph S. Weiner, na którego opinii oparł się Witalij Łariczew, uważał, że oszustem był Charles Dawson (Joseph S. Weiner, The Piltdown Forgery, Oxford University Press, London 1955, oraz tenże, Obituaries of the Piltdown Remains, Nature April 2, 1955, vol. 175, No. 4457,s. 569). Ostatnio (Henry Gee, Box of Bones 'Clinches' Identity of Piltdown Paleontology Hoaxer, Nature 1996, vol.381, s. 261-262) doniesiono o "ostatecznym" rozwiązaniu sprawy: "dwóch naukowców doniosło o odnalezieniu podobnie sztucznie postarzonych okazów w kufrze noszącym inicjały M.A.C.H., co zdemaskowało sprawcę oszustwa; okazał się nim Martin A.C. Hinton, kustosz działu zoologicznego, który miał z Woodwardem zatarg na tle płacowym" (Sprawa zamknięta, Świat Nauki, październik 1996, nr 10 (62), s. 10; por. też Robert Doolan, Piltdown prankster finally fingered?, Creation Ex Nihilo, September—November 1996, vol. 18, No. 4, s. 39 oraz Trevor J. Major, Low Down on Piltdown, Reason & Revelation 1996, vol. 16, No. 10, s. 77).

[455] Jest to zadanie, jakie najczęściej laicy stawiają astronomom (por. Ben Zuckerman and Michael Hart, Extraterrestrials: Where Are They?, Cambridge University Press, New York 1995, s. 1). Wiara, że na innych ciałach niebieskich istnieje inteligentne życie, sięga czasów starożytnych — Metrodora (por. Frank Drake, Dava Sobel, Czy jest tam kto? Nauka w poszukiwaniu cywilizacji pozaziemskich, Na Ścieżkach Nauki, Prószyńskii S-ka, Warszawa 1995) i Epikura (por. Paul Davies, Are We Alone?, Basic Books, New York 1995, s. 10-11). Badania SETI zapoczątkował w 1960 roku radioastronom Frank Drake w National Radio Astronomy Observatory w Greenbank, West Virginia, by odkryć sygnały "obcych" z dwu bliskich gwiazd, Epsilon Eridani i Tau Ceti (por. F. Drake, Project Ozma, Physics Today 1961, vol. 14, s. 40-46). Od tego czasu dokonano znacznego postępu w technologii poszukiwań. Używa się superszybkich komputerów i wyrafinowanych algorytmów filtrujących, by badać miliardy potencjalnych kanałów, o wielkiej czułości na potencjalną zawartość informacyjną. Prawdopodobieństwo osiągnięcia sukcesu, prawdopodobieństwo istnienia pozaziemskiej inteligencji takiego rodzaju, jaki jesteśmy w stanie rozpoznać w Galaktyce, było analizowane przez dziesiątki lat przez uczonych, filozofów i inne zainteresowane osoby. Przedstawiano wszelkie punkty widzenia, od entuzjastycznych do sceptycznych. Program SETI miał swoje wzloty i upadki. Do tych ostatnich należało obcięcie kilka lat temu funduszy przez rząd amerykański. Ostatnie badania to META Uniwersytetu Harvarda (Paul Horowitz and Carl Sagan, Five Years of Project META: An All-Sky Narrowband Radio Search for Extraterrestrial Signals, Astrophysical Journal 1993, vol. 415, s. 218-235), SERENDIP Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley oraz Phoenix Instytutu SETI w Mountain View w Kalifornii. Dziś zespół komputerów może naraz badać 56 milionów kanałów radiowych (wg U.S. News & World Report, August 19, 1996, s. 50). Przez około pięć tygodni w roku Projekt Phoenix używa największego radioteleskopu na świecie w Arecibo na Puerto Rico.

Inny program, Projekt SERENDIP korzysta z odrębnego odbiornika połączonego z tym samym radioteleskopem. Używany jest on przez cały rok, ale przeważnie badacze w Instytutu SETI nie mają kontroli nad tym, w jakim kierunku jest on skierowany. Informacje zebrane przez SERENDIP analizowane są przez eksperyment SETI@home. Dane są dzielone na fragmenty i wysyłane Internetem do ok. 2,6 miliona komputerów osobistych, gdzie są analizowane. SETI@home jest sponsorowane przez The Planetary Society, międzynarodową organizację rozwijającą badania Układu Słonecznego oraz życia pozaziemskiego (por. 2001: A Space Prophecy. Part 5. Where's the Monolith?, wysiwyg://425/http://www.cnn.com/2000/TECH/space.12/27/part.five/ index.html CNN.com). Dotąd przebadano (bez rezultatu) ponad 70 radioźródeł (por. E. Skindrud, The Big Question: Giant Ears Await Alien Broadcasts, Science News, September 1996, vol. 150, No. 10, s. 152-153). Patrz też Guillermo Gonzalez, SETI Update, Facts & Faith 1998, vol. 12, No. 1, s. 2-3. Niepowodzenia w odkryciu cywilizacji pozaziemskich tłumaczy się niedoskonałością posiadanych urządzeń. Według LePage'a nie jesteśmy w stanie odebrać programu telewizyjnego nadanego z najbliższej gwiazdy. Obecnie poszukuje się więc cywilizacji znacznie lepiej rozwiniętych niż ziemska (por. 2001: A Space Prophecy...).

 

[456] Wewnątrz numeru znajdują się trzy artykuły na ten temat: Ian Crawford, Gdzie oni są?, Świat Nauki październik 2000, nr 10 (110), s. 26-31; Andrew J. LePage, Gdzie się oni ukrywają?, j.w., s. 28-29; George W. Swenson, Jr., Międzygwiezdne rozmowy, j.w., s. 32-35.

[457] W 1950 roku Fermi zadał pytanie, dlaczego dotąd nie nawiązaliśmy kontaktu z istotami pozaziemskimi, jeśli ich istnienie jest tak oczywiste? Według Iana Crawforda gdyby w naszej Galaktyce istniała przynajmniej jedna cywilizacja podobna do ziemskiej, to powinna ona już zaludnić całą Galaktykę. Jeśli bowiem cywilizacja dysponująca techniką rakietową co kilkaset lat opanowuje dwie planety-kolonie, te z kolei po kilkuset latach następne dwie kolonie itd., to po 5-50 milionach lat cywilizacja ta skolonizuje całą Galaktykę. Może się to wydawać długim okresem czasu, ale w porównaniu z wiekiem Drogi Mlecznej jest to znikomy okres (por. Crawford, Gdzie oni są...).

[458] "Istnieje wiele naturalnych źródeł kosmicznego promieniowania radiowego, które nie mają nic wspólnego z rozumnym życiem — pulsary i kwazary, pasy radiacyjne planet oraz inne atmosfery gwiazd" (Sagan, Cosmos..., s. 297).

[459] Carl Sagan (ed.), Communication with Extraterrestrial Intelligence, MIT Press, Cambridge 1973, s. 143, 150-151. Por. też David Whitehouse, Still no sense in signal, BBC News 17 January 2001

[460] H. Freudenthal, Excerpts from LINCOS: Design of a language for cosmic intercourse, w: E. Regis, Jr. (ed.), Extraterrestrials: Science and Alien Intelligence, Cambridge University Press, Cambridge 1985, s. 220 [215-228]. Por. też: "Jeśli uchwycimy, powiedzmy, mikrofale, które nie są ani absolutnie regularne, ani absolutnie przypadkowe, będą one wówczas zawierały informację, a my uzyskamy mocną poszlakę, że stoi za nimi jakaś inteligencja” (Isaac Asimov, Kosmos, dinozaury, uczeni, Pandora 1994, s. 73).

[461] Oto wyrażająca to przeświadczenie wypowiedź Jill Tarter, która pracuje w Instytucie SETI i kieruje Projektem Phoenix: "Twierdzę, że SETI jest zasadnym naukowym badaniem, ponieważ wymagamy, aby każdemu twierdzeniu o wykryciu towarzyszyło nieskazitelne świadectwo empiryczne, najlepiej jeśli będzie powtarzalne i niezależnie zweryfikowane. Gdy już odkryje się sygnał, prawdopodobnie weryfikację można będzie otrzymać przy pomocy dużo prostszego wyposażenia niż to, które jest niezbędne do tego odkrycia. Wy, którzy odbieracie wypowiedzi uczonych, powinniście wymagać, by każdy, kto ogłasza wykrycie sygnału SETI, poddał dane dotyczącetego odkrycia niezależnej analizie. Nasza wspólnota badawcza pilnie pracowała nad ustaleniem post-detekcyjnego zdroworozsądkowego postępowania, szeregu czynności, jakie należy podjąć, by potwierdzić realność każdego podejrzanego sygnału (czy innego świadectwa) pochodzącego od ETI. Traktujemy poważnie możliwość sukcesu i próbujemy je zaplanować. Jednak jako uczeni uznajemy także fakt, że kosmos może udzielić odmiennej odpowiedzi; rzeczywiście możemy być w nim sami. Badanie naukowe jest najlepszym sposobem wypróbowania rozwiązania tego starożytnego pytania" (Jill Tarter, Diary. Posted: Wednesday, Oct. 18, 2000, at 8:00 a.m. PT). Por. też J.C. Tarter, SETI Program (list w Science, April22, 1983, s. 359).

Najwyraźniej Tarter nie ma wątpliwości, że będzie mogła odróżnić sygnał wytworzony przez inteligentny czynnik od tego, który pochodzi od ślepej i bezrozumnej przyrody.

Por. też inną wypowiedź, której autor nie wątpi co do naukowego charakteru programu SETI: "Niefortunne połączenie kultury Science Fiction oraz fanatyków UFO powoduje, że łatwo jest się śmiać z SETI. Ale program ten ma wysoce naukowy charakter. Troskliwie przeczesujemy niebo w poszukiwaniu tego, co możemy znaleźć" (Marco R. della Cava, Hello? Is anybody out there?, USA Today September 21, 2000; http://www.jodkowski.prv.pl/archiwum/MRdellaCava001.html).

 

[462] Frank D. Drake, Will the real SETI please stand up?, Physics Today, June 1982, s. 9.

[463] Carl Sagan, Extraterrestrial Intelligence: An International Petition, Science, 1982, vol. 218, No. 4571, s.426.

[464] Sagan (ed.), Communication..., s. x-xi. "12 października 1992 roku (...) w pięćsetną rocznicę 'odkrycia' Ameryki przez Krzysztofa Kolumba, NASA rozpoczęła swój nowy program SETI. Przy pomocy radioteleskopu na Pustyni Mojave rozpoczęto badanie, które zamierza objąć systematycznie całe niebo" (Carl Sagan, The PaleBlue Dot, Random House, New York 1994, s. 362).

[465] Jest życie na Ziemi!, Wiedza i Życie 1994, nr 3, s. 8.

[466] Carl Sagan, W. Reid Thompson, Robert Carlson, Donald Gurnett and Charles Hard, A Search for Life on Earth from the Galileo Spacecraft, Nature, 21 October 1993, vol. 365, s. 715-716.

[467] Włodarczyk, Jest życie na Ziemi!...

[468] Sagan et al., A Search for Life..., s. 720.

[469] Odpowiedź, jakiej udzieliło trzech autorów, z których jeden (Thaxton) jest zdeklarowanym kreacjonistą, należy uznać za przedwczesną: "Rozumne porozumiewanie się przy pomocy sygnałów radiowych z jakąś odległą galaktyką powszechnie zostałoby okrzyknięte jako świadectwo istnienia inteligentnego źródła. Dlaczego więc przesłanie zapisane na cząsteczce DNA również nie stanowi pierwszorzędnego świadectwa istnienia jakiegoś inteligentnego źródła? Ostatecznie informacja DNA nie jest tylko analogiczna do przesłania w rodzaju kodu Morse'a, ona jest takim przesłaniem" (Thaxton, Bradley, and Olsen, The Mystery of Life's Origin..., s. 211-212).

[470] Dennett, Darwin's Dangerous Idea..., s. 317.

[471] Por. j.w., s. 318.

[472] Antoni Hoffman, Wstęp, w: Dawkins, Ślepy zegarmistrz..., s. 9 [5-10].

[473] Dawkins, Ślepy zegarmistrz..., s. 28.

[474] Hoffman, Wstęp..., s. 9.

[475] Jest to wyraźnie definicja perswazyjna — ostatecznie łatwiej jest przyjąć coś, co jest racjonalne, niż naturalistyczne.

[476] Stanley, The New Evolutionary Timetable..., s. 174.

[477] David Hull, God of the Galápagos, Nature 1991, vol. 352, s. 485-486 [485-486].

[478] Słowa Darwina cyt. w: John C. Greene, Science, Ideology, and World View, University of California Press, Berkeley 1981, s. 52.

[479] Eldredge, Monkey Business..., s. 39.

[480] Paul A. Moody, Introduction to Evolution, 3rd ed., Harper & Row, New York 1970, s. 26.

[481] Berra, Evolution and the Myth..., s. 66.

[482] Tamże, s. 142.

[483] Johnson and Raven, Biology..., s. 226.

[484] Por. na przykład jego odpowiedź na tzw. teorię śmierci cieplnej świata (Fryderyk Engels, Dialektyka przyrody, Książka i Wiedza, Warszawa 1956, s. 23-28).

[485] David and Kenyon, Of Pandas and People..., s. 58.

[486] J.P. Moreland, Theistic Science & Methodological Naturalism, w: Moreland (red.), The Creation Hypothesis..., s. 59 [41-66].

[487] Tamże, s. 59.

[488] Por. wyżej s. 358.

[489] Jak wyżej.

[490] Patrz jego wypowiedź wyżej na s. 370.

[491] Dawkins, Ślepy zegarmistrz..., s. 76.

[492] Próbę pozytywnej odpowiedzi na to wyzwanie w dziedzinie biochemii i mikrobiologii stanowi głośna ostatnio książka Michaela J. Behego, biochemika z Lehigh University w Bethlehem, Pennsylvania, pt. Darwin's Black Box...

[493] Sprawę prawdziwości i naukowości teorii wartościuję więc dokładnie przeciwnie, niż to robił Karl Popper (por. Popper, Droga do wiedzy..., s. 61-62).

[494] J.O. Wisdom, The Refutability of 'Irrefutable' Laws, The British Journal for the Philosophy of Science 1963, vol. 13, s. 303-306; tenże, Scientific Theory: Empirical Content, Embedded Ontology, and Weltanschauung, Philosophy and Phenomenology Research 1972, vol. 33, s. 62-77.

[495] Henri Poincaré, La science et la hypothese, Paris 1902, rozdział 8 (wyd. pol. Nauka i hypoteza, Warszawa 1908).

[496] Por. Wisdom, Scientific Theory..., s. 67.

[497] Świadczy to o tym, że relacja między wkopaną ontologią i teorią nie jest relacją koniunkcji, a na przykład presupozycji, jak chciał Collingwood (por. R.G. Collingwood, An Essay on Metaphysics, Oxford 1940).

[498] Por. Wisdom, The Refutability... oraz tenże, Refutation by observation and refutation by theory, w: Imre Lakatos and Alan E. Musgrave (eds.), Problems in the Philosophy of Science, North-Holland Publishing Company, Amsterdam 1968, s. 65-66 [65-67].

[499] Por. też Jodkowski, Wspólnoty uczonych..., s. 531-532.

[500] Informacje i cytaty w tym akapicie podaję za dwoma źródłami kreacjonistycznymi: Michael Ruse on the Nature of Evolutionary Theory, Bible-Science News 1994, vol. 32, No. 1, s. 8 oraz The Religious Nature of Evolution, Creation Ex Nihilo Technical Journal 1994, vol, 8 (Part 1), s. 3-4.

[501] Gould, Niewczesny pogrzeb Darwina..., s. 146.

[502] Futuyma, Science on Trial..., s. 172.

[503] Por. Maynard Smith, On Evolution..., s. 86.

[504] "Poprawna teoria genetyczna nie jest warunkiem wstępnym Darwinowskiej teorii ewolucji" (R. Brandon, Adaptation and Evolutionary Theory, w: E. Sober (ed.), Conceptual Issues in Evolutionary Biology. An Anthology, MIT Press 1984, s. 61 [58-82]). Por. też Mayr, One Long Argument..., s. 82.

[505] Darwin, O powstawaniu gatunków..., s. 137.

[506] Por. Mayr, One Long Argument..., s. 119.

[507] O niektórych z nich wspominałem wcześniej w tym rozdziale. Por. na przykład uwagi na temat badań grupy Scherera (ods. 793 na s. 245).

[508] Myśl tę skrajnie wyraził Wolfgang Smith, profesor matematyki w Oregon State University:

Jestem przekonany (...), że darwinizm (w którejkolwiek postaci) faktycznie nie jest teorią naukową, ale pseudometafizyczną hipotezą, przyozdobioną w naukowy strój. W rzeczywistości teoria ta otrzymuje poparcie nie ze strony danych empirycznych czy logicznych dedukcji właściwych dla nauki, ale z tego powodu, że jest jedyną doktryną pochodzenia biologicznego, którą można sobie wyobrazić wewnątrz ograniczonego Weltanschauung, pod którym podpisuje się bez wątpienia większość uczonych.

Wolfgang Smith, The Universe Is Ultimately to be Explained in Terms of a Metacosmic Reality, w: Henry Margenau and Roy Abraham Varghese (eds.), Cosmos, Bios, Theos: Scientists Reflection on Science, God, and the Origins of the Universe, Life and Homo Sapiens, Open Court, La Salle, Illinois 1993, s. 113 [111-118] (dziękuję profesorowi Halowi Ostranderowi (hostrander@sbts.edu) z Louisville, Kentucky, za dostarczenie mi tego cytatu). Mój sprzeciw budzi jednak klasyfikowanie darwinizmu jako pseudometafizycznej hipotezy oraz sugerowanie, że wskutek tego charakteru darwinizm jest stanowiskiem ułomnym i nie ma żadnej racji bytu w nauce.


przemek@jodkowski.pl

2003-10-27 07:36:49